26.01.2020

Wywiadówka: Anna Guzik

Ania Guzik to kobieta, która promienieje. Bije od niej szczera radość i spełnienie. I to potrójne! Jest mamą 3 córek, w tym bliźniaczek. Często w ich kontekście używa słowa hardcore, ale z takim wdziękiem, spokojem i miłością, że aż chce się mieć bliźniaki! Chce się być taką dzielną i spokojną mamą jak ona. Czuć też, słychać, że Ania ma ogromne wsparcie w swoim mężu. Aż chce się go poznać. Posłuchajcie i też to poczujcie!

Jak zareagowałaś, kiedy dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży bliźniaczej?

Było to dla mnie zaskoczenie, ale również ogromna radość. Zaraz potem pojawiła się w mojej głowie myśl, że skoro w moim życiu zawsze wybieram trudniejsze ścieżki, bo tak mam, to jest to chyba naturalna kolej rzeczy. Pierwsza ciąża, w dojrzałym wieku, w dodatku podwójna – to jest wyzwanie! Mówię to pół żartem pół serio, ale faktycznie w moim życiu wiele wyborów było nieoczywistych i niestandardowych, więc wydawało mi się to zupełnie naturalne i oczywiste, że będzie trudno i że damy radę.

Jak zareagował Twój mąż?

Był szczęśliwy, podwójnie (śmiech)! Chcieliśmy być rodzicami, czekaliśmy oboje na nasze dzieci z niecierpliwością, odrobiną strachu i ekscytacją.

Dziewczynki są dwu czy jednojajowe?

Pytasz czy są takie same? Niemowlaki wszystkim wydają się takie same, ale ja od początku widziałam, że są odrębnymi światami – zarówno pod względem fizycznym, psychicznym jak i emocjonalnym. I miałam rację. Dzisiaj wiele osób się dziwi, że mogą być aż tak różne. I to jest piękne!

Jak to jest z bliźniakami? Czy one są choć trochę synchronizowane? Jak to u Was wyglądało?

Kiedy były malutkie walczyliśmy o ich synchronizację z jednego błahego powodu – żeby mieć chwilę czasu dla siebie, żeby zrobić cokolwiek. Zazwyczaj jest tak, że twoje dziecko zasypia i wiesz, że masz czas na sprzątanie, gotowanie, umycie się…(śmiech). A u nas? Wyobraź sobie, że jedno dziecko zasypia, a drugie wciąż nie śpi, minuty mijają i skraca ci się czas, kiedy możesz cokolwiek zrobić, bo kiedy drugie w końcu uśnie, pierwsze za chwile się budzi… To był koszmar naszych pierwszych miesięcy z dziewczynkami. I jeszcze brak snu… W pewnym momencie byliśmy jak na haju. Aż po dwóch miesiącach moja mądra koleżanka podrzuciła nam pomysł, żeby je rozdzielić! W końcu spaliśmy w nocy po 2,3 godziny, zanim się obudziły ponownie, a nie po pół godziny jak do tej pory… To był dla nas przełom. W sumie dopiero kiedy dziewczynki ukończyły rok, spojrzeliśmy z dystansu na pracę, którą wykonaliśmy. Było ciężko, momentami bardzo, ale daliśmy radę.

Ktoś Wam przy dziewczynkach pomagał?

Od czasu do czasu babcie, ale tak naprawdę to była praca dla nas dwojga na pełen etat. Dopiero kiedy dziewczynki skończyły siódmy miesiąc, zatrudniliśmy nianię. I w końcu odżyliśmy choć trochę: nie spaliśmy w nocy, ale za to rano mogliśmy chwilę odespać. To była dobra decyzja.

Twój mąż mógł sobie pozwolić na taki dodatkowy „etat”?

Akurat mógł. Mój mąż koordynuje wyciąg w Zwardoniu. Dziewczynki urodziły się 1 marca, Wojtek do końca marca pracował, a potem było już po sezonie, więc miał wolniejszy czas i mógł pomagać. Od samego początku byliśmy w tym razem. A ponieważ oboje jesteśmy typem zadaniowców, wykonywaliśmy kolejne zadania, nie było czasu na narzekanie.

Jak się karmi bliźniaki? Karmiłaś je piersią?

Są różne techniki. Można karmić piersią i to jednocześnie, ale jest to trudne i wymaga obsługi tzn. ktoś musi ci podać dzieci. Kilka razy się udało, aż jedna z córeczek się zbuntowała: nie chciała jeść razem z siostrą, więc ostatecznie dziewczyny były karmione osobno. Po trzeciej dobie w szpitalu, kiedy waga córek spadła poniżej 2 kilogramów zdecydowałam, że włączamy również butlę. I zrobiłam im pogadankę: Słuchajcie, od teraz przybieramy i idziemy na masę! I na następnym ważeniu drgnęło (śmiech). Były zatem karmione systemem mieszanym.

Co było w tym początkowym okresie najtrudniejsze?

„Ciągły stres i niewyspanie to najgorsze tortury, nie tylko w czasie wojny” – to tekst z mojego spektaklu „Singielka 2 czyli Matka Polka” – w punkt: stres i brak snu, który trwa nie dzień, nie tydzień, nie miesiąc, ale rok. Wszystko inne jesteś w stanie ogarnąć.

Miałaś baby bluesa?

Nawet kiedy miałam spadek formy wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić na jakąkolwiek słabość. Przygotowałam się mentalnie na to, że będzie ciężko, więc to, że faktycznie było, nie zaskakiwało mnie. Nie było depresji, nie było płaczu, było za to skrajne zmęczenie. Tego nie przewidziałam… Mentalnie jestem silna, ale fizycznie zaczynałam wysiadać. Nie tylko ja, mąż też.

Twój mąż sprawdził się w tym okresie?

Oj tak. To jest taki moment w związku, że ludzie muszą sobie uświadomić, że schodzą na drugi plan i wszystkie ich ambicje też schodzą na drugi plan. Na chwilę, nie na stałe. Wtedy to potrzeby dziecka są najważniejsze. Myślę, że nie każdy jest w stanie to przerobić sam ze sobą: że nie może iść na siłownię, wyjść sobie do kina, zrobić czegoś dla siebie… To znaczy może, ale zawsze kosztem kogoś, jakiejś sytuacji. Potem na szczęście przychodzi czas na to, żeby mieć jakąś przestrzeń dla siebie, ale na początku trzeba zdusić swoje ego. Nie każdy to potrafi.

Mówisz o tym z takim spokojem…

Bo już jestem gdzie indziej (śmiech). Jesteśmy na innym etapie, choć też trudnym. Myślę, że większość naszych stresów brała się z braku doświadczenia. Przy Bognie było już zupełnie inaczej, bo po pierwsze: mieliśmy doświadczenie, a po drugie: była innym dzieckiem, mniej wymagającym. Już brak kolek robi swoje, kto miał dziecko z kolkami, wie, o czym mówię.

Jak Cię macierzyństwo zmieniło?

Kiedy Nina i Basia były malutkie kurczowo trzymałam się mojego dotychczasowego życia: chciałam szybo wrócić do formy, do pracy. To była pierwsza ciąża i uważałam, że to, że dzieci pojawiły się w moim życiu, to jest zmiana, ale to nie znaczy, że muszą je wywrócić do góry nogami. Dopiero przy drugiej ciąży, przy Bognie, dałam sobie sama przestrzeń, żeby z macierzyństwa w pełni i świadomie korzystać, czerpać z niego przyjemność. Bo nie było też tej gonitwy i miałam okazję, żeby wrzucić na luz. Przy dziewczynkach nie mieliśmy takiego czasu, że dziecko Ci zasypia i mówisz sobie: Jak pięknie, jak cudownie! Mamy trochę czasu dla siebie. Przy dziewczynkach była pełna organizacja i mobilizacja, żeby się wyrobić, zanim któraś się obudzi. Nie było oddechu. Dopiero kiedy pojawiła się Bogna, złapałam ten oddech, wszystko było na spokojnie, bez nerwów, nie na wyścigi; karmienie piersią też było przyjemnością. Wtedy ten czas spędzony z dzieckiem miał zupełnie inny przebieg.

Bogna pojawiła się szybko. Po roku i 3 miesiącach po dziewczynkach…

Tak, nie wyszliśmy jeszcze z pieluszek, więc mieliśmy wszystko przygotowane na jej przyjście. Druga ciąża była dla mnie też innym doświadczeniem, oczywiście dbałam o siebie, ale dźwigałam do samego końca, bo miałam w domu dwa małe chodziaczki, więc jak tu nie dźwigać?! I jeszcze w dzień przed porodem kończyliśmy remont piętra, żeby wszystko było gotowe na mój powrót ze szpitala. O dziwo, druga ciąża minęła w mojej świadomości bardzo szybko.

Jakoś przygotowywaliście dziewczynki na przyjście na świat siostry? Czy ze względu na ich wiek nie bardzo się dało?

Nie bardzo, dziewczynki nie były jeszcze wystarczająco świadome, żeby zrozumieć, co do nich mówimy. Kiedy poszłam do szpitala, nie rozumiały, dlaczego mnie nie ma, a po powrocie były na mnie trochę obrażone… Potem cieszyły się, że jestem, ale nie rozumiały, że z niemowlakiem nie można się tak bawić jak z siostrą. Ale były kochane… Basia chciała się siostrzyczką opiekować, mówiła, że ją kocha, całowała, tuliła…Bogna od razu skradła serca wszystkich. Niestety było też tak, że – kiedy karmiłam – dziewczynki wchodziły na mnie, przygniatały Bognę… Musiałam więc iść karmić do innego pokoju, co łączyło się z tym, że dziewczyny były zdenerwowane, płakały… Pod tym względem to był trudny dla nich czas.

Jaką jesteś mamą?

Myślę, że świadomą. Staram się walczyć ze swoją nadopiekuńczością. Sama siebie powstrzymuję w wielu przypadkach, obserwuję innych i wracam do sytuacji, które już się wydarzyły, żeby ocenić czy jestem przewrażliwiona, czy mam rację.

No i jestem mamą pracującą. W zawodzie, który jest trudny dla matek, bo czas pracy jest nieregularny i wielokrotnie nieprzewidywalny. Chcę być dobrą matką i równocześnie funkcjonować w zawodzie, więc staram się znaleźć jakiś kompromis, złoty środek pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym. Czasem się udaje, a czasem nie. W jedną bądź drugą stronę. Jestem też matką zorganizowaną, zawsze byłam zorganizowana, ale teraz wchodzę na wyższy szczebel: logistyka to moje drugie imię (śmiech)!

Jak wyjeżdżasz do pracy masz wyrzuty sumienia?

A ty nie masz?! To jest chyba naturalne, że my – mamy – zawsze myślami jesteśmy przy dzieciach. Ale wiem, że – kiedy jestem w pracy – jest tata i on to ogarnie.

Twój mąż czasem narzeka?

Och! A co by miał nie narzekać?(śmiech) Czasami musi też wyjść i odetchnąć, i to też rozumiem.

Kto jest u was surowszym rodzicem?

Mój mąż się czasem denerwuje, że to jemu przypada ta niewdzięczna rola, bo ja mam z tym problem. Mam problem z huknięciem, z egzekwowaniem, to jest wbrew mojej tolerancyjnej i ugodowej naturze. Ale przyznaje się, że ostatnio zrobiłam postępy i jestem bardziej ostra tzn. wiem, że muszę karać za zachowania, które mi się nie podobają. Bo to jest ten czas, kiedy nie można odpuszczać: dziewczyny są w takim wieku, że właśnie teraz sprawdzają granice, jak dużo im wolno. Trzeba więc te granice stawiać.

Jakie są dziewczynki?

Cudowne! I kompletnie różne. My z mężem mamy już klucze do nich, wiemy, na którą trzeba huknąć, którą przekupić, a którą przytulić w podobnej sytuacji. Każdy człowiek ma inny kod dostępu, każdego inaczej się motywuje. Ktoś potrzebuje się wykrzyczeć i wybiegać, a ktoś inny siada z książką i potrzebuje chwili spokoju. To jest dla mnie źródło ciągłej obserwacji: że ludzie są tak różni i potrafią być tak cudowni. Moi mali ludzie.

Między dziewczynkami nie ma zazdrości?

Oczywiście, że jest! One nie mają gorsetu konwenansów. Jeszcze. Walczą więc o swoje. Ale to jest absolutnie naturalne. To jest pozytywna zazdrość: Chcę tak jak ona. A nie negatywna: Żeby jej się noga powinęła. A to ogromna różnica. Taka zazdrość motywuje, nawet w dorosłym życiu, np. w moim zawodzie.

Co jest dla Was najważniejsze w wychowaniu?

Chcielibyśmy przygotować nasze dzieci do życia najlepiej jak tylko potrafimy. Od początku stawiamy na samodzielność – przez to mamy ubabraną całą jadalnię, bo dziewczynki bardzo szybko zaczęły jeść same. Dla mnie, Ślązaczki, ważna jest również kindersztuba; to, żeby moje dzieci umiały się zachować w różnych sytuacjach. Staramy się też pobudzać ich kreatywność i stawiamy przed nimi wybory. Chcemy, żeby przyzwyczaiły się do podejmowania samodzielnych decyzji. Na razie dotyczy to bluzeczki czy kolacji, ale chcę, żeby miały swoje zdanie.  Za chwilę będą w szkole, same wśród rówieśników, i będą musiały radzić sobie same. Chcę je na to przygotować.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Bycie matką stało się dla mnie w pewnym momencie życia absolutną wewnętrzną potrzebą. Spotkałam osobę, z którą chciałam dzielić życie i tworzyć związek, i to był kolejny krok w moim, naszym rozwoju. Wiedziałam, że bez tego nie będę do końca szczęśliwa. To było poza logiką, bo przecież prowadziłam bardzo wygodne i fajne życie: pełne wyzwań zawodowych, spotkań towarzyskich, sportu, wyjazdów. Wolności i samodzielności. A teraz jestem mamą i – choć momentami bywa ciężko – to wiem, że to jest najważniejsza  rola, jaką przyszło mi grać.

Co jest w macierzyństwie najpiękniejszego i najtrudniejszego według Ciebie?

Tak całkiem szczerze to myślę, że najtrudniejsza w macierzyństwie jest ta cała techniczna strona: codzienna praca, którą trzeba wykonać. I świadomość odpowiedzialności. Na początku to my decydujemy za dziecko: co będzie robiło, czy będzie się rozwijać i w jakim kierunku, a potem trzeba sprytnie nakierowywać. Myślę, że jest niewiele dzieci, które już od samego początku wiedzą, co chcą robić w życiu.

Najpiękniejsze z kolei jest to, że w swoich dzieciach widzisz …ludzi. Ludzi, których stworzyłeś, którzy podejmują swoje decyzje, mają swoje gusta i to jest też piękne, że oni sami się tworzą.

Czego życzyć Tobie jako mamie, czego Twoim dzieciom i czego mężowi?

Życzyłabym sobie, żebym nie przegapiła żadnych ważnych momentów w życiu moich dzieci. Żeby były zdrowe. I żeby udało im się trafnie wybrać swoje miejsce w życiu. Żebym mogła być z nich dumna. Dzieciom życzę wspaniałego dzieciństwa, rozwoju, pasji i szczęścia w każdej dziedzinie życia. A mężowi: żeby czuł się szczęśliwy i miał pewność, że dla czterech kobiet jest całym światem.

Niech tak będzie: Wam wszystkim życzę tego – najlepszego!

Zdjęcia: Aneta Zamielska