28.12.2020

Mama i córka w podróży przez świat

Sześć lat temu wyruszyły w podróż swojego życia. Jednak koronawirus zmusił je do jej przerwania. Jak mówi Joanna – w podróż nie ostatnią, ale bardzo ważną z punktu widzenia ich doświadczeń.  Joanna spakowała plecak i z małą Gają w chuście ruszyła w świat. Gdzie je zaprowadziła droga? Jak podróżuje się z małym dzieckiem na rękach i żyje za 23 zł dziennie? Czy można przemieszczać się bez konkretnego planu? O tym dowiecie się z tej rozmowy. Blog Joanny nazywa się Somos dos – migawki z podróży Małej i Dużej, co w tłumaczeniu z hiszpańskiego znaczy „jesteśmy dwie”. I są we dwie – mama i córka w nieustającej podroży jaką jest ich życie.

Skąd wzięła się u Pani taka odwaga, aby spakować się z malutkim dzieckiem na ramieniu i ruszyć w świat?

Przyznam, że czuję się skrępowana odpowiadając na tak sformułowane pytanie. Nie myślałam wtedy w takich kategoriach. Gdy wracam myślami do początku podróży to raczej widzę w sobie przede wszystkim determinację i wiarę, w to, że podejmuję słuszną decyzję.

Czy było coś, co powstrzymywało Panią przed tym krokiem? Czy Polska nie wydawała się Pani wtedy bardziej bezpieczna do życia z maleństwem?

Oczywiście, że Polska była i jest bezpieczniejszym krajem, niż chociażby Ameryka Łacińska czy niektóre miejsca w Azji, ale generalnie nie jest tak źle. Nawet podczas spotkań z naszymi sympatykami i czytelnikami bloga często dzielę się obserwacją, że świat nie wygląda tak strasznie, jak pokazują to media. Owszem w ramach konfliktów, wojen czy w obozach dla uchodźców świat jest z pewnością pełen przemocy, pełen bólu i cierpienia, ale poza tymi miejscami? Sam w sobie wygląda z grubsza jak Polska, tylko o wiele ubożej. Ludzie mają innego koloru skórę, troszkę inaczej wygląda ruch na ulicy, inaczej są konstruowane ich domy, innego rodzaju warzywa i owoce można spotkać na straganach, ale ludzie są tak samo serdeczni, ciepli i pomocni. Oczywiście wszędzie zdarzają się osoby dobre, jak i mniej dobre, które starają się człowieka oszukać lub osłabić. W moim odczuciu to, że ludzie boją się inności wynika ze zjawiska, które określam mianem „syndrom zagórkowy”. Polega to na tym, że u nas jest super, bezpiecznie, a tam za tą górką to już zabijają. Ale jeśli się pójdzie za tą górkę to widać, że ludzie żyją tam tak samo jak my. Tak samo pracują, jedzą kolację, dzieci biegają wokół domów i życie płynie. Boimy się tego co jest nieznane, a okazuje się, że tam jest tam bardzo podobnie, jak u nas.

Pani córka miała niespełna dwadzieścia miesięcy, gdy zaczęłyście swoją podróż. Jaki był Wasz pierwszy przystanek? Czy to miejsce było zaplanowane czy decyzja była spontaniczna?

To było Peru i jako jedyne było zaplanowane. Dlaczego? Dlatego, że tuż przed narodzinami Gajki, jak często to nazywam – przed „erą Gajki” – udało mi się tam pojechać. Wędrowałam z plecakiem, spałam w namiocie, przemieszczałam się autostopem lub lokalnym transportem. Jako że pracowałam w budżetówce, tamta podróż – jak i większość moich podróży – była na oparach pieniędzy. Zakochałam się w Peru. Wróciłam z dużym niedosytem. Obiecałam sobie, że mój kolejny urlop spędzę właśnie tam. Plany zmieniła jednak sytuacja osobista. Niespodziewanie okazało się, że zostanę mamą. A potem wyszło na to, że będę samotną mamą. Wtedy zaczęła się do mnie przebijać myśl o wyjeździe. Był to bardzo trudny okres, który kosztował mnie dużo zdrowia. Otarłam się o depresję. Jednak pamiętałam, że mam córeczkę i że ona potrzebuje mamy – szczęśliwej, silnej i uśmiechniętej, a nie słabej i zapłakanej. Zdecydowałam się walczyć o siebie, bo tylko szczęśliwy rodzic może spróbować wychować szczęśliwe dziecko. Moim drugim, największym po rodzinie marzeniem, było ruszyć w podróż. Nie wiem skąd wzięłam na to wszystko energię. Skąd wzięłam siłę, aby nas wówczas spakować i wyjechać? Gdy oglądam zdjęcia z lotniska, widzę, że byłam w opłakanym stanie. Wtedy jednak czułam w sobie bardzo silny, wewnętrzny imperatyw, który mówił mi, że muszę spróbować.

I tym sposobem wylądowała Pani w Peru z Gajką na rękach. Czy miała Pani obawy o to, jak tam będzie lub czym nakarmi Pani córkę? Wtedy jeszcze niespełna dwuletnie dziecko.

Jasne, że nosiłam w sobie dużo obaw, ale wiedziałam na co się ważę, bo już kiedyś tam byłam. Wiedziałam, że z głodu Gaja nie zginie, bo wszędzie są sklepy i wszędzie są dzieci, które muszą jeść. W dodatku na tę podróż zabrałam ze sobą malutką kuchenkę turystyczną. Jedzenie nie było więc problemem. Bardziej bałam się tego, jak będziemy się z tym całym naszym majdanem przemieszczać. Planowałam, że kupie małego vana, a znajomi Peruwiańczycy, którzy byli mechanikami, pomogą mi go wyposażyć. Niestety, ja swoje – a życie swoje. W przeciągu tygodnia okazało się, że nie mogę dłużej zostać u mojej znajomej, u której się zatrzymałam. Równie szybko okazało się, że nie będę w stanie kupić samochodu. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że trzeba będzie wrócić – nasz powrotny lot był za kilka tygodni. Na szczęście znajoma Peruwianka, Cecilia, skontaktowała mnie z Polakiem, który prowadził szkołę języka angielskiego i tam udało mi się dostać na wolontariat. Przez kolejne 6 tygodni uczyłam z Gajenką przywiązaną do mnie chustą peruwiańskie dzieci. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to był najtrudniejszy okres w ciągu naszych sześciu lat podróży.

Dlaczego okazał się on momentem tak trudnym?

Z wielu powodów. Po pierwsze szkoła leżała na 3,5 tys. m n.p.m. Żeby tam móc żyć, musiałyśmy się najpierw zaaklimatyzować. Do tego, aby tam się dostać, należało przejechać przez 5-tysięczną przełęcz. Życie na wysokościach jest trudne, ponieważ oprócz mniejszej podaży tlenu charakteryzuje się nagłymi skokami temperatury. Powietrze wysusza błony śluzowe i skórę. Jest piekielnie zimno, a gdy słońce wyjdzie zza chmur – natychmiast robi się bardzo gorąco i na odwrót. Zwariować można. Nie rozstawałyśmy się z puchowymi kurtkami, mając je zawsze przy albo na sobie. Spałyśmy w puchowych śpiworach, getrach i polarach, pomimo, że w pokoju miałyśmy działający, elektryczny kaloryferek. Do tego wszystkiego doszła jeszcze kwestia jedzenia. Na śniadanie, obiad czy kolację dostawałyśmy mięso alpaki z ryżem. Na czymś takim dziecko długo nie pociągnie. To mięso jest bardzo twarde, zjedzenie go sprawiało kłopot nawet dorosłym, więc musiałam wymyśleć coś dla córki. Miejscowe kobiety radziły sobie tak, że same brały to mięso do ust, przeżuwały i tak rozdrobnione podawały dopiero swoim dzieciom. Przyglądałam się temu, po czym przemogłam się i zaczęłam je naśladować. Nasze dni miały ustalony rytm. Rano biegłam na zakupy, później czatowałam przy hostelowej kuchni, aby Panie na swoich wielkich paleniskach pozwoliły mi postawić nasz mały garczek. Jak już udało mi się ugotować dziecku normalną zupkę, a potem je nakarmić, to byłam przeszczęśliwa. Później biegłam do pokoju i z Gajką na rękach przygotowywałam zajęcia, a następnie aż do nocy je prowadziłam. Kurtki, czapki, rękawiczki – tak wyglądała nasza rzeczywistość na 3,5 tys metrów. W weekendy szkoła organizowała nauczycielom wycieczki, w trakcie których uczyłam się, jak podróżować z dzieckiem. Na takich wyjazdach popełniałam mnóstwo błędów, ale na szczęście w bezpiecznych warunkach. Wyciągnęłam z nich mnóstwo lekcji. Dzięki temu poczułam się bardziej gotowa. Pomyślałam, że chyba wiem, jak podróżować z dzieckiem i że po zakończeniu wolontariatu chcę ruszyć w świat.

To była bardzo poważna decyzja.

Tak. Zdawałam sobie z tego sprawę. Jednakże, pomimo, że miałam na plecach czterdzieści kilo bagażu i dwudziestomiesięczne dziecko, które wciąż sikało w pieluchy – postanowiłam kontynuować tę podróż. Nie mówiłam wtedy jeszcze po hiszpańsku. Z drżącymi kolanami stwierdziłam, że chcę spróbować. Wszystko było tak inne, tak nowe i takie ciekawe. Spotykałam na swej drodze miejscowych ludzi, którzy często pomagali mi w różnych drobnych sprawach, np. wskazywali tani hostel, pomagali znaleźć transport. Musiałam być bardzo samodzielna, ale jednocześnie uczyłam się prosić o pomoc. Od zawsze wyznawałam zasadę: „mój cyrk, moje małpy”, więc z trudem przychodziło mi to proszenie, ale w końcu miałam tylko dwie ręce, ograniczony zasób energii i małe dziecko. Musiałam się przełamać.

Jak pokonała Pani w tym wszystkim barierę językową. W końcu jak wiemy przez kolejne trzy lata była Pani w Ameryce Łacińskiej. Przebywając i obcując z miejscowymi, którzy nie mówili raczej po angielsku?

I tak, i nie. Tuż przed wyjazdem wzięłam kilka lekcji na kursie języka hiszpańskiego, ale nie uczyłam się zbyt wiele. Dzięki temu natomiast byłam w stanie wypisać sobie kilkanaście zwrotów, do tego zawsze przy sobie miałam kieszonkowy słownik polsko-hiszpański. Przekonałam się też, że hiszpański jest prostym językiem do nauki i jest dość podobny do polskiego, w co wcześniej nie wierzyłam.

Co jest dla Pani najistotniejsze z punktu widzenia tych podróży?

Ludzie. Oni są solą drogi. Każdy człowiek ma swoją historię, która stanowi swego rodzaju drzwi do innego świata. W większości przypadków te drzwi ludzie uchylają, a nawet szeroko otwierają. Do tego jednak potrzebna jest znajomość języka. Ogromnie ubolewałam w wielu częściach Azji, że nie potrafiłam się porozumieć z lokalnymi mieszkańcami. Na szczęście angielski jest coraz popularniejszym także i tam językiem.

Czym Pani się kierowała na kolejnych etapach podróży?

Ciekawością, wskazówkami dawanymi przez miejscowych ludzi, przewodnikiem, instynktem, naszymi aktualnymi potrzebami, możliwościami finansowymi, stanem zdrowia i ducha.

23 złote. Tyle na jeden dzień miała Pani do wydania na przeżycie z córką. Tak naprawdę było?

Tak. To wszystko, co miałyśmy. Nie do uwierzenia, prawda? Podobnie, jak nie do uwierzenia jest, że w XXI wieku, przez pierwszy rok podróżowałyśmy wyłącznie z książkowym przewodnikiem i bez żadnej elektroniki. Nawet telefonu nie miałam, bo mi go ukradli. Co jakiś czas korzystałam z kafejek internetowych, a do couchsurfingowych hostów dzwoniłam z budek.

Pani córka rosła w tych podróżach, zmieniała się. Jaki ona zakodowała sobie język?

Jej pierwszym językiem był oczywiście język hiszpański, choć – jak każde dwujęzyczne dziecko zaczęła mówić późno. Żeby było zabawniej, ja odpowiadałam jej po polsku, a ona – i tak wiedząc, że ja ją doskonale rozumiem – uparcie trzymała się hiszpańskiego. To było bardzo zabawne, choć nie pomagało w rozmowach z Dziadkami. Dopiero gdy miała 3,5 roku odwiedziła nas para moich serdecznych przyjaciół z Polski, których córeczki nie mówiły po hiszpańsku ani słowa. Gaja nie miała już wyjścia. W przeciągu dwóch dni zaczęła mówić po polsku, uroczo mieszając oba języki.

Zastanawiam się, jak w tym wszystkich radziłyście sobie z nauką Gai?

Uczyłyśmy się od zawsze i zawsze w formie zabawy, gdziekolwiek się dało i kiedykolwiek pojawiała się na to przestrzeń. Ot chociażby – bawiąc się na plaży pisałam patykiem nasze imiona, robiąc przerwę w trekkingu – układałam je z patyczków, czekając na autobus – wskazywałam literki na rozwieszonych ogłoszeniach. Cyferek Gajkę uczyłam, wymyślając najróżniejsze piosenki, podobnie było z miesiącami czy nazwami tygodnia. W poważniejszą matematykę natomiast wprowadziło nas małe wyzwanie. Otóż w Meksyku jest bardzo dużo volkswagenów garbusów. Są to urocze samochody, które od zawsze darzyłyśmy gorącym uczuciem. W którymś momencie zaczęłyśmy konkurować, kto ich więcej zauważy. A że sromotnie przegrywałam, Gaja oddawała mi swoje volcie, nieustannie podliczając wyniki.  W ten sam sposób nauczyła się dodawać i odejmować. Gdy Gaja skończyła 5 lat znajomy przywiózł nam książkę do zerówki. Więc tachałyśmy z sobą pokaźne tomiszcze, a ona pomału, zgodnie z podróżniczym rytmem dopasowywał sobie kolejne puzzle wiedzy. Schody zaczęły się, gdy maluch miał skończył 6 lat i stanęła przed nami wizja zerówki. Niestety “dobra zmiana” zamknęła dzieciom przebywającym poza Polską możliwość edukacji domowej. By włączyć Gaję w system i przejść właśnie na edukację domową, w świetle prawa musiałam  wrócić do Polski, by osobiście załatwić wszystkie formalności. Przyjeżdżać z drugiego końca świata, by zaraz na ten koniec świata wracać? Nie było takiej możliwości. Nie było mnie na to stać ani finansowo, ani emocjonalnie.

Więc jak udało się to pogodzić? Co wtedy postanowiłaś?

Odpuściłam. Wiadomości z zerówki miała zresztą Gaja w małym palcu. Zaczęłam więc z nią robić pierwszą klasę, posiłkując się wskazówkami naszych Czytelniczek – pani psycholog szkolnej i pani pedagog nauczania wczesnoszkolnego. Korzystałam z polskich zeszytów ćwiczeń przywiezionych nam przez życzliwych turystów, podróżujących do miejsc, gdzie akurat byłyśmy, dodatkowo posiłkowałyśmy się lokalnymi książeczkami. Czasem przez to bywało zabawnie, np.: w Chinach, gdy Gaja szła z ćwiczeniami z matmy, kupionymi w lokalnej księgarni, ludzie zatrzymywali nas w przekonaniu, że Mała mówi po chińsku. Ale przecież nie musiała mówić, by rozwiązywać chińskie ćwiczenia, w końcu matematyka jest taka sama na całym świecie! I tak właśnie przerobiłam z Gają pierwszą klasę, choć w teorii powinna być w szkolnej zerówce. Nieuchronnie jednak zbliżał się wrzesień, w którym Gaja oficjalnie powinna stać się uczniem pierwszej klasy – ale jak miałam to zrobić, podróżując po antypodach? Postanowiłam więc robić swoje – uczyć Gajkę najlepiej jak potrafię, iść z materiałem – a z konsekwencjami tegoż kroku zmierzyć się dopiero po powrocie, który przecież nie wiedziałam, kiedy nastąpi. Na szczęście z pomocą przyszła mi zbiorowa mądrość naszych Czytelników, którzy podrzucili nam kontakt do ORPEG-u, czyli Ośrodku Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą, prowadzącego projekt ” Wsparcie uczniów migrujących”. Za pośrednictwem ORPEG Gaja została włączona w polski system edukacji i rozpoczęła naukę on-line.

Kwestie zdrowotne zawsze są dyskusyjne przy egzotycznych wyjazdach. Raz, że jedzenie bywa z grubsza inne i różnie wpływa na nasza florę jelitową, dwa – są też rzeczy środowiskowe, jak choćby inne owady, które mogą nas ugryźć. Dochodzą kwestie szczepionek. Nie obawiała się Pani tego czy znajdzie Pani pomoc medyczną?

Kwestii żywieniowych nie obawiałam się w ogóle. Pasożytów natomiast owszem. Podobnie jak komarów, które są najbardziej niebezpiecznymi dla zdrowia i życia zwierzętami na ziemi.

A jak było z pomocą medyczną?

Na całym świecie jest służba zdrowia, która może pomóc. Wszędzie są apteki i lekarze. Proszę mi wierzyć, w większości znanego mi świata na każdym roku można znaleźć aptekę, a dostępność leków jest większa niż u nas, a na większość nie trzeba nawet recepty. Człowiek może kupić normalnie antybiotyki, antydepresanty czy antykoncepcję. Nie brakuje tego nigdzie. Są lepiej i gorzej zaopatrzone apteki wiadomo, ale są.

Brzmi to tak, jakby nie spotkało Panie nic niespodziewanego.

Ależ oczywiście, że spotkało. Miałyśmy milion takich sytuacji (śmiech). Zdarzały nam się i pasożyty, i zatrucia. Miałyśmy wypadek samochodowy, mnie dwa razy operowano. Przez te 6 lat dużo się wydarzyło. Dlatego czuje się kompetentna, aby o tym mówić. Ale generalnie chciałabym podkreślić, że zdrowie to najważniejsza rzecz w każdej podróży i tu nigdy nie należy oszczędzać. Przez wszystkie lata podróży wykupywałam ubezpieczenie w sprawdzonych, dużych firmach. Dzięki temu nie musiałyśmy się w razie konieczności martwić na przykład o koszty leczenia czy o tłumacza, ponieważ ubezpieczenie nam to zapewniało. A wracając do szczepień, to na pewno warto przed wyjazdem rozważyć zalecane przez ambasady szczepionki. Ja doradzałabym dodatkowo wściekliznę. W krajach egzotycznych jest to wciąż spory problem, a ugryzienie szczura, małpy czy zdziczałego psa nie należy do rzadkości.

Przez 6 lat podróży odwiedziła Pani z córeczką 30 krajów świata. Które miejsce było dla Pani największym zaskoczeniem.

Stany Zjednoczone. Takiej ilości rasizmu, jaką tam zobaczyłam, nie widziałam nigdy i nigdzie. Rasistowskie komentarze, upokarzające teksty i hejt wobec Latynosów czy Afroamerykanów były przerażające. Bolało mnie to, tym bardziej że autorami tych inwektyw bywali często Polacy, którzy sami są przecież gośćmi w Stanach. Drugim zaskoczeniem była Tajlandia, do której wjechałam zaraz po Amerykach, w których spotkałam tylu życzliwych, dobrych ludzi. W krajach latynoskich mój Whatsapp i Facebook codziennie zapełniał się nowymi, ważnymi kontaktami. W Tajlandii przez pierwsze trzy miesiące do social mediów nie dopisałam nikogo. Nie było tam miejscowych ludzi, z którym chciałabym być w kontakcie. Przeżyłam absolutny, kulturowy szok. Couchsurfing [strona łącząca podróżników z chcącymi ich gościć rodzinami] praktycznie nie działał, a miejscowi traktowali mnie jak chodzący bankomat. Nie umiałam dotrzeć do tych ludzi. Miałam wrażanie, jakby między nami była solidna, gruba szyba. W Malezji sytuacja okazała się być nieco lepszą, a na indonezyjskiej Sumatrze, było już cudownie. Tam znowu poczułam sens naszej podróży. Było dużo ubożej, za to ciepłych, życzliwych, autentycznie ciekawych drugiego człowieka ludzi było mnóstwo.

I teraz nagle z tej kolorowej podróży, z tego świata tak różnorodnego wróciła Pani do Polski. Zmusił Was do tego Covid-19?

Tak. To był szok. Decyzję podjęłam z dnia na dzień. Zaczęły się ataki – na razie niewerbalne – na białych, tak jak chwilę wcześniej trwał hejt na Chińczyków. Nie wiadomo było, jak epidemia będzie przebiegać. Miałam prawo spodziewać się, że wkrótce zacznie robić się nieciekawie. W marcu, od 3 miesięcy byłyśmy na Sri Lance. Na tej przepięknej wyspie powszechna służba zdrowia jest w opłakanym stanie. Uciekłyśmy więc do Emiratów Arabskich, do naszych przyjaciół, syryjskich uchodźców. Będąc w Dubaju obserwowałam sytuację na świecie, która zmieniała się z godziny na godzinę. Kraj za krajem zamykał granice. Wówczas zaczęło do mnie docierać, że ta sytuacja może ciągnąć się miesiącami, a nasza podróż nie była o siedzeniu na miejscu. Poza tym od sześciu lat czekali na nas rodzice. Nie było innego wyjścia, podjęłam decyzję o powrocie. Trzy dni później, zszokowane niespodziewanym rozwojem wydarzeń, lądowałyśmy na warszawskim Okęciu. Potem obowiązkowa kwarantanna i nareszcie mogłyśmy utonąć w ramionach rodziców, a potem we własnym łóżku, które okazało się być niezwykle wygodne.

Co Pani pomyślała, gdy wylądowała w Polsce i chwile tutaj pobyła?

Szczerze? Że był to dla mnie prawdziwy zaszczyt, że zdążyłam przed pandemią zobaczyć, zwiedzić i poznać tak wielki kawał przepięknego świata. Bo świat jest niezwykle piękny i różnorodny, czego z perspektywy podwórka często nie widać.

I że Pani córka dostała od Pani tyle wrażeń, doświadczyła tyle nowości, zobaczyła tyle niezwykłych miejsc, które większość z nas ogląda w katalogach podróżniczych.

To był piękny, intensywny czas, który wybudował nas obie. Podróż uczy wielu rzeczy, które w życiu stacjonarnym człowiek uczy się w mniejszym wymiarze. Chociażby poszanowania jedzenia. Nie miałyśmy pieniędzy, dla najmniejszy kawałek chleba stanowił wartość. Do dziś Gaja ze zdumieniem spogląda na kapryszące przy jedzeniu dzieci. Dla niej jest to niepojęte, że mając przed sobą ciepły, świeży, przygotowany przez kogoś posiłek można kręcić nosem. Ta podróż dała też Gajce łatwość wchodzenia w różne środowiska – przecież średnio co kilka dni wiłyśmy sobie gniazdka w nowych miejscach. Do tego stała się odporna na niewygody, ma w sobie całe morze cierpliwości, a przy tym jest radosną, wrażliwą i bardzo spontaniczną dziewczynką. Czasami miewałyśmy długie przeloty, w których Gaja musiała zajmować się sobą, bo ja – wyczerpana – chciałam odpocząć. Zaopiekuj się swoją nudą – mówiłam jej – przytul ją, zapytaj, czego potrzebuje. Potem z pomocą przyszły nam audiobooki z Legimi. Podróż wyrobiła też w Gajce poszanowanie przedmiotów oraz pieniędzy, a także takie praktycznie umiejętności, jak sprawne władanie ostrym nożem, czy gotowanie prostych potraw.

Czy oczami wyobraźni widzi Pani już kolejną podróż, jak tylko pandemia się dla nas wszystkich szczęśliwie skończy. Gdzie Pani ruszy?

Absolutnie nic nie planuję. Życie mnie nauczyło, że takie fantazjowanie nie ma sensu, szczególnie w dziś, w dobie koronowirusa. Oczywiście, że chciałabym się teraz znaleźć w jakimś egzotycznym kraju z turkusowym niebem i ciepłym morzem. Z całego serca bym chciała, ale się nie da. Mam znajomych w najodleglejszych zakątkach świata, w małym wioskach i dużych miastach. Rozmawiamy, co u nich słychać i jasno widzę, że wszędzie jest ciężko. Koronowirus dotyka wszystkich, bez wyjątków. Trzeba żyć z dnia na dzień i cieszyć się tym co jest i marzyć! I mieć nadzieję, że kiedyś to minie.

Jeśli zaciekawił Was ten tekst i macie ochotę na więcej, to koniecznie zajrzyjcie na bloga Joanny – somosdos.pl, po więcej ciekawostek i podróżniczych inspiracji.

zdjęcia: archiwum prywatne Joanny