24.06.2020

Po porodzie kobieta rodzi się na nowo

Za niedługo po raz trzeci zostanie mamą, prowadzi własną markę z ubraniami dla ciężarnych, a od warszawskich blasków fleszy uciekła w Tatry, wraz z mężem Michałem i synami. Nam opowiada o tym, jak przeżywa ciążę w trakcie pandemii, dlaczego warto kochać rozstępy i jak ważne jest, by mówić głośno o „matrescence” – niełatwym procesie dojrzewania kobiet, które stają się mamami. Przed Wami Ola Żebrowska.

Olu, z racji sytuacji w jakiej się znaleźliśmy, nie mogę nie rozpocząć naszej rozmowy od pytania, jak się czuje przyszła (potrójna) mama w naszej nowej pandemicznej rzeczywistości?

Hmm, tak jak obecna mama dwójki małych zapaśników-amatorów, znudzonych już ciągłym siedzeniem w domu. Codziennie siedzę w pierwszym rzędzie na ich sparringach i z przerażeniem śledzę ich postępy w nieczystych zagrywkach i poszerzającym się słowniku nie-wiadomo-skąd-zasłyszanych…zwrotów, haha! Do tego dodaj wielki brzuch i hormonalne huśtawki nastrojów – jednym słowem, jest pięknie!

A czy pamiętasz moment, w którym uświadomiłaś sobie, że ten wyjątkowy czas ciąży i Twój trzeci poród będą zupełnie inne niż dwa poprzednie?

Minęło już 6 lat od narodzin Henia. Wiele się od tamtego czasu zmieniło, chyba nawet bez pandemii odczuwałabym kolejną ciążę jako nie lada wyzwanie. Obecnie jesteśmy w takim momencie pandemii, że wiele obostrzeń zostaje stopniowo znoszonych. Teraz już wiem, że najprawdopodobniej będę mogła rodzić z mężem i że nie zostanę rozdzielona z dzieckiem zaraz po porodzie – co jest dla mnie bardzo ważne i było głównym źródłem niepokoju, kiedy sytuacja z wirusem nabierała tempa.

Wyobrażam sobie, że ciąża w trakcie pandemii to ekstremalnie stresujące przeżycie, ale istnieje rodzaj wsparcia, które w tej sytuacji może przynieść prawdziwe ukojenie, czyli rozmowy z kobietami, które także są teraz w ciąży.

Tak i naprawdę jest to jakiś kosmiczny dar od wszechświata (śmiech). Zawsze wierzyłam, że z mocnych więzi pomiędzy kobietami rodzi się ogromna siła, energia, pomysły i inspiracje – w takim duchu byłam wychowywana, bo sama mam sześć wspaniałych sióstr i bardzo silną mamę.
Mam szczęście, bo tym razem jedna z moich młodszych sióstr też jest w ciąży. Przyjemnie jest wspólnie ponarzekać na rzeczy trywialne – takie, jak gruby tyłek, czy spuchnięte stopy, ale jeszcze piękniej jest móc się z nią podzielić rzeczywistymi lękami, problemami i niepokojem towarzyszącym obecnej sytuacji. Mam wrażenie, że w ogóle kobiety nigdy nie jednoczyły się tak bardzo jak teraz. Z każdej strony płynie ogromna ilość ciepła i siły nawet od zupełnie obcych kobiet, które czują że to naprawdę wyjątkowy czas i mają autentyczną potrzebę wspierania siebie nawzajem. Nieważne czy są to kobiety, które obecnie są w ciąży czy takie, które są już babciami.

Jak przygotowujesz się do porodu w nowej rzeczywistości?

Powoli kompletuję sprzęt na odległość – bo obecnie mieszkamy w górach. Siostry i przyjaciółki przesyłają mi pocztą ciuchy ciążowe, podrzucają gadżety bobasowe pod drzwi. Mam nadzieję, że na sam poród zdążymy wrócić do Warszawy, wolałabym nie rodzić tu, w środku lasu.

W swoim domu w środku lasu masz silne męskie wsparcie: męża i dwóch synów. 10-letni Franciszek i 6-letni Henryk to już duzi chłopcy, ale czasem wieść, że mama jest ciąży i że za niedługo pojawi się w domu noworodek jest trudny dla starszych dzieci. Masz jakiś sprawdzony patent na „tę rozmowę”?

Zupełnie nie. Franek jest już na tyle duży, że ze zniecierpliwieniem czeka na młodsze rodzeństwo. Henio sugeruje, żebyśmy nowego członka rodziny nazwali Grażyna albo Janusz i to w zasadzie podsumowuje jego podejście do całości, bo wiemy, że z jakiegoś powodu, te imiona wyjątkowo go bawią. Bardzo długo był naszym rodzinnym bobasem i na pewno dzidziuś zajmujący wkrótce jego miejsce, nie jest wymarzonym scenariuszem – ale przynajmniej nie opuszcza go poczucie humoru 😉

To podwójnie nowy scenariusz, bo z kwarantanną w tle…

Wydaje mi się, że zawsze nowy członek rodziny, tak naprawdę definiuje całą dotychczasową rodzinę na nowo. W mniejszym lub większym stopniu ma wpływ na każdego z jej członków. Dodatkowo, biorąc pod uwagę ten wyjątkowy czas, w jakim się znajdujemy, wszystko co można było kiedyś na spokojnie zaplanować, dzisiaj niekoniecznie da się wprowadzić w życie. Wiem, że chłopaków męczą lekcje online, tęsknią za kolegami, zajęciami pozaszkolnymi, ogólnym porządkiem i rutyną. A wciąż zmęczona, czasem poirytowana mama oraz przytłaczające poczucie nadchodzących zmian potrafią dać popalić. Dlatego kiedy Henio kolejny raz zepsuje Frankowi bazę z poduszek, a Franek za karę ukradnie Heniowi z jego bazy kota – i obaj zaczynają się gonić po całym domu, jednocześnie płacząc i krzycząc – biorę kilka głębokich oddechów, starając się wyłowić z siebie pokłady cierpliwości i zrozumienia dla tych obiektywnie absurdalnych kłótni. Wiem, że oni też potrzebują przestrzeni i czasu, żeby przemyśleć różne rzeczy.
Z  własnego doświadczenia pamiętam, że to co pomaga dzieciom, które stają się “starszym rodzeństwem”, to czas 1:1 z mamą, tatą, kiedy czują się ważne, wysłuchane. Taki czas u nas w rodzinie to zazwyczaj wieczory, przed pójściem spać, wtedy okazuje się, że w tych główkach jest tyle niepewności i obaw, na które w natłoku codziennych obowiązków po prostu nie ma czasu.

Jesteś mamą dwóch synów, jesteś w zaawansowanej ciąży, prowadzisz swoją markę “Francis & Henry” i obecnie „kwarantannowy” dom. To nie puste frazesy, że macierzyństwo daje ogromną siłę.

Po pierwsze, mój „kwarantannowy dom”, to naprawdę jakiś totalny freestyle i na pewno nie jestem przykładem do naśladowania. Natomiast coś w tym jest, że macierzyństwo daje swoistego kopa energetycznego. Mimo, że często kojarzone jest z zakończeniem pewnego etapu w życiu kobiety, jakąś blokadą, ograniczeniem, nawet konkretnym wyglądem. Będąc mamą dwójki chłopaków, usłyszałam kiedyś, że “nie wyglądam jak mama”. Z jednej strony odebrałam to jako oczywisty komplement – od razu pomyślałam, że pewnie wyglądam na wypoczętą i w miarę zadbaną (haha). A z drugiej strony, jakoś mnie to nieprzyjemnie uderzyło. Przecież to właśnie tej roli w swoim życiu tak wiele zawdzięczam. Zawsze wiedziałam, że chcę być mamą, ale nigdy nie sądziłam, że jednocześnie uda mi się założyć własną firmę, urodzić kolejne dziecko, a potem jeszcze kolejne! Zadziwiające jest to, ile pewności siebie mi to daje, mimo, że często, szczególnie jako młoda mama czułam się niedoskonała. Być może nie jest to nawet “siła”, tylko totalna zmiana perspektywy, nabranie dystansu do rzeczy mniej ważnych, coś co powoduje, że jest nam z macierzyństwem dobrze i do twarzy.

Ale nie od początku jest tak kolorowo i nie zawsze stajemy się supermenkami zaraz po urodzeniu dziecka.

Nie, ja też nie od razu odnalazłam się w tej nowej roli. Uwielbiam dzieci, jestem najstarszą siostrą z ośmiorga rodzeństwa i kocham być mamą, ale ciąża, poród i połóg nie były tym, czego oczekiwałam. Niedawno sieć obiegło zdjęcie kobiety, która po porodzie siedzi smutna i zamyślona, podczas gdy krewni stojący nad nią podają sobie jej nowonarodzone dziecko. Od tego zdjęcia bije straszna samotność i myślę, że wiele z nas przez to przechodzi w tych pierwszych dniach czy tygodniach po porodzie. W naszym ciele i psychice zachodzą ogromne, przytłaczające zmiany, tymczasem wszyscy dookoła zastanawiają się, po której teściowej dziecko ma takie duże uszy.

W mediach, nawet tych parentingowych niewiele się mówi o tym poczuciu samotności po porodzie. Zwykle używany jest termin „depresji poporodowej”, a nie zawsze o nią chodzi.

Depresja poporodowa to poważna choroba, którą należy leczyć i nie jestem specjalistką, żeby móc się na jej temat wypowiadać, ale coraz częściej słyszy się też termin „baby blues”. Brzmi on wyjątkowo niegroźnie i często jest bagatelizowany. Prawda jest taka, że większość nowych mam oprócz radości z nowonarodzonego dziecka, przeżywa również niepokój, rozczarowanie, właśnie samotność, czy wręcz strach.

Marzę o tym, żeby w Polsce więcej było słychać głosów mam, które zauważają i akceptują te emocje i widzą je jako wypadkową zmian, zachodzących w ich życiu, ciele i świecie emocjonalnym. Alexandra Sacks, renomowana psychiatra (reproduction psychiatrist) używa tutaj terminu Matrescence (pierwszy raz użytego w latach ‘70 przez antropolożkę Danę Raphael), pochodzącego od angielskiego słowa Adolescence, oznaczającego po prostu dojrzewanie – przemianę z nastolatka w osobę dorosłą. Podobnie jak w latach nastoletnich, w trakcie ciąży też szaleje w nas burza hormonów, zmienia się nasza skóra, włosy, ciało. Różnica jest taka, że dla buntów czy humorów nastolatków wszyscy są wyrozumiali, uczymy się o tym nawet w szkole. Ale kiedy ta ogromna przemiana następuje w kobiecie, która staje się mamą, wszyscy dookoła oczekują, że zadzieje się to z uśmiechem na jej twarzy. A przecież jest to nieprawdopodobnie wymagający czas, w którym tracisz kontrolę nad tym jak się czujesz, wyglądasz, kim właściwie jesteś.
Ogromny wpływ na to, oprócz hormonów, mają też nasze oczekiwania dotyczące macierzyństwa vs. to jaka jest rzeczywistość. Kłóci się w nas poczucie totalnej bezradności, nieprzygotowania, wykończenia, rozczarowania z tymi dobrymi uczuciami: miłością, zachwytem, dumą i spełnieniem. Zazwyczaj macierzyństwo nie jest “tylko dobre” albo “tylko złe” – szczególnie jego początki są totalną mieszanką dobrych i złych emocji. Myślę, że ogromną zaletą jest świadomość tych ambiwalentnych uczuć i zaakceptowanie ich w sobie jako normy i nowej codzienności.
Jako Polki przeszłyśmy długą i wyboistą drogę w walce o nasze prawa na porodówkach. Wiele fundacji i inspirujących kobiet dało nam głos i pewność siebie w starciu ze zdarzającym się obojętnym lekarzem odbierającym poród czy starszą, wypaloną zawodowo położną, która wszystko „wie lepiej”. Zawalczmy teraz o zmianę w postrzeganiu kobiety po porodzie, która tak naprawdę też rodzi się na nowo i każda z nas ma prawo przeżywać to na swój sposób.

„Kiedy urodziłam pierwszego syna, miałam poczucie, że bycie mamą oddziela mnie od bycia kobietą.” – powiedziałaś w jednym z wywiadów. Czy to właśnie to poczucie skłoniło Cię do zainteresowania się tematem zmian w psychice kobiety, kiedy ma zostać mamą?

Prawda jest taka, że Franka urodziłam mając 22 lata… bycie mamą było dla mnie oczywistą ścieżką i wydaje mi się, że byłam gotowa na nieprzespane noce i te dwanaście kup dziennie – o tym trąbią wszyscy. Nastawiłam się bojowo do walki ze zmęczeniem, kupiłam kosz na pieluchy, laktator, wszystko było pod kontrolą. A tu nagle na sali porodowej oprócz dziecka urodziła się również mama – zupełnie nowa osoba, z nowymi potrzebami, emocjami i oczywiście poczuciem, że nie do końca ma do nich prawo, że powinna zachować je dla siebie. Pamiętam, jak położne w szpitalu dopytywały czy to moje pierwsze dziecko – bo z przećwiczoną na rodzeństwie łatwością przekręcałam delikatne ciałko na wszystkie strony przy przewijaniu czy kąpieli, nie bałam się tego. Dodatkowo, miałam wsparcie Michała, całej mojej wielkiej rodziny – a mimo to, czułam że coś jest nie tak. Dopiero po kilku miesiącach jakoś psychicznie odżyłam.

Ta kobieta, która „rodzi się na nowo” wraz z przyjściem na świat swojego dziecka przestaje także zajmować sobie głowę rzeczami nieistotnymi. Ty na swoim instagramowym koncie pokazałaś rozstępy. To jeden z najczęstszych kompleksów Polek dotyczący ich ciał. Rzeczywistość kompleksów zawsze była Ci obca, czy ta świadomość własnego ciała przyszła razem z pojawieniem się dzieci?

Całe życie zmagam się z kompleksami! Bycie żoną tzw. celebryty nie pomaga – zdarza mi się czytać złośliwe komentarze na temat mojego wyglądu i stwierdzać, że z większością z nich się zgadzam! Ale obecnie bardziej jest mi po drodze walka o normalizowanie podejścia do kobiecego ciała. Szczególnie ciała, które wydało na świat życie! Chociaż rozstępy mam odkąd skończyłam 15 lat i nie miały nic wspólnego z ciążą. Sam proces bycia w ciąży, porodu, tego jak nasz organizm dostosowuje się do rosnącego w brzuchu dziecka, a potem naturalnie leczy się i wraca do siebie – to jest dla mnie fascynujące. Liczę, że coraz częściej będziemy rozmawiali o sile kobiet w tym wyjątkowym czasie, że kobiety będą się nawzajem wspierały w akceptowaniu rozstępów czy nadmiaru wagi, a nie prześcigały się w sposobach na zrzucenie „brzuszka” dwa tygodnie po porodzie. Bo z tego brzuszka, po 9 miesiącach wyszedł człowiek – chociażby z tego powodu, mamy prawo wyglądać jakkolwiek i tak długo jak nam się podoba. Coraz częściej widzi się tego typu narrację w mediach zagranicznych – rozstępy przedstawiane jako „tiger stripes” na ciele walecznej kobiety z historią, fałdy na brzuchu tańczącej w samej bieliźnie, odważnej mamy, gojąca się rana po cesarsce przedstawiana jako trofeum. Kocham to. I wierzę, że im więcej takich komunikatów trafia do młodych mam z zewnątrz, tym łatwiej jest im samym szczerze i bez kompleksów postrzegać siebie, dbać o siebie i uszanować to wszystko, czego dokonały.

Taką z pozoru prozaiczną rzeczą, ale bardzo ważną, która jest oznaką traktowania siebie z należną troską i dbałością jest strój – szczególnie w trakcie ciąży i porodu. A w tym specjalizuje się Twoja marka “Francis & Henry”.

Markę Francis & Henry założyłam w 2016 roku w odpowiedzi na własne potrzeby. Pamiętam, że szłam do porodu w starym t-shircie mojego męża, potem karmiłam i opiekowałam się nowonarodzonym dzieckiem w stale rozpiętych do pasa koszulach. Prawda jest taka, że nie przeszkadzało mi to i dostrzegłam to dopiero oglądając zdjęcia z porodu. Myślę, że gdybym jednak czuła się choć trochę bardziej kobieco, pięknie, komfortowo, gdybym czuła się sobą w tych pierwszych dniach po porodzie… byłoby mi po prostu łatwiej! Dlatego tworzymy ubrania i produkty specjalnie dla mam w ciąży, idących do porodu i karmiących – wygodne, praktyczne, kobiece. Pakowane są w piękne pudełka prezentowe, dzięki którym przyszła mama wie, że ktoś pomyślał równieżo niej w tym ciężkim czasie.
Wszystkie nasze produkty tworzone są z wysokiej jakości materiałów, szyte w małej szwalni na Mokotowie. Od niedawna jesteśmy też oficjalnym dystrybutorem niezwykle popularnej w Stanach marki Snuggle Me Organic, tworzącej gniazdka sensoryczne dla niemowląt. Nawiązałyśmy też wymarzoną współpracę z australijską marką Bimby & Roy, producenta przepięknej bielizny, która sprawdza się zarówno na plażę jak i do porodu czy jako wygodna bielizna dla mam karmiących.
To, co w prowadzeniu firmy jest dla mnie najważniejsze, to feedback od innych mam, dosłownie ze wszystkich stron świata. Pamiętam jak w pierwszych miesiącach naszej działalności napisała do mnie jedna z moich ukochanych influencerek z Australii, której wysłałam zestaw w związku z jej piątą ciążą. Napisała do mnie kilka tygodni po porodzie, że właśnie idzie spać i kolejny dzień z rzędu wyciąga z kosza na pranie moją koszulę, bo na samą myśl o tym jak wygląda nocne karmienie nie wyobraża sobie już spania w niczym innym.

Twoja droga macierzyństwa jest piękna, bo prawdziwa. Momentami kręta, ale zawsze z happy endem. Powiedz mi na koniec naszej rozmowy, jaką radę dałabyś samej sobie z czasów, gdy po raz pierwszy miałaś zostać mamą?

Wyrzuć wszystkie ciasne dżinsy, w które wciskałaś się przed ciążą! Haha, a poważnie – daj sobie na wszystko czas, na poznanie siebie samej na nowo, nabranie pewności siebie, która pozwala na odczuwanie i akceptowanie tej mieszanki skrajnych emocji – bądź po prostu wyrozumiała i dobra dla samej siebie.

Tego życzmy też wszystkim przyszłym i obecnym mamom. Dziękuję.

zdjęcia: Michał Żebrowski oraz archiwum prywatne