17.05.2020

Rodzina w pandemii: Maja Mocydlarz i Bartosz Bereszyński

Piłkarz włoskiego klubu UC Sampdoria oraz Reprezentacji Polski Bartosz Bereszyński, jego partnerka Maja Mocydlarz oraz ich synek Leoś przeszli koronawirusa. W momencie zakażenia wszyscy byli w centrum europejskiej epidemii. W walce z chorobą pomogło im optymistyczne nastawienie i poczucie bliskości. Czy towarzyszył im strach? Oczywiście, że tak. Podzielili się z nami swoją historią o tym, jak toczyło się ich życie we Włoszech w momencie zakażenia COVID19. Teraz, mogą już cieszyć się wynikiem negatywnym na obecność wirusa.

Najtrudniejsze momenty już za Wami. Czy możecie powiedzieć, że odetchnęliście z ulgą?

Maja Mocydlarz: Tak. Mamy nadzieję, że ten wirus już nie powróci do naszego domu. Robimy wszystko, żeby tak się nie stało. Najgorsze mamy za sobą. Nie możemy też powiedzieć, że szczególnie ciężko przeszliśmy tego wirusa, bo mieliśmy bardzo lekkie objawy i na szczęście nie byliśmy hospitalizowani. W całej tej sytuacji o tyle dobre było to, że przesiedzieliśmy razem w domu całe siedem tygodni – nas ten wirus dość długo trzymał. Objawy takie odczuwalne mieliśmy przez pierwsze dwa tygodnie. Później zniknęły.

Koronawirusa przeszliście rodzinnie. Najpierw zakażenie COVID19 wykryto u Bartka, później u Ciebie Maju, ale w tym wszystkim był także Wasz synek Leoś. Zachorowaliście w tym samym momencie?

Bartosz Bereszyński: Najpierw ja dowiedziałem się, że mój kolega z drużyny po badaniach na koronawirusa uzyskał wynik pozytywny. Tego samego dnia zauważyłem u mnie nietypowe objawy. Początkowo były to bóle głowy, lekki suchy kaszel i maksymalnie 37,5 stopni gorączki. Postanowiłem więc następnego dnia powiadomić o tym klub. Klub z kolei zapewnił laboranta, który przyjechał i pobrał mi wymaz. Kilka dni później Maja zaczęła mieć objawy, chociaż nie miała stanu podgorączkowego ani kaszlu, a jedynie łamanie w kościach i ogólne rozbicie typowe dla początków przeziębienia oraz ten sam mocny ból głowy. Wiedzieliśmy już, że mój wynik na obecność koronawirusa był pozytywny, więc uznaliśmy, że jej także trzeba zrobić test. To był bardzo trudny moment. We Włoszech, szpitale i laboratoria były przepełnione. Nie mieliśmy możliwości zrobienia tego testu od razu, tym bardziej, że byliśmy zmuszeni do tego, aby przebywać w domu. Czekaliśmy aż laboratoria się trochę zwolnią.

Rozumiem, że to klub Bartka zareagował szybko i zapewnił Wam testy i opiekę?

Maja Mocydlarz: Tak, to klub Bartka nam to wszystko zapewnił. Bartek był cały czas w kontakcie z lekarzem klubowym. Co jakiś czas przysyłano do nas pielęgniarkę, która pobierała od nas wymaz. Mnie udało się zbadać jakieś dwa tygodnie po tym, jak wykonano test Bartkowi. Ja także uzyskałam wynik pozytywny. Natomiast jeśli chodzi o naszego synka, to tutaj we Włoszech nie diagnozuje się dzieci, ponieważ wychodzi się z założenia, że dzieci przechodzą tę chorobę bezobjawowo. Nasz synek przeszedł to najlepiej z naszej trójki. Nie było większych objawów, ale wszyscy bardzo się pilnowaliśmy i nie wychodziliśmy domu.

Ten moment Waszego zachorowania zbiegł się z falą krytyczną koronawirusa we Włoszech. Jak wyglądała Wasza kwarantanna?

Bartosz Bereszyński: Tak, to było tuż przed połową marca i trwało cały kwiecień. To był ten czas, gdzie rzeczywiście, tutaj we Włoszech był szczyt zachorowań i zgonów. Zaczęło się robić nerwowo, ponieważ wszystkie media, w tym w Polsce, poświęcały większość czasu temu tematowi. To był temat numer jeden, co z resztą nadal utrzymuje się w czołówce mediów. Wiele źródeł podawało swoje statystyki, przewidywania, a my patrzyliśmy na siebie, jak my na to reagujemy i wiedzieliśmy jakie są nasze objawy. Wciąż słyszeliśmy od wielu osób, że ta choroba, mimo, że mija, to zostawia ślady. Nie wiadomo, jak ten wirus będzie się rozwijał, bo nie był jeszcze do końca przez wirusologów zbadany i poznany. To było najgorsze, te nerwowe chwile, gdzie my czuliśmy się z dnia na dzień lepiej, ale ta niepewność, co z tego zostanie była duża. Dopiero teraz, kiedy zostałem przebadany od stóp do głów, bardzo kompleksowo na każdej możliwej płaszczyźnie to wiem, że z moim organizmem jest wszystko dobrze. Wszystkie parametry są na takim poziomie na jakim być powinny. Takie szczegółowe badania, to oczywiście ze względu na to, że jestem sportowcem. Wiadomo, że gdy sytuacja się nieco uspokoi takim badaniom zostanie poddana również Maja i wtedy będziemy mieli stuprocentową pewność, że jest dobrze. Na razie musimy cierpliwie czekać. Nie jest bezpiecznie pójść teraz do kliniki czy szpitala, aby zrobić takie badania, a gdy robi je klub, to wszystko jest zapewnione na najwyższym poziomie.

Jesteście młodzi i w miarę łagodnie, przeszliście chorobę. Domyślam się, że musiał Wam towarzyszyć spory strach, chociażby ze względu na synka, który jest jeszcze malutkim dzieckiem.

Bartosz Bereszyński: My przede wszystkim patrzyliśmy na Leosia. To on jest teraz najważniejszą osobą w naszym domu. My jesteśmy dorośli i wiadomo, że w wielu sytuacjach sobie poradzimy, ale on jest na tyle mały, że nie do końca potrafi wszystko zrozumieć. Bacznie go obserwowaliśmy i na szczęście nic złego w jego przypadku się nie działo. Z tygodnia na tydzień byliśmy też coraz mniej nerwowi. Emocje stopniowo opadały, ale stres był. Martwiliśmy się o swoje dziecko. Byliśmy zapewniani, że dzieci nie mają objawów, ale wiadomo, że zawsze jest jakiś wyjątek od reguły. Poza tym rodzic zawsze martwi się o swoje dziecko. Chce je uchronić przed potencjalnym zagrożeniem i tak było w naszym przypadku. Niewiele też mogliśmy zrobić w tej sytuacji. W momencie, gdy dowiedzieliśmy się, że jesteśmy zakażeni byliśmy cały czas razem, więc zdawaliśmy sobie sprawę, że jeżeli miał się zarazić, to prawdopodobnie tak się stało. Czekaliśmy więc i obserwowaliśmy, co się wydarzy. Dzisiaj możemy już ze spokojem powiedzieć, że nic szczególnego się nie wydarzyło. Jesteśmy szczęśliwi.

Co dawało Wam największą siłę, taką wewnętrzna moc, żeby to przetrwać? Nie dać się ponieść negatywnym wiadomościom, myślom? Raz obawa o zdrowie, a dwa, że Włochy stały się najbardziej zaognionym centrum pandemii w Europie. To na pewno się kumulowało.

Maja Mocydlarz: Przede wszystkim to, że byliśmy razem. Na co dzień zazwyczaj nie mamy możliwości, aby móc tyle czasu spędzić we trójkę. Bartek jest sportowcem i potrafi w sezonie nawet dwa razy w tygodniu wyjechać na zgrupowanie. Dwa dni, to jest jedno zgrupowanie, a weekend jest kolejne dwa dni, czyli praktycznie cztery na siedem dni w tygodniu nie ma go w domu. Do tego dochodzą treningi i inne zajęcia dodatkowe. Ja od czasu do czasu na kilka dni też muszę być w Polsce ze względu na swoją pracę i wtedy mamy rozłąkę na tydzień lub dwa. Jesteśmy więc przyzwyczajeni, a zwłaszcza Leoś, że jego tata nie zawsze przy nim jest. Tutaj było o tyle świetnie, że chłopaki mogli być razem. Mogliśmy dzielić się obowiązkami i to dawało nam największą siłę. Wiedzieliśmy, że nie jest aż tak tragicznie, że te objawy są dość skąpe. Myśleliśmy też, że jesteśmy razem i możemy robić wspólnie rzeczy, na które wcześniej nie mieliśmy czasu. To było dla nas największym bodźcem, który dawał nam tę nadzieję, że w końcu uda nam się z tego wyjść. Chociaż muszę przyznać, że gdy po którymś już razie badań nadal wychodził nam wynik pozytywny na obecność koronawirusa, to i ja i Bartek, byliśmy lekko podłamani. Natomiast czekaliśmy, aż w końcu przyjdzie wynik negatywny i będziemy mogli wyjść chociażby na ogród, bo tego nam najbardziej brakowało. Mamy na szczęście spory taras zaaranżowany w dużej mierze pod Leosia i to nas uratowało.

Czyli siedem tygodni byliście zamknięci w domu? Podeszliście bardzo poważnie do tematu kwarantanny?

Maja Mocydlarz: Tak. Ogólnie tutaj we Włoszech są bardzo wysokie kary, za złamanie zasad kwarantanny. My mieszkamy w budynku wielorodzinnym, wynajmujemy apartament, więc każdy mógłby nas zobaczyć i gdybyśmy złamali jakąkolwiek zasadę mielibyśmy duże nieprzyjemności. Zresztą nie mieliśmy nawet takich pomysłów i przez cały ten czas nie wychodziliśmy nawet poza próg własnego domu. Z takim wyjątkiem by odebrać zakupy, które odbierał Bartek, a wszystko odbywało się bezdotykowo. Wyglądało to tak, że dostawca zostawiał nam je pod drzwiami, a on czekał aż odjedzie i wtedy zabierał je do domu. Tutaj należy powiedzieć, że super zachował się klub Bartka, który zapewnił nam wszelką konieczną pomoc. Łącznie z robieniem zakupów i zakupem lekarstw. Mieliśmy wszystko zapewnione i dzięki temu też było nam łatwiej te tygodnie przetrwać.

Jak w tej całej sytuacji odnalazł się Wasz synek, bo on ma dwa i pół roczku, czyli trudno jest utrzymać takiego Maluszka w domu bez spacerów, swobodnej zabawy.

Bartosz Bereszyński: Przez pierwsze dwa tygodnie była to dla niego zmiana. Wciąż pytał, dlaczego nie może na przykład wyjść na rowerek, bo chciałaby pojeździć lub dlaczego nie może wyjść do ogrodu. W momencie, gdy zaczęliśmy mu to tłumaczyć, to i on dość poważnie zaczął podchodzić do tego tematu. Nawet gdy wychodziłem odebrać zakupy biegł za mną i krzyczał – „Tato nie wychodź, bo jest koronawirus”, więc naprawdę on też dobrze zaadoptował się do sytuacji.

Maja Mocydlarz: Staraliśmy się także w miarę możliwości wymyślać mu różne aktywności na zmianę. Jakieś wspólne gry i zabawy. Mieliśmy także kilka nowych zabawek, które dozowaliśmy Leosiowi, aby mu trochę ten czas umilić i to też troszkę pomogło. On sam w sobie ma bardzo pogodne usposobienie co było dla nas dużym ułatwieniem. Wspólnie malowaliśmy, tańczyliśmy, graliśmy w piłkę nożną. Ja także parę lat uczyłam dzieci, więc mam małe doświadczenie pedagogiczne.

Czyli wszyscy się mocno solidaryzowali i tak jak mówisz Maju, nawet sąsiedzi trzymali się wytyczonych zasad działając dla wspólnego dobra. Rozumiem, że teraz bardzo powoli, ale jednak życie we Włoszech wraca na znane tory?

Bartosz Bereszyński: Od czwartego maja Włosi weszli w drugi etap znoszenia obostrzeń. Można już swobodnie spacerować, otworzono promenady nadmorskie, okoliczne bary i restauracje, które realizują tylko i wyłącznie zamówienia na wynos. Można podejść i zamówić sobie jedzenie lub kawę, po czym zabrać je do domu. Przed czwartym maja byłoby nawet trudno komuś takie obostrzenia złamać, bo kilkakrotnie w ciągu dnia latał helikopter z małą kamerą lub lunetą, dzięki której wszystko można było dostrzec i dostać za łamanie zakazu poruszania się spory mandat. W momencie, gdy skończyła nam się kwarantanna mogliśmy wyjść, ale tylko z tego tytułu, że mamy dziecko w domu, bo gdybyśmy nie mieli, nie moglibyśmy. Włosi nadal byli na tym najostrzejszym etapie i więcej można było dostrzec policji, aniżeli zwykłych ludzi. Naprawdę było czuć, że ludzie podchodzą do tych zaleceń poważnie. Służby państwowe też pilnują tego bardzo. Jesteśmy też ludźmi, którzy są świadomi i odpowiedzialni, więc też podchodziliśmy do tego z dużą dozą powagi. Z ręką na sercu możemy powiedzieć, że nie opuściliśmy domu nawet na krok przez ponad siedem tygodni. Wychodziliśmy co najwyżej pół metra od progu by odebrać zakupy. Teraz gdy pomału sytuacja wraca do normy, nadal staramy się unikać skupisk ludzi, bo wiadomo, że wraz z piękną pogodą miejsca spacerowe są oblegane. Staramy się wybierać godziny, w których ludzi jest mniej niż zazwyczaj albo spędzamy czas na ogrodzie, aby nadal zachować bezpieczeństwo. Nie chcemy po raz kolejny tego przechodzić. Teoretycznie mamy już w sobie przeciwciała, które powinny nas chronić, ale też nie wiemy na jak długo i nie mamy pewności, że nie zarazimy się po raz kolejny. Z pewnością powoli będziemy wracali do normalności, jeśli chodzi o piłkę nożną. Ja też chciałbym móc już normalnie wrócić do treningów, a za chwilę mam nadzieję, że także do meczów.

Myślicie sobie czasami, co najchętniej zrobicie, kiedy już to zagrożenie we Włoszech minie? Czego Wam najbardziej brakuje?

Maja Mocydlarz: Myślę, że najbardziej brakuje nam rodziny, mam tutaj na myśli dziadków Leosia, znajomych.

Bartosz Bereszyński: Ja na pewno jestem bardziej przyzwyczajony niż Maja. Od wielu lat gram w piłkę nożną i nieraz takie rozłąki z rodziną przeżywałem. Wyjazdy na zgrupowania reprezentacji są częścią mojego życia. Wracałem do kraju na krótko i widywałem się z rodziną i przyjaciółmi. Jestem do tego przyzwyczajony i mimo, że mi brakuje najbliższych nie jest to dla mnie nic nowego. Natomiast dla Leosia czy Mai, którzy częściej bywali w Polsce, na pewno jest to trudniejsze. Plusem jest to, że żyjemy w czasach, w których dzięki technologii, rozmowa z bliskimi, czy to na Whatsappie, czy na innych nośnikach jest możliwa, więc jakby ten kontakt jest zachowany. Mimo, że brakuje nam tej swobodnej możliwości spotkania. Włochy słyną z pysznego jedzenia i miłych klimatów do spotkań towarzyskich. Teraz nikt nie może z tego skorzystać. My także wsiąkliśmy w ten klimat. Mamy naszą ulubioną włoską knajpkę, w której lubimy zjeść i nawet Leoś ma tam swoje ulubione dania. Panie kelnerki już znają go na tyle, że wiedzą co lubi zjeść i w co się bawi. Czasami pyta nas, kiedy pójdziemy do cioci zjeść makaron. Proste błahe rzeczy, których brakuję nam najbardziej. Nikt z nas nie jest przyzwyczajony do tak długiego siedzenia w domu. Nawet teraz, kiedy to rusza powoli do przodu, tak jak wspomnieliśmy wcześniej, staramy się jeszcze tego unikać. Każdy chce z tej swobody korzystać, ale my wiemy, jak to jest i nie chcemy po raz kolejny tego przechodzić.

Na pewno wyszliście z tego ze sporym doświadczeniem i teraz mocniej wiecie, że na to słynne włoskie la dolce vita trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.

Bartosz Bereszyński: Myślimy, że to pozostanie w nas jeszcze na długo. Tutaj cały czas mamy przy sobie sprzęty do dezynfekcji, może aż czasami przesadnie reagujemy na to czego dotknie Leoś. Jednak po takich przejściach nie tylko my, ale większość ludzi teraz będzie miała to z tyłu głowy. To nie jest nic złego i robimy to tylko i wyłącznie dla naszego wspólnego dobra i bezpieczeństwa.

zdjęcia: archiwum prywatne Mai i Bartka