02.06.2021

Poród w zaciszu domu – Ola Kozera.

Podczas naszej ostatniej rozmowy Ola była już w końcówce ciąży i przygotowywała się do porodu domowego. Chciała urodzić drugie dziecko naturalnie,  w zupełnej zgodzie ze sobą. Kilka tygodni temu na świat przyszedł Teodor, tak jak zaplanowała – w domowym zaciszu, w otoczeniu zaufanej położnej, douli oraz męża. Dziś opowiada nam o tym wyjątkowym dniu.

Olu, udało Ci się urodzić w domu. Zdrowe i silne dziecko. Jakie były Twoje pierwsze wrażenia?

To był niesamowity poród – mimo, że minęło od niego już kilka tygodni, to wciąż myślę o tym, jakim był bogatym i wspaniałym doświadczeniem. Równocześnie myślę też, o tym, że cała akcja potoczyła się jakoś szybko. Rodziłam sześć godzin a mam wrażenie, jakby  trwało to nie więcej niż półtorej godziny. Mój poród domowy był piękny i wyjątkowy, choć w moim odczuciu jego przebieg był bardzo szybki.

Opowiedz nam proszę jak to się zaczęło? Czy wszystko poszło zgodnie a planem, tak jak sobie to wyobrażałaś?

Czułam, że ten moment nadchodzi – moje ciało dawało mi sygnały. Miałam na przykład problemy z koncentracją. Wybrałam się na jogę, ale ciężko było mi przechodzić z asany w asanę – nie fizycznie, po prostu nie mogłam się skoncentrować. Poza tym powtórzyła się ta sama historia co przy pierwszym porodzie, czyli około 10 dni przed akcją ogromny wyrzut energii: krzątałam się po mieszkaniu, sprzątałam, ruszałam się, tańczyłam – miałam siłę na wszystko. Również zawodowo byłam bardzo aktywna, codziennie zdzwaniałam się z moim zespołem. W dniu porodu mieliśmy z Maćkiem zaplanowane jakieś domowe sprawy, zakupy, ale ja czułam, że jeśli się na nie wybiorę to na pewno urodzę. Czułam fizycznie, że dzidziuś już się rozpycha. Początkowo chciałam, żeby mój starszy syn Stefan był z nami przy porodzie, teraz jednak myślę, że dobrze się stało, że go nie było. Spędził ten czas u dziadków. Sama akcja przebiegała w miarę łagodnie, obudziłam się o 9 rano i poczułam lekkie skurcze. Były regularne, więc wzięłam je za skurcze przepowiadające. Zadzwoniłam do mojej douli i powiedziałam jej, że do rana urodzę. Mój pierwszy poród trwał kilkanaście godzin, jednak położna uznała, że kolejne porody są zwykle krótsze, więc wkrótce przyjedzie mnie zbadać. Chciałam skorzystać z pięknej pogody i wybrać się na spacer, jednak położna zasugerowała mi kąpiel i skan ciała, żeby sprawdzić, czy skurcze wyciszają się czy nasilają. Tak zrobiłam i była to bardzo dobra decyzja, bo w wodzie okazało się, że skurcze przybierają na sile. Wezwałam więc moją doulę, dotarła również położna, która stwierdziła dwa centymetry rozwarcia. Zadzwoniłam w tym czasie także do mojej fotografki, z którą byłam umówiona.

I ani przez chwilę nie pomyślałaś o tym, żeby jednak pojechać do szpitala?

Nie, kompletnie nie. Byłam mega szczęśliwa, wręcz podekscytowana, bo wyglądało na to, że wszystko przebiega jak trzeba. Czułam się bardzo bezpiecznie. Czułam, że jestem u siebie.

Co było dalej?

Wróciłam do wanny i włączyłam moją przygotowaną wcześniej porodową playlistę. W wannie przyjmowałam skurcze bardzo świadomie. Wyobrażałam sobie dźwięk fal oceanu, otwierające się płatki kwiatów piwonii. Słuchałam jednego z nagrań, w którym głos uspokajał mnie mówiąc do mnie stonowanym głosem: jesteś miękka. Wspierałam się również aromaterapią. Moja doula Gosia była cały czas przy mnie. Około dwunastej byłam już w porodzie. Wciąż będąc w wannie. Rozbolały mnie kolana od klęczącej pozycji. Wyszłam więc je rozchodzić. Przyjmowałam te skurcze, ale jednocześnie ból stawał się coraz bardziej intensywny. Wpadliśmy na pomysł, że ugotujemy wzmacniający bulion dla mnie, który zjem po porodzie, więc mój mąż wyszedł do sklepu po brakujące warzywa. Gdy wrócił, byłam już w innej porodowej rzeczywistości. Położna stwierdziła 6 cm rozwarcia, ja czułam bardzo intensywne bóle i wtedy usłyszałam od położnej coś co mnie bardzo uspokoiło: – Słuchaj gorzej już nie będzie, bardziej już nie będzie boleć. Wtedy było to dla mnie bardzo pomocne i wspierające.

Podczas skurczów partych poprosiłam męża, aby był blisko. Potrzebowałam jego wsparcia i ramienia. W pewnym momencie poczułam bardzo intensywny skurcz, moja dzika kobiecość uwolniła się i poczułam, że Teodor schodzi w dół. Zarówno położna jak i duola trzymały mnie mocno za ręce i szeptały „pięknie rodzisz, pięknie rodzisz”.

Wody odeszły i to był ostatni decydują moment. Weszłam do pustej wanny. Było mi bardzo trudno powstrzymać parcie. Starałam się ze wszystkich sił wydmuchiwać powietrze. W pewnym momencie usłyszałam, że widać już główkę Teosia, nastąpiły narodziny. Mój syn był już z nami. Od razu zaczął płakać, a ja poczułam ogromną ulgę. Ogromną radość. Cieszyłam się, że mogę wstać i z dzieckiem wejść do własnego łóżka. Spędzić pierwsze chwile życia mojego dziecka blisko, również z moim mężem. Był to magiczny czas. Czułam się bardzo świadomie, bardzo dojrzale.

Czuje ekscytację w Twoim głosie, gdy o tym opowiadasz, ale również ulgę, że wszystko poszło tak gładko.

Tak. Położna zbadała Teosia, mnie i łożysko. Wszystko było w porządku. Zaczęłam karmić mojego małego chłopca. Wyciszył się po trzydziestu minutach. Moje położne okazały mi wiele wsparcia, były tak miłe, opowiadały mi o tym jak pięknie rodziłam, pomagały przystawić Teosia do piersi, pytały, czy chcę zostać sama w pokoju. Były bardzo cierpliwe i pełne szacunku do mnie i moich potrzeb.

Aleksandra Kozera mama trzyletniego Stefana i dwumiesięcznego Teodora. Absolwentka Harvard Graduate School of Education oraz absolwentka Cass Business School, London i National University of Singapore. Olę możecie kojarzyć również jako założycielkę i fundatorkę Wiosek. Wioski to zainspirowane filozofią reggio emilia miejsca opieki dla dzieci w wieku 1-3 prowadzone przez zespoły wykwalifikowanych nauczycieli w oparciu o innowacyjną pedagogikę. czym różnią się od tradycyjnych żłobków? jedzenie, adaptacja, wnętrza – więcej przeczytacie na stronie www.wioski.co. Wpadnijcie również na Wioskowego Instagrama.

Zdjęcia: Joanna Kamińska SFERY