17.01.2021

Wywiadówka: Hanna Zborowska Neves

Hanna o macierzyństwie mówi na zupełnym luzie, odważnie i szczerze. O tym, jak była „usrana po kokardy”, jak miała depresję poporodową albo problem z akceptacją drugiej ciąży i drugiego dziecka. O byciu mamą opowiada lekko, bez obciachu i pruderii, podobnie jak o seksie w motelu. Po spotkaniu z nią, wiem na pewno, że to kobieta i mama WOLNA, która daje swoim dzieciom dużo wolności, a Wam – tym wywiadem – da dużo przyjemności.

15 lat temu na wymianie studenckiej w Hiszpanii poznałaś swojego przyszłego męża. Od razu wiedziałaś, że to będzie ojciec Twoich dzieci?

Nie, ale wiedziałam, że jestem strasznie zakochana. To była miłość od pierwszego wejrzenia, miałam takie wrażenie, że to jest właśnie to. I było przez 15 lat.

Kiedy zdecydowałaś, że robisz rewolucję w swoim życiu i przeprowadzasz się do niego do Brazylii?

Ja musiałam z nim być, dla mnie to było absolutnie oczywiste, w ogóle nic innego nie wchodziło w grę. Stwierdziłam więc, że muszę to zrobić natychmiast. Jak myślałam o tym, że on ma wyjechać do Brazylii, a ja – wrócić do Polski, miałam napady paniki, ciężko mi się oddychało, nie byłam w stanie złapać oddechu… Tak byłam zakochana. Nie było innej możliwości, musiałam wyjechać. Poznaliśmy się tydzień przed jego wyjazdem i on postanowił zostać pół roku dłużej w Hiszpanii ze względu na mnie. Ja zakończyłam związek z moim chłopakiem, on ze swoją dziewczyną, po tygodniu zamieszkaliśmy razem i tak zostało na 15 lat.

Jak na przeprowadzkę zareagowali Twoi rodzice?

Pamiętam, że bałam się, że nie będą chcieli mnie puścić, ale oni zaufali mi w tej kwestii. Tak naprawdę nigdy nie zapytałam o zgodę. Po prostu powiedziałam, że jadę, a oni to zaakceptowali i mnie wspierali. To było bardzo dziwne, bardzo inne od tego, do czego byłam przyzwyczajona.

Ślub odbył się też tak szybko jak wszystko inne?

Nie, ja nie chciałam mieć ślubu. Przeprowadzając się na inny kontynent, poza Unię Europejską, żeby tam być i żyć, musiałam mieć wizę. Pojechałam najpierw na 3 miesiące, a później zapisałam się na tamtejszy Uniwersytet i ostatni rok prawa zrobiłam tam. Po roku Daniel mi się oświadczył, po dwóch – wzięliśmy ślub, a po 7 latach pojawiła się Nina.

Pamiętasz ten moment, jak dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży?

Miałam 30 lat. Wszystko poszło według planu, bo ja zawsze planowałam skończyć 30 lat i odstawić pigułki. I tak się stało. Pojechaliśmy z Danielem na targi na Dominikanę. Wtedy nie można tam było pić wody z kranu. I ja się tą wodą zatrułam – tak myślałam – ale okazało się, że to ciąża. Poszliśmy z Danielem nurkować i jakiś głos powiedział mi, żeby zrobić test, bo jakoś źle się czułam, mdliło mnie, a w ciąży nurkować nie wolno. Poszłam więc do apteki i zrobiłam go w łazience w klubie nurkowym. Okazało się, że na wynik trzeba czekać aż 15 minut, a moja grupa była już gotowa do wyjścia. Moja pierwsza myśl była taka, że wszyscy, którzy na mnie czekają, będą myśleli, że robię kupę. Byłam załamana, 30-letnia ja (śmiech). Wynik był pozytywny. Wyszłam z toalety, patrzę na Daniela, trzymam test ciążowy w ręce i mówię: I’m pregnant! Wszyscy zaczęli bić brawo, Daniel miał wytrzeszczone oczy, patrzę na jego koszulkę, którą dostał od mojej siostry, a na niej jest napisane: „I make good babies”. To było bardzo śmieszne. Zrobiliśmy sobie oczywiście zdjęcie w tej  koszulce i on poszedł nurkować, a ja nie. I pamiętam, że czekałam na  niego aż skończy i nie wiedziałam, jaka będzie jego reakcja, bo on się nie odezwał. Ja natomiast byłam szczęśliwa, bo chciałam mieć dzieci.

Miałaś jakieś obawy dotyczące macierzyństwa?

Nie, bo ja w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, co to jest posiadanie dziecka. Wydawało mi się, że to jak posiadanie psa: ma się odpowiedzialność, ale bez przesady. Z niczego nie zdawałam sobie sprawy. Zaszłam w ciążę szybko, cała ciąża była bezproblemowa, a ja nawet nie miałam pojęcia, jak ważne są niektóre badania, nie wiedziałam np., że jest coś takiego jak USG połówkowe. Po jego wykonaniu pielęgniarka powiedziała mi, że gratuluje, że wszystko jest w porządku, a ja zastanawiałam się, czego ona mi gratuluje? Przecież wiadomo, że wszystko jest w porządku. Dopiero przy drugiej ciąży zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawę. Druga ciąża mnie przerażała.

Porodu również się nie bałaś?

Chciałam rodzić naturalnie, bo po co otwierać inne drzwi, skoro jedne są już otwarte? Matka natura to przecież wymyśliła. A potem zorientowałam się, że to jest bez sensu, bo w Brazylii wszyscy rodzą przez cesarskie cięcie. Umawiasz się na dzień, godzinę i lekarzowi to dużo bardziej odpowiada, bo poród naturalny jest nieprzewidywalny. Pomyślałam więc, dlaczego ja mam się męczyć i wyłamywać? Miałam dwie cesarki i to była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Coś Cię zdziwiło, jeżeli chodzi o podejście do opieki okołoporodowej, kobiety w ciąży albo dziecka w Brazylii?

Brazylijczycy są cudownymi, ciepłymi ludźmi, którzy kochają dzieci. Kobiety w ciąży są noszone na rękach i traktowane jak święte krowy. Oni bardzo ten stan celebrują. Tam jest prawo, że kobiety w ciąży, kobiety po 60., mężczyźni po 65. roku życia, matki z małymi dziećmi do dwóch lat i matki karmiące nie stoją nigdzie w kolejkach, nigdzie. To jest zupełnie inna mentalność. Kobiety karmią wszędzie i nikt nie mówi, żeby się zakrywać, bo to jest totalnie naturalne. I jeszcze jedna ciekawostka: na porodówce od razu przekłuwają uszy, żeby było wiadomo, że to dziewczynka. Z Niną opierałam się temu chyba przez miesiąc, dopiero potem jej przekłułam, a Mili od razu, już nie walczyłam; tuż przed wyjściem ze szpitala pani wzięła dwa kolczyki i włożyła jej w ucho. No i dzieci to trzeba tam stroić! Ja swoich nie ubierałam, bo było za gorąco, leżały więc w pieluszkach, ale inne mamy ubierały: w śpiochy, buty dla noworodków i kokardy. Istny jarmark! 

Jakie miałaś emocje i uczucia względem Niny zaraz po porodzie?

Cesarskie cięcie poszło łagodnie i sprawnie, ale ja miałam jakąś taką jazdę, że się bałam, że mi dziecko podmienią w szpitalu…Przed porodem chciałam kupić stempel i po porodzie je ostemplować. Nie zrobiłam tego w końcu, ale powiedziałam Danielowi: Nie możesz dziecka spuścić z oczu przez pół sekundy! Jak położyli Ninę na mnie, od razu przystawili mi ją do piersi. I jeszcze lekarka zrobiła mi wymaz z „funi” i wymazała jej tym buzię, żeby miała moją florę bakteryjną. Ja ją zobaczyłam, pamiętam, że było mi strasznie zimno: coś ze znieczuleniem było nie tak i chciałam, żeby szybko ją ode mnie wzięli, bo bardzo mną telepało. Moje dziecko cały dzień spało, obudziło się w nocy i całą noc chodziłam z nią po korytarzu. Wtedy poczułam pierwsze zmęczenie i odpowiedzialność. Przez pierwszy tydzień stałam nad kołyską i zastanawiałam się, co ja mam z tym dzieckiem robić? Nie mogłam zostawić jej ani na sekundę, bo wydawało mi się, że na pewno coś się stanie. A po tygodniu strasznie pożałowałam, że mam dziecko.

Zaczęły się kolki?

Tak, kolki. Ale zdałam sobie też sprawę z ogromnej niesprawiedliwości: mój mąż chodził do pracy, brał prysznic, dobrze spał, nosił pachnące jedwabne krawaty, a ja byłam cały czas obrzygana. Na początku przebierałam się, brałam prysznic, ale potem już nie nadążałam. Nina miała alergię na białko mleka i non stop wymiotowała. Miałam straszną depresję poporodową, straszną. Moja mama, która wtedy przeprowadziła się na 3 miesiące do Brazylii, była przerażona. Ja zamykałam się na klucz w pokoju z Niną, trzymałam ją na rękach i wyłam! Ona mi strasznie pokrwawiła sutki. Uparłam się jednak, że będę karmić piersią, miałam poczucie, że muszę. Byłam więc umęczona, a moje dziecko ssało mleko razem z krwią, robiło kupę z krwią… Czułam się tak, jakby ktoś mnie cały czas tatuował na sutku. Z tej depresji wyszłam w niecałym trzecim miesiącu życia mojej Niny, moja mama właśnie wyjechała, a mój mąż jechał na targi do Cancun. Powiedziałam, że ja też jadę, że ja muszę jechać, bo inaczej zwariuję. Zaproponowałam mojej teściowej, żeby jechała ze mną, ale powiedziałam też, że jeżeli ona nie pojedzie, to ja i tak pojadę z Niną. Moja teściowa stanęła na wysokości zadania i poleciała ze mną. Nie znalazłyśmy miejsca w tym samym samolocie, którym leciał Daniel, poleciałyśmy innymi: Z Fortalezy do Rio De Janeiro – to są 3,5 h lotu, Z Rio De Janeiro do Miami – to jest 8-9 godzin lotu i z Miami do Cancun – godzinka i jeszcze trzeba było z Cancun jechać do Playa del Carmen – jakieś kolejne 2 godziny samochodem… Więc to było szaleństwo, jak patrzę na to dzisiaj, natomiast to była też najlepsza rzecz, jaką zrobiłam, bo po prostu dostałam adrenaliny. Na targach moja mała leżała w nosidle i była wabikiem na klientów, teściowa ją zabierała, kiedy zaczynała płakać, brała ją na spacer, a ja wstawałam od stołu, kiedy trzeba było karmić. Wtedy zrozumiałam, że moje życie się nie skończyło, bo wcześniej miałam takie poczucie: że mój mąż robi wszystko to, co robił, a ja nie robię i jestem usrana po kokardy. Więc od tego czasu, kiedy zabrałam Ninę po raz pierwszy na targi, ona jeździła z nami non stop wszędzie. Mamy firmę sprzedaży i wynajmu nieruchomości, i wtedy hurtowo sprzedawaliśmy nieruchomości obcokrajowcom. Byłam wtedy bardzo szczęśliwa, ponieważ spełniałam się jako żona, matka i businesswoman.

Jak Cię zmieniło macierzyństwo?

Pierwsze macierzyństwo trochę mnie uspokoiło, ale jakoś specjalnie mnie nie zmieniło. Ja cały czas nie zdawałam sobie sprawy z odpowiedzialności, która na mnie spadła. Całkiem niedawno mnie to dopadło, Nina miała chyba z 5 czy 6 lat, jak zobaczyłam, że to jest już mała dziewczynka, która wszystko rozumie. Ja nie wiem, co ja wcześniej myślałam… Nie docierała do mnie ta odpowiedzialność, teraz czuję to bardzo mocno. Staram się jak najwięcej rozmawiać z moimi dziećmi i przy okazji dawać im bardzo dużo wolności. Nie jestem mamą, która zmusza je do czegoś, raczej bardzo rzadko, generalnie zawsze mówię o konsekwencjach ich zachowań. Nie chcesz myć zębów? Nie myj, ale skończy się tak, że będziesz musiała iść do dentysty, będzie dziura i będzie strasznie boleć. Tak staram się je wychowywać.

Po 4 latach do Waszej rodziny dołączyła Mila. Zaplanowaliście tę różnicę wieku między dziewczynkami?

Nie, los zaplanował. To było tak, że jak Nina miała 3 lata, ja postanowiłam być fit, odchudzić się, zaczęłam chodzić na sporty i poznałam ekstra ludzi, prawdziwych przyjaciół. Postanowiłam też przestać brać hormony, bo niezdrowe, wiedziałam też, że to dobrze wpłynie na schudnięcie, bo nie będzie mi się woda zatrzymywać w organizmie. No i …to była nasza rocznica ślubu, chyba jedenasta. Wiedziałam, że jajeczkuję, bo u mnie jest jak w kalendarzu, co do godziny nawet. Ale pomyślałam sobie: po 11 latach razem, 24 godziny non stop, bo razem mieszkaliśmy, żyliśmy i pracowaliśmy, poczułam, że musimy zrobić sobie super noc. Pojechaliśmy do motelu. W Brazylii są motele przeznaczone tylko i wyłącznie na seks, pokoje na godziny. Moja koleżanka jest właścicielką takiego motelu, więc pojechaliśmy do niej. Podkreślam: wiedziałam, że jajeczkuję, ale pomyślałam sobie: Raz w życiu będę nieodpowiedzialna, no raz! Nic mi się nie stanie. No i stało się na tyle, że Mila ma 4 lata. To był jeden jedyny raz, kiedy się nie zabezpieczyłam.

Jak zareagowałaś na wieść o ciąży?

Byłam załamana, bo już wiedziałam, czym to pachnie. Jak się dowiedziałam, siedziałam i wyłam. Byłam w Polsce, zadzwoniłam do Daniela z płaczem, że jestem w ciąży, na co on: No super! Będziemy mieć drugie dziecko. W pierwszej ciąży podszedł do sprawy mniej entuzjastycznie, ale przy drugiej był bardzo na tak. A ja siedziałam i wyłam, bo wiedziałam, przez co będę musiała przejść: ciąża, cesarka, połóg, hardcorowy nawał mleczny, pokrwawione sutki, nieprzespane noce… A przecież dopiero co odzyskałam wolność. Nina była już taka samodzielna! Bardzo cierpiałam w tej drugiej ciąży, bardzo mi było źle. Kiedy Mila się urodziła, zacisnęłam zęby i przebrnęłam prze te pierwsze najcięższe tygodnie. Bardzo nie chciałam karmić piersią, po 3 miesiącach Milę odstawiłam.

Jaką miałyście relację ze sobą?

Ja nie byłam gotowa na posiadanie drugiego dziecka, czułam się bardzo przytłoczona odpowiedzialnością i ogromem pracy, który na mnie spadł, bo dwójka dzieci to ciężka praca. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, żeby jej nie było i uważam, że pojawiła się w najodpowiedniejszym momencie. Ona jest absolutnie wyjątkowym dzieckiem. Jest wybitnie uzdolniona muzycznie: cały czas śpiewa, gra na instrumentach. Jest przekochana i ciepła. Jeżeli chodzi o charakter – jest do mnie podobna, to jest taka mała ja. Jest też bezwzględna tak jak ja. I serdeczna, przyciąga ludzi, ludzie ją lubią, ale żeby kogoś pokochała, to trzeba sobie na to zasłużyć. Przez to, że ja ją odepchnęłam na początku, ona mnie odepchnęła później. Dziś na szczęście jesteśmy do siebie bardzo przywiązane, a ona jest moim oczkiem w głowie.

Mila to Ty, a Nina? Bardziej tata?

Nina jest fizycznie podobna do Daniela. A charakterologicznie jest bardzo ekspresyjna i przerysowana. Jak mówi, to gestykuluje, cała się rusza, jak opowiada. Ona jest taka bardzo medialna, powiedziałabym. I bardzo zabawna. Przypomina mi moją siostrę.

W jakim duchu wychowujesz swoje dziewczynki, co jest dla Ciebie najważniejsze?

Chciałabym, żeby były empatyczne, żeby dobrze traktowały inne osoby, żeby były ciepłe w stosunku do innych, ale też w stosunku do siebie. Żeby nie były względem siebie krytyczne, żeby potrafiły same siebie przytulić.

W jakich językach mówią dziewczynki?

Do Niny od początku mówiłam tylko po polsku, Daniel – po portugalsku. Tak też było, jak urodziła się Mila. Ale ona miała lekkie opóźnienie w rozwoju socjalnym, w mowie i w kontaktach społecznych; miała podejrzenie autyzmu, takiego granicznego, najdelikatniejszego. W Brazylii mówi się, że te dzieci, które są na granicy spektrum, do 4 roku życia można z tego wyciągnąć, więc ostatnie 1,5 roku Mila miała wypełnione terapiami: logopeda, terapeuta okupacyjny, terapeuta sensoryczny i psycholog. I ona totalnie z tego wyszła. Przede wszystkim działa u niej wyobraźnia, bo autyści w ogóle jej nie mają. To jest dla mnie mega sukces, bo dziecko momentami było totalnie w innym świecie, musiałam więc przestać mówić do niej po polsku, bo poczułam, że powinnam, żeby jej nie mieszać w głowie. To była bardzo dobra decyzja. W efekcie ona jeszcze nie mówi i nie rozumie po polsku. Jednak teraz, kiedy tutaj jesteśmy, powoli zaczyna. Nie. Nie wolno. Idź stąd. Cały czas mówi w trybie rozkazującym (śmiech). Natomiast Nina mówi bardzo dobrze.

Jaką jesteś mamą?

Ja jestem mamą bardzo wyluzowaną. Uważam, że do wszystkiego należy podchodzić z głową i umiarem. Nie będę panikować, jeżeli moje dziecko od czasu do czasu zje jogurt czy chipsy, w których składnikach jest ileś tam tysięcy E. Chcę, żeby one same dokonywały wyborów. Ja im powiem, że to jest niezdrowe, że lepiej zjeść coś innego, ale to one sobie ostatecznie wybiorą. Więc jestem mamą, która pozwala im na bardzo dużo, pozwala decydować za siebie, ale nie jestem mamą, która wychowuje bezstresowo; moje dzieci mają kary, zawsze są konsekwencje niewłaściwych zachowań. Ale luz u mnie rządzi. Jeżeli wracamy od znajomych i moje dziecko jest czarne, brudne i błaga mnie, żeby się nie myć, to ja przypominam sobie, co mówiła moja babcia, mama mojego taty:  „Z brudu jeszcze nikt nie umarł”. Oczywiście na drugi dzień doprowadzę dziecko do porządku, ale generalnie uważam, że dzieci powinny mieć możliwość decydowania o sobie od najmłodszych lat, bo potem wychowujemy osoby, które nie potrafią być samodzielne.

Jakim tatą jest Twój były mąż?

On w ogóle nie lubi małych dzieci. Uważa, że dzieci są fajne dopiero, jak zaczynają mówić, jest z nimi kontakt. Jak mieszkaliśmy razem, on był takim tatą, który był, ale dziećmi się nie zajmował. Pieluchy leżały od 6 lat w tej samej szufladzie w pokoju dzieciaków i on potrafił zapytać mnie, gdzie są pieluchy (śmiech). Więc jeżeli chodzi o zajmowanie się, nigdy tego nie lubił i nie robił, natomiast od czasu, jak się rozstaliśmy, stał się dużo bardziej obecny. Ja się bardzo bałam, jak to będzie, ale on tak naprawdę teraz poświęca dziewczynkom dużo więcej czasu niż kiedyś, jest dużo bardziej odpowiedzialny, lubi je brać do siebie, jest naprawdę super tatą.

Jak rozmawialiście z dziewczynkami o rozstaniu?

Daniel wyprowadził się wieczorem. Myślę, że to było związane z jego traumą z dzieciństwa, traumą na całe życie: jego rodzice zrobili taką ostatnią noc razem: spali wszyscy w jednym łóżku i strasznie płakali. Więc on chciał zrobić to tak, żeby nie było tej ostatniej nocy. Wyprowadził się na tydzień przed rozpoczęciem lock down’u w Brazylii. Wszystko było inne i dziwne, i nagle jego nie ma… Zajęłam się pisaniem e-booka. To takie moje covidowe dziecko. Gdyby nie ono, to bym zwariowała. Pisałam go w tym najcięższym czasie. Dzieci były obok i przeszkadzały, ale i tak wyszło fajnie. Jak wrzuciliśmy go do sieci na platformę how2, to był taki ruch na stronie, że 4 serwery padły, czuję się więc dumna, że takie było zainteresowanie i ciągle jest. „Moja Brazylia” to jest taki luźny przewodnik, opowiedzenie mojej historii. To jest książka dla tych, którzy raczej nie pojadą do Brazylii, ale chcą poczuć jej klimat i pomarzyć. A co do rozstania, to Nina mnie zapytała: Mamo, a gdzie jest tata? Ja na to: A wiesz, tata teraz mieszka w innym mieszkaniu…Ale co: rozstaliście się? No tak. Nie możemy mieszkać razem, bo się cały czas kłóciliśmy, ale wciąż jesteśmy przyjaciółmi i razem będziemy Was wychowywać. I ona przyjęła to dobrze. Równolegle dwie mamy jej najlepszej przyjaciółki się rozwodziły, więc ona uznała, że to nic wyjątkowego. Mila z kolei na początku znosiła to źle, płakała…A w tej chwili Mila już się przyzwyczaiła, natomiast Nina bardziej to przeżywa. Np. poszłyśmy do sklepu z zabawkami i ona długo wybierała sobie prezent, wybrała Barbie, która była w ciąży, w zestawie był też Ken i dziecko w wózku  i ona do mnie mówi: Zobacz mamo, to tak jak Ty byłaś w ciąży z Milą, tu jest tatuś, ja w wózku…W gardle mnie ścisnęło, poczułam się winna, powiedziałam Danielowi – on poczuł się winny…No ale jak ludziom przestaje się układać? Ona miałaby żyć w takiej ciężkiej atmosferze? W tej chwili zrobiliśmy to, co uznaliśmy za najlepsze dla nas dwojga i dla dzieci. Ale jest to ciężki temat. Nigdy nie sądziłam, że będę się rozwodzić, bo brałam ślub na całe życie, myślałam, że tak właśnie będzie, no ale wyszło inaczej…

Teraz żyjecie w patchworku, masz nowego partnera…

Zaczęłam się z kimś tam spotykać. To świeża sprawa. On jest Brazylijczykiem. Nie wiem, jak to się stało, że do tej pory się nie poznaliśmy, bo mieszkamy praktycznie przez płot, lubimy wszystko to samo i cały czas nasze drogi, tak jak rozmawiamy, jakoś się przecinały. Zobaczymy, co z tego wyniknie…

Zdecydowałabyś się na macierzyństwo po raz trzeci?

Jezu, nie wiem. Jak sobie pomyślę, że miałabym przez to przechodzić jeszcze raz…?! No ale kobieta zmienną jest, więc kto wie?

Bierzesz pod uwagę powrót do Polski?

Strasznie się tu męczę w zimie. Nie mogę uwierzyć, że jest tak sennie! Ja cały czas mam tutaj drzemki. Dlaczego cały czas jest ciemno? To jest straszne. Nie pamiętałam już tego. Ale jeżeli dostałabym jakaś fajną pracę? Ja się dość dobrze czuję przed kamerą: miałam program podróżniczy „Egzotyczne wakacje na każdą kieszeń” na Travel Channel Polska, który niestety umarł przez COVIDa. Przeprowadziłabym się do Polski tylko i wyłącznie, gdybym dostała pracę w telewizji.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

To jest ciężka tyrka, duża odpowiedzialność, to jest takie uczucie głębokie, ciężkie i fajne…Nie wyobrażam sobie nie być mamą. Rozumiem osoby, które tego nie chcą i czasem nawet im zazdroszczę, że żyją życiem wolnym, bo bycie mamą nie jest łatwe. Ja cały czas myślę o swoich dzieciach: czy zjadły, czy są bezpieczne, czy nic im się nie stanie, czy nie robią jakiejś głupoty… I im dalej w las, tym ten stres będzie większy. Ja doskonale pamiętam, jakie głupoty robiłam jako nastolatka. Ale mam nadzieję, że uda mi się wychować moje córki tak, że będą mi ufały i będą wiedziały, że mogą mi powiedzieć absolutnie wszystko.

Co w macierzyństwie jest dla Ciebie najpiękniejsze a co najtrudniejsze?

Najtrudniejsza jest codzienność, bo to jest niekończąca się syzyfowa praca. A najpiękniejsze jest to, że jak np. moje dzieci śpią i ja na nie patrzę, i one otwierają oczy, to jest taka bezgraniczna miłość i zaufanie! Ja sobie myślę wtedy: Hanka, nie spi%^&ol tego! Bo to są dwie osoby, które w Tobie widzą bohatera, a bardzo łatwo możesz stać się antybohaterem. Łatwo jest coś spieprzyć.

zdjęcia: Aneta Zamielska