17.03.2021

„Utrwalam momenty piękne, pozytywne, które kobieta będzie miała ochotę wspominać.”- rozmawiamy z Anią Wibig, fotografką narodzin.

Ania Wibig – mama trzech córek i fotografka, która robi reportaże z narodzin pod szyldem „Obiektywnie najpiękniejsze”. Intymne, subtelne, pełne emocji i prawdy. Studio fotograficzne zamieniła na sale porodowe i momenty, kiedy dzieci przychodzą na świat. Tam powstają niezwykłe zdjęcia, które pozostają w rodzinach na pokolenia. Teraz każda z nas może takie mieć.

Aniu ze względu na Twoją niecodzienną profesję, bo nie każda fotografka  może się pochwalić, że jest ekspertką w fotografii porodowej, muszę zapytać „dlaczego”? Dlaczego zdecydowałaś się zająć właśnie tą gałęzią fotografii?

Ania Wibig: Od razu przyznam, że nie przepadam, kiedy mówi się o niej „fotografia porodowa”. Ten termin utrwalił się w języku polskim, niestety. To de facto nie odzwierciedla angielskiego określenia „birth photography”. Słowo „poród” kojarzy się z kulminacyjną fazą, kiedy dziecko przychodzi na świat. Skojarzenia? Kobieta wijąca się w bólu porodowym. Ja natomiast opowiadam fotografiami historię narodzin, robię reportaże z narodzin. Utrwalam momenty piękne, pozytywne, które kobieta będzie miała ochotę wspominać. To oddaje ducha tego, co robię.

Twoja miłość do fotografii rozpoczęła się wraz z przyjściem na świat Twoich córek.

Tak i pojawiła się nieoczywiście. Nigdy nie myślałam, że będę zajmować się fotografią. Będąc w trzeciej ciąży poszłam na kurs, aby bardziej świadomie używać aparatu, a nie robić fotki na trybie auto. Gdy Zuzia się przyszła na świat, szybko trafiłam do studia, które specjalizowało się w zdjęciach kobiet w ciąży, w którym sama miałam sesję z brzuszkiem. Zaczęłam fotografować sesje studyjne i okazało się, że… brakuje mi takich spontanicznych emocji. Szukałam w Internecie inspiracji i natrafiłam na zdjęcia z amerykańskiego konkursu fotografii porodowej. Te zdjęcia mnie oszołomiły swoją prawdziwością. Przeszły mnie ciarki, łzy stanęły w oczach. Tam nie ma pozowania, a prawdziwe emocje, które leją się ze zdjęć. Serce zabiło mi mocniej. Potem pojawił się żal, dlaczego ja nie mam takich zdjęć? Mojego pierwszego porodu już prawie nie pamiętam, i nie mam jak sobie tego przypomnieć. A zdjęcia to właśnie taka zewnętrzna pamięć emocjonalna.

3 lata temu w Polsce niewiele osób słyszało o możliwości robienia takich zdjęć.

Odkąd zobaczyłam te zdjęcia, moja myśl była tylko jedna: „musimy to robić”. 10 lat temu też nikt nie słyszał o sesjach z ciążowym brzuszkiem, a teraz są normą. Teraz czas żeby pokazać kobietom, że i narodziny mogą mieć zapamiętane na fotografiach. Sama mam trójkę dzieci i trakcie żadnej z ciąż nie przyszło mi nawet do głowy, że można tak utrwalić tę niepowtarzalną chwilę. Determinacja, żeby Polki miały taką możliwość napędzała mnie do pracy. Chodzi o świadomy wybór. Oczywistym jest, że nie każda kobieta będzie chciała mieć taki reportaż, ale ważne żeby zadała sobie pytanie, czy chce. Po tych 3 latach promowania idei reportaży z narodzin z pewnością świadomość tej opcji jest większa, choć wciąż do mnie piszą kobiety, które już urodziły i żałują że nie usłyszały wcześniej, że mogłabym im towarzyszyć z aparatem. Niestety narodzin nie da się już powtórzyć. W ostatnich latach samo podejście do porodu się zmieniło. Kobiety dbają o to, żeby sam proces przejść świadomie. Poród nie jest już czymś, co trzeba szybko przeżyć i zapomnieć. Rozumieją ból i wiedzą po co jest – każdy skurcz zbliża do spotkania z dzieckiem. Takie myślenie zupełnie zmienia perspektywę. I to nie oznacza, że nie boli, ale widzisz w tym sens. Kobiety dbają o swój komfort, żeby się dobrze czuć podczas porodu. Kupują specjalne sukienki do porodu – wygodne ubranie do porodu, w którym czują się kobieco. I jeśli to jest taka perspektywa, gdy pojawia się chęć celebracji tych chwil, to tworzy się naturalna potrzeba ich zapamiętania poprzez fotografię.

Jak reagują na Ciebie położne i personel szpitala? Nie są zaskoczeni Twoją obecnością na sali?

Bardzo pozytywnie. Każdą przyszłą mamę proszę, aby uprzedzić położną, że będę. Nie ma niespodzianek. Ostatnio położna powiedziała mi, że gdy później zobaczyła zdjęcia była pod wrażeniem. Tłumaczyła, że kiedy wykonuje swoją prace jest maksymalnie skupiona na tym, żeby dzidziuś przyszedł szczęśliwie na świat. Skupia się na fizjologii porodu. Praktykując przez wiele lat, zatraciła ten emocjonalny obraz porodu. Jakie to są niesamowite emocje, co to jest za przeżycie dla rodziców. Dzięki tym zdjęciom zobaczyła ten inny wymiar swojej pracy. To był dla mnie wielki komplement. Wiem też, że moje zdjęcia pokazywane są w wielu szkołach rodzenia przez położne, aby odczarować obraz porodu. Cieszy mnie, że moja fotografia ma też taki wymiar.

Co przyszłe mamy muszą ustalić przed porodem, na którym będziesz im towarzyszyć?

Jeżeli poród jest w szpitalu, to zawsze potrzebna jest zgoda tej placówki, aby móc wejść z aparatem. W różnych szpitalach są różne procedury, ale zawsze pomagam rodzicom to zorganizować. Obecnie z powodu pandemii brak jest w ogóle takiej opcji. Proponuję rodzicom fotografowanie do czasu wejścia do szpitala i później w dniu wyjścia ze szpitala (przywitanie w domu). Dodatkowo profesjonalnie edytuję zdjęcia, które uda się zrobić rodzicom w szpitalu. Choć to tylko pojedyncze kadry, okazuje się, że po oszlifowaniu zawsze stają się cennymi skarbami. Zawsze warto poprosić położną, czy mamę na łóżku obok o zrobienie zdjęcia. Super pamiątką są również „screeny” z rozmów video, które rodzice prowadzą podczas pobytu w szpitalu. W reportażu takie „zdjęcia” też mają ważne miejsce. Obecnie robię zdjęcia podczas porodów domowych. Tutaj decyzję, czy mogę przyjść, podejmują rodzice wraz z położnymi, które im towarzyszą. Fotografowanie w maseczce, czy rękawiczkach to nie problem.

Jak wygląda proces poznawania się z przyszłymi rodzicami? Przecież będziesz im towarzyszyć w bardzo osobistych chwilach…

Częstym pytaniem rodziców jest, jak szybko mają się ze mną kontaktować w sprawie sesji. Zawsze odpowiadam: im szybciej, tym lepiej. Z racji, że nigdy nie wiadomo, kiedy to się wydarzy. Każda przyszła mama ma wyznaczony termin i zwykle umawiamy się, że jestem w pełnej gotowości 2 tygodnie przed nim i do momentu narodzenia. To oznacza, że funkcjonuję wtedy jak położna. Jestem pod telefonem i w przeciągu 1-2 godzin jestem w stanie stawić się z aparatem na miejscu.  Choć pracuję w back-upie z innymi fotografkami, to efektywnie w trakcie tych 2-4 tygodni bardzo limituje inne zlecenia. W konsekwencji tych wolnych terminów w roku nie mam dużo. Im wcześniej się ktoś ze mną skontaktuje, tym większa szansa, że uda nam się umówić.

Co dzieje się dalej. Znasz wyznaczony termin. Siedzisz wtedy jak na szpilkach?

Umawiamy się na spotkanie, aby porozmawiać, poznać się bliżej. To ważne, aby dowiedzieć się, jak rodzice sobie wyobrażają poród, jakie mają oczekiwania, jakie zdjęcia chcieliby mieć dla siebie. Preferują spotkania na żywo, wtedy można poczuć, czy jest między nami „chemia”, ten rodzaj flow. W pandemii jest to oczywiście utrudnione, ale spotkania odbywają się też w formie online.

Dzwoni telefon. To inny dźwięk, dzwonka, który masz ustawiony dla klientek. Wiesz, że musisz jechać. Rzucasz wszystko?

Tak! Od razu przypomina mi się historia mojego pierwszego reportażu z narodzin. Czekałam wtedy w dużym napięciu na telefon przyszłej mamy Dominiki. Tak się złożyło, że w tym okresie były urodziny mojej córki. Wyprawialiśmy duże przyjęcie w domu, na 50 gości. Fotografowałam wtedy jak szalona. Wszystkie karty pamięci były zapełnione zdjęciami dzieci. Kiedy posprzątałam cały dom z mężem i wykończona położyłam się na kanapie, pomyślałam „tylko żeby Dominika dziś nie zadzwoniła”. O 4:00 nad ranem rozległ się „ten” dzwonek telefonu. Obudziłam męża, że poród się zaczął! „Jaki poród? Przecież nie byłaś w ciąży?” – powiedział zaspany. Od razu zgrałam karty i po godzinie byłam w szpitalu. Ten reportaż był niezwykły i od razu wiedziałam, że to jest to. Byłam tak naładowana energią i szczęściem świeżo upieczonych rodziców, że mogłabym góry przenosić. Tak jest za każdym razem, od prawie 3 lat.

A jakie podejście do sprawy mają przyszli ojcowie?

Jest takie przekonanie, ze po co fotograf, przecież zdjęcia podczas porodu może zrobić partner. No i tak. Może. Tylko czy chcesz żeby przyszły tata patrzył na najważniejsze wydarzenie w swoim życiu przez obiektyw? No i jeszcze jedna ważna rzecz – wtedy na tych zdjęciach jego nie ma. Kiedy robię zdjęcia, utrwalam na nich całą rodzinę. Rodzice mogą się w pełni skupić na tym wydarzeniu. Zdarzyło mi się również, że to właśnie tata mnie angażował, żeby nie czuć tej presji zrobienia ładnych zdjęć. I tu też pojawia się następny temat, który interesuje rodziców – jak to jest kiedy jestem podczas porodu. Na początku myślałam, że powinnam być niewidzialna. Życie jednak pokazało, że rodzice często chcą, żebym po prostu była wtedy z nimi a nie udawała, że mnie nie ma. Sporo mówi się o intymności przy porodzie, a tak naprawdę później okazuje się, że potrzebne jest wsparcie, dobre słowo, przyniesienie herbaty, pomasowanie stóp. Poród trwa wiele godzin i jestem z rodzicami tak jak oni tego w danej chwili potrzebują. Ale to właśnie ojcowie po wszystkim przyznają, że super że byłam, bo czuli się właśnie mniej zestresowani całą sytuacją, wiedzieli że jest ktoś obok, na kogo dodatkowo mogą liczyć, kto podpowie jak mogą pomóc partnerce. 

Zdradź nam, jak taki reportaż wygląda od strony organizacyjnej. Co zabierasz na plan, jak wyceniasz swoją pracę i co finalnie otrzymują rodzice?

Na zdjęcia zabieram po prostu swój aparat – żadnych lamp studyjnych czy gadżetów sesyjnych, gdyż to fotografia dokumentalna – fotografuję to, co się dzieje. Sama szukam odpowiedniej perspektywy, kompozycji oraz wybieram właściwy moment naciśnięcia spustu migawki. Tu przydaje się reporterskie oko i doświadczenie. Rzeczy czasem dzieją się szybko, a warunki fotografowania są często bardzo trudne (brak światła, małe pomieszczenia). Jestem z rodzicami zawsze tyle, ile potrzeba. Wynagrodzenie za taki reportaż nigdy nie zależy od ilości godzin. Umawiamy się na rezultat. Przyjeżdżam i zostaję. Czasem są to 3 godziny, a czasem 24. Jestem też około 2 godziny po porodzie, aby uwiecznić pierwsze chwile maluszka: mierzenie, ważenie, kangurowanie. Rodzicom oddaję pakiet 100 wyselekcjonowanych zdjęć w formie prezentacji, z muzyką w tle. Projektuję fotoalbumy, jeśli rodzice chcą mieć również zdjęcia wydrukowane. Wszystko musi być najwyższej jakości. To są zdjęcia, które zostaną w rodzinach na pokolenia.

Czyli w trakcie reportażu nie jesteś tylko fotografką. Rozmawiasz z rodzicami, jesteś z nimi, przeżywasz te wyjątkowe chwile, ale też pomagasz – robisz kawkę, żartujecie. Te relacje się utrzymują?

Każdy z tych reportaży jest wyjątkowy. Nawiązują się relacje między nami. Kiedy robię wystawy, rodzice przychodzą ze swoimi dzieciakami, których narodziny fotografowałam. Dostaję zaproszenia na urodziny, chrzciny, a nawet zdarzyło się zaproszenie na ślub rodziców, który był już po narodzinach. To, że jestem z nimi w takim ważnym momencie sprawia, że te relacje są wyjątkowe. Czekam na taki moment, że kiedyś któreś z „moich” fotograficznych dzieci zadzwoni do mnie po świadomym oglądaniu zdjęć ze swoich narodzin i powie mi, jak to jest oglądać siebie w ramionach mamy, której lecą łzy ze wzruszenia pierwszym spotkaniem, czy na rękach taty, który z dumą wita go na świecie. 

zdjęcia: Obiektywnie Najpiękniejsze