23.02.2020

Wywiadówka: Anna Dereszowska

Ta „Wywiadówka” jest dla mnie ważna i wyjątkowa. Myślę, że i Wy tak ją odczytacie. Ania tak pięknie mówi o swoich dzieciach… Mogłabym jej słuchać i słuchać… Mówi tak mądrze! Dużo się przy tym śmieje, wiele razy się wzrusza. Wzruszam się i ja! Co więcej: wzruszam się po raz drugi, spisując ten wywiad. Uświadamiam sobie, że w jej opowieściach odnajduję siebie. Ta rozmowa jest bardzo pouczająca i inspirująca. Ta rozmowa jest fajna. Podsumuję ją cytatem z Ani: Fajni ludzie powinni mieć dzieci!

Kiedy dowiedziałaś się, ze jesteś w ciąży po raz pierwszy, pojawiły się jakieś niepokoje czy wątpliwości?

Ojej… oczywiście, że tak! To dramat był straszliwy (śmiech). Nie, oczywiście trochę żartuję, ale faktycznie to było zaskoczenie – nie spodziewaliśmy się, że tak szybko uda nam się zajść w ciążę. Akurat byłam w trakcie zdjęć do „Lejdis”, w takim bardzo intensywnym cyklu zdjęciowym. Fatalnie się czułam na początku: było mi niedobrze, pierwszy raz w życiu nudności, wahania nastrojów. Chociaż przy synu miałam dużo większe. Szczególnie pamiętam nie ten moment, kiedy dzieliłam się tą informacją z Piotrem – tatą Lenki, ale jak przyszłam na plan i powiedziałam dziewczynom z „Lejdis” (śmiech). Tak strasznie się wtedy zbeczałam! A one, że to przecież super, że to fajny wiek na dzieci… I to była sama prawda. Miałam 28 lat i wspaniale, że to się wtedy wydarzyło. Dziś jestem najszczęśliwsza, że mam Lenusie. W ogóle macierzyństwo tak zmieniło moje życie…! Na lepsze! I z każdą ciążą jest lepiej.

Jakie były Twoje początki z Leną?

Lenusia była dzieckiem „bardzo łatwym w obsłudze”. Piotr z kolei był doświadczonym tatą,  ma dwoje starszych dzieci, i tonował moje ewentualne nerwy i niepokoje. Moje drugie dziecko – syn, Maks też był i jest bezproblemowy: ani nie mieliśmy kolek, ani jakoś straszliwie nieprzespanych nocy… Więc ja takiego trudnego macierzyństwa nie doświadczyłam. Miałam luksusowe dzieci (śmiech).

A miałaś gorsze dni, baby blues’a?

Przy Maksie miałam. Musiałabyś porozmawiać z moim partnerem, Danielem. Bo on, na pytanie, czy może byśmy chcieli mieć jeszcze jedno dziecko, odpowiada: Jak sobie przypomnę Twoją ciążę i czas tuż po, to nie (śmiech). To był trudny czas. Faktycznie miałam zmiany nastrojów, od Sasa do Lasa. A obrywało się Danielowi. Tak jak ludzie mówią, że się prawie rozstają przy remoncie albo budowie domu, to my prawie rozstaliśmy się w trakcie ciąży. Naprawdę, łatwo nie było. Bardzo dużo pracowałam, do samego końca, więc pewnie na mój stan dodatkowo nałożyły się nerwy związane z pracą, z premierą w teatrze, bo w 6. miesiącu ciąży jeszcze grałam premierę w Teatrze Komedia w „Zwariowanej terapii” nomen omen. I rzeczywiście w domu te nerwy wychodziły ze mnie i to było dla mojego partnera trudne. Ale urodziłam absolutny cud, absolutny! Syna, który jest cały czas uśmiechnięty, który jest takim optymistą, jakby się zupełnie nie w Polsce urodził. Pada deszcz, jest szaro i buro, a on budzi się otwiera oczy i mówi: Mami, Jaki piękny deszcz! Jest przeziębiony, ma katar, glut mu leci z nosa, dzwonię do niego i pytam: Hej Kotusiu, jak się czujesz? A on: Dobrze. Więc dopytuję: Ale nie masz już katarku? On na to: Mam i kaszlę. Więc ja: Ale czujesz się dobrze? Maks: Bardzo dobrze. Takie rozmowy on prowadzi. Jeszcze szukając niani, trafiliśmy na absolutnie niesamowitą osobę, która również nigdy w niczym nie widzi problemu; jest zawsze uśmiechnięta, pełna energii, cały czas z Maksem rozmawia…Nawet, kiedy jeszcze nie mówił, Niania cały czas mówiła do niego, a teraz razem o wszystkim dyskutują.

Jak Ciebie  macierzyństwo zmieniło, jak się zmieniłaś pod wpływem dzieci?

Na maksa się zmieniłam! Byłam kobietą o bardzo niskiej samoocenie i wierze w siebie. Wynikało to z wielu powodów: z tego, że wcześnie straciłam mamę, więc nie miałam tego żeńskiego pierwiastka – bardzo istotnego dla dorastającej dziewczynki. Dwa: miałam starszego brata i samych kuzynów wokół, którzy nie do końca byli szczęśliwi, że ciągle się im pałętam pod nogami, jeżdżę z nimi na narty itd.… Byłam młodsza, słabsza, sprawiałam, że wszystko działo się troszkę wolniej i to ich denerwowało. I dawali mi wyraźnie to odczuć. Nie bardzo miałam się więc dobrze sama ze sobą… Mimo, że dostałam się za pierwszym razem do szkoły teatralnej, mimo, że wielokrotnie słyszałam, że jestem piękną kobietą, to przez tyle lat banowania w jakiś sposób, trudno mi było w to uwierzyć. Dopiero macierzyństwo uświadomiło mi, że wszystko jest po coś: że piersi są po coś, że biodra są po coś, że jestem taka, jaka jestem – kobieca, z konkretnego powodu. To, że w trakcie dojrzewania zrobiły mi się rozstępy na pośladkach i piersiach, to w ogóle nie miało już znaczenia. Ciało kobiece jest czymś tak nieprawdopodobnym, jest takim cudem, potrafi dać życie!  Zaraz się wzruszę… A to, że ma jakieś niedoskonałości, sprawia tylko, że jest jeszcze piękniejsze. Bardzo się cieszę, że kobiety zaczynają teraz o tym mówić, abstrahując od tego, że dbają o siebie, że ćwiczą, to też są dużo bardziej pogodzone ze sobą, bardziej otwarte.

Czego Lena Cię uczy?

Uważności. Bardzo dbam o to, żeby mieć z nią bliski kontakt, żeby ta uważność była z dwóch stron. Lena została premierem w swojej szkole, więc jest non stop na łączach, co nas, rodziców, trochę frustruje, ale widzę też, wiem, że ona się w swojej nowej roli spełnia. Pilnujemy, żeby się jednak czasem odkleiła od „ważnych spraw” i była z nami i dla nas. Z drugiej strony my staramy się być uważni na nią, a ona jest na tyle świadoma i dojrzała, że też zwraca nam na to uwagę: Mamo, jak wracacie do domu, ja potrzebuję chwili rozmowy, chwili uwagi. To jest super, że potrafi to powiedzieć. Nawet takie pół godziny wartościowego czasu, naprawdę wartościowego, żeby usiąść, popatrzeć w oczy i porozmawiać: o tym, co się w ciągu dnia wydarzyło, czego ona doświadczyła, co się wydarzyło u mnie. Podyskutować, pośmiać się – to są najwspanialsze chwile. I potem Lena to właśnie pamięta i ja również. Bardzo dużo mnie ta moja mądra, dorastająca córeczka uczy i wierzę, że przez to, że mamy taki kontakt, że potrafimy sobie dużo powiedzieć, to ta szczera relacja zostanie nam na długie lata. Bardzo bym sobie tego winszowała.

Jaka jest Lena?

Straszny wrażliwiec, wszystko bierze do siebie – to bardzo nie na dzisiejsze czasy. Chciałabym, żeby się trochę obudowała, ale z drugiej strony jest bardzo lubiana również przez to, że jest taka straszliwie empatyczna. Nawet fakt, że została wybrana na premiera to dowód na to, że jest doceniana – przy jej wrażliwości to niezwykle istotne. Myślę, że będzie bardzo fajnym premierem, chociaż może niekoniecznie bym chciała, żeby szła w politykę (śmiech). Ma też ogromną wyobraźnię, bardzo dużo czyta. Jest też dobra z matmy… Lenka jest trochę jak ja – pewnie nie pomoże jej to w życiu, bo trudno jej się będzie zdecydować, co chce robić, już widzę, że łapie się różnych wątków. Ma takie fazy: chciała być przez pewien czas sportowcem, teraz wkręciła się w muzykę: ma świetny słuch, pięknie gra na ukulele, pisze też wiersze. A tak pisze, że kilkakrotnie popłakałam się w trakcie czytania. Napisała np. wiersz nawiązujący do wiersza Szymborskiej. 11 latka! To jest dla mnie jakieś objawienie. Dodatkowo jest chłopczycą, też tak jaka ja. Nerfami się strzela. No to jest moje lustro! Przypominam sobie siebie, jak na nią patrzę. To jestem ja, tylko trochę później. Lena nie jest taką optymistką jak Maks, często mówi, że coś nie ma sensu, po co to? Pewnie wynika to z jej doświadczeń, że się z jej tatą rozstaliśmy i ten kontakt z nim nie jest tak częsty jakby sobie winszowała, żeby był. Muszę też być bardzo uważna, żeby nie obciążać jej swoimi doświadczeniami i problemami, bo przecież ona sama ma już swój plecak emocji, który dźwiga. Ale przez to, że  jest taka dojrzała, taka wysoka, wiele osób – łącznie ze mną – traktuje ją zbyt dojrzale. Czasem łapię się na tym, że rozmawiam z nią o problemach, o których ona powinna wiedzieć, ale nie aż tak wnikliwie. Za bardzo, za głęboko wprowadzam ją w niektóre sprawy…Muszę na to uważać: siedzi obok mnie człowiek, który ma takie mądre i dojrzałe oczy, ale ma jednak 11 lat. I emocjonalność 11-latki.

Jaki Lena ma kontakt z Maksymilianem? Czy te 7 lat różnicy między nimi to dużo?

To jest dużo, ale potrafią się fajnie bawić. Przez to, że Lena jest chłopczycą, to czasem się resorakami razem pobawią, grają też latem razem w piłkę na podwórku. Mamy też wspólne zabawy: łaskotanki, gilgotki czy skoki z kanapy – Lenę to bardzo bawi, wiec chętnie robimy to razem. Oczywiście żrą się i kłócą często – jak każde rodzeństwo, ale bardzo się kochają. Jak wracam do domu, to pierwsze, o co Maks pyta, to: Gdzie Lela? Myślę, że dobry kontakt dzieciaków jest naszym sporym sukcesem, bo przecież Maks jest synem innego taty. Dużo się zmieniło w naszym życiu i Lena ma prawo się buntować.

Patchowork jest trudny?

Jest, wszyscy to wiemy, jest piekielnie trudny, ale jest do zrobienia. Lena też ma trudne momenty ze swoim ojczymem. Teraz akurat mają dobry czas, pewnie przez to, że dużo rozmawiamy, każde z nas pracuje nad sobą. No i przede wszystkim każdy z nas chce; wiemy, że gramy do jednej bramki. Dzięki temu to wszystko daje się układać, mimo wielu trudności. Do tej pory Daniel nigdy nie usłyszał od Lenki: Nie będziesz mi mówił, co mam robić, nie jesteś moim tatą. Myślę, że prędzej czy później to nastąpi, bo pewnego dnia przyjdą kosmici i podmienią nam córkę na taką prawdziwą nastolatkę (śmiech). Pewnie ja też usłyszę kilka gorzkich słów, ale to jest normalne. Chociaż ja nie miałam okresu buntu, więc: kto wie? Skoro jesteśmy do siebie tak podobne, może ona też nie będzie go miała?

Jaką jesteś mamą?

Usłyszałam na ten temat bardzo istotne dla mnie słowa, bo od osoby, która jest blisko, od naszej niani: Pani Aniu, ja bym chciała mieć taką mamę jak Pani. Przy tym ile Pani robi i jak Pani jest zaangażowana w dzieci, ile czasu im poświęca, jaką energię wnosi do domu… Powiedziała, że jestem mamą, jaką można sobie wymarzyć. Ja się zbeczałam! Oczywiście popełniam dużo błędów, ale jestem mamą, która jednak bawi się z dziećmi, która się z nimi dużo śmieje, która z nimi rozmawia, poruszając także trudne tematy. W ten sposób staram się  wprowadzić Lenusię w doroślejszy świat, taki już kobiecy. I myślę, że ona ma we mnie przyjaciela, a Maks partnera do zabawy. I myślę, że na ten moment to wystarczy.

Inaczej się wychowuje syna a inaczej córkę?

Na maksa. Mimo, że i to, i to dziecko moje, to i tak inny rodzaj emocji wzbudza córa, a inny syn. Lenusia była  pierwsza i jest najukochańsza i najwspanialsza, a jednak ten synuś to jest taki, że rozczula mnie strasznie…

Pozwalasz mu na więcej?

Nie, od obojga dużo wymagam, ale też daję im wolność. U Maksa skutkuje to tym, że jest bardzo samodzielny i niezwykle pomocny. Widzę, że sprawia mu to radość i przyjemność. 4,5 letni Maks sam sobie jajecznicę usmaży, sam sobie kotleta rozbije, w jajku, bułce obtoczy, nic sobie przy tym nie robiąc. Świetnie jeździ na rowerze, na nartach. Na nartach jeździ jak szalony. Mam taki filmik, jak jedzie na pełnej petardzie i krzyczy sam do siebie: Jadę jak szalony! Sprząta po sobie. Lena na moje: Musisz po sobie posprzątać. Odpowiada: Zaraz. A Maks jednak to robi.

Co jest u Ciebie podstawą wychowania?

To, żeby byli uważni na drugiego człowieka, ale też żeby potrafili zadbać o siebie, żeby byli asertywni, co w przypadku Leny jest bardzo trudne, natomiast Maks potrafi tupnąć nogą, jak coś mu się nie podoba i pozwalamy mu na to. Pozwalamy mu na to, żeby był chłopakiem: najpierw jest rozmowa, ale jeśli rozmowa nie skutkuje, to nie chcemy, żeby był chłopcem do bicia w przedszkolu, ma umieć zadbać o siebie. Przy jego empatii i dobrym serduszku, przy tym, że jest dla niego naprawdę istotne, jak czują się jego bliscy, np. pyta o to, jak babcia się czuje, nie musimy dbać, żeby był dobrym człowiekiem, bo jest nim z gruntu.

Maks jest synusiem mamusi?

Jasne, że tak! Oboje z Lenusią są przytulaśni, mimo, że Lena jest już taka duża. Ja mam to po tacie; moja mama była bardziej zasadnicza. Tata jest taki na maksa ciepły i empatyczny, zawsze mogłam z nim porozmawiać o rozterkach sercowych. Jak mi się coś w życiu waliło, dzwoniłam do taty. On zawsze wiedział: Coś się stało? Ja: Nie, tato. On: Słyszę, że coś się stało. No i bek….Więc ja tak jak on: mam potrzebę bliskości, przytulania tych moich dzieciaków, żeby im dawać dużo ciepła. I oni są bardzo na to otwarci, oboje to lubią. Chociaż Maks nie lubi całusów… A są pierwsze miłości w przedszkolu! Jest Jadzia. Przychodzimy do przedszkola, Jadzia zauważyła Maksia, wystawia z koleżanką głowę z sali i mówi: Nie wolno nam wychodzić. I tak stoją z tymi głowami i czekają na niego. A on chowa mi się za moje nogi i pyta: Stoi tam jeszcze? Stoi. – odpowiadam. Bo Jadzia chce się całować, a ja nie lubię – słyszę (śmiech).
Jakim tatą jest Daniel?

Bardzo się zmienia, dojrzewa. Jest młodszy ode mnie – Lenusia miała 6 lat, kiedy zaczęliśmy być ze sobą – i wtedy dla niego wszystko było nowe i trochę był w tej sytuacji pogubiony. Na początku był bardzo zasadniczy w stosunku do Leny, ale zawsze zaangażowany. Natomiast w tej chwili Lena przychodzi do niego się przytulić i to jest zabawne: widzisz taką dorosłą kobietę, która kładzie głowę na ramieniu Twojego faceta. Często też łapią się za ręce. To bardzo wzruszające, że mają taki kontakt. Daniel pracuje and tym, żeby być fajnym tatą i żeby dawać dzieciakom dużo wsparcia, pokazać im świat takim, jakim mogliby go próbować kreować. Przy tym zaangażowaniu w dom, pracę, znajdujemy też czas i przestrzeń dla siebie, żeby pójść na randkę. Jest to czasem bardzo trudne, ale tego też pilnuje Daniel: żebyśmy ten czas znaleźli, bo faktycznie w natłoku codziennych spraw ucieka nam mnóstwo osobistych wątków. Czasem trzeba pogadać o czymś innym niż zobowiązania. Daniel też zawodowo obrał zupełnie inną drogę, co dla mnie jest niezwykle inspirujące, że tak można. Z wykształcenia jest fotografikiem, robił mi zdjęcia gdzieś na Wyspach Kanaryjskich i w ten sposób się poznaliśmy. W pewnym momencie, jak już byliśmy razem i byłam w ciąży, stwierdził że to, że jest człowiekiem do wynajęcia i wciąż czeka na telefon, frustruje go. Że chciałby stać twardo na ziemi, móc kreować rzeczywistość sam, mimo, że bardzo lubi swoją pracę. No i w przeciągu 3 lat jest dyrektorem marketingu w dużej firmie, otwiera nowe rynki w Kazachstanie, na Ukrainie, lata do Chin, do Stanów Zjednoczonych na jakieś szkolenia… Kiedy słyszę czasem jak rozmawia przez telefon, szczególnie po angielsku, nic nie rozumiem (śmiech). Wkraczając w ten związek, miałam poczucie, że jestem starsza – to było dla mnie istotne, nie wiedzieć czemu, mimo, że to są raptem 4 lata. A Daniel nagle zrobił taką woltę, że w tej chwili to on jest liderem i frontmenem jeżeli chodzi o samorozwój. I dobrze mi z tym, z wielką przyjemnością oddaję pałeczkę pierwszeństwa  w jego ręce, co jest też dużą zmianą we mnie. Bo ja zawsze przez to, że wychowywałam się z mężczyznami, miałam w sobie potrzebę rywalizacji z nimi: żeby udowodnić, że potrafię więcej, lepiej, a teraz – tuż przed 40-stką – mam takie: Po co się męczyć? Skoro mam fajnego partnera, który dodatkowo chce ze mnie zdjąć sporo obowiązków i radzi sobie z tym dużo lepiej, bo jest niezwykle poukładany, a ja jestem chodzącym chaosem, to dlaczego tego nie zrobić? Jeżeli to wychodzi mu dużo lepiej, szybciej i sprawniej? Mam się z tym naprawdę super.

Kiedy dzieci Cię denerwują?

Rzadko. Zdarza się, że mam coś do zrobienia albo sobie założę, że coś zrobię np. wracam do domu i wiem, że mam 2 godziny, a potem muszę wyjść na spektakl, ale obiecałam sobie, że poćwiczę. Odpalam aplikację i jest: Mamo mleczko! A ja bym coś tam. Mamo, a zeszłabyś na dół po coś? A posłuchaj, miałam ci coś pokazać… W szkole coś się wydarzyło. Aaaaaaaa!!! – wykrzykuję wtedy – To jest mój moment. Poprosiłam Was, żebyście dali mi godzinę, godzinę dla mnie. Oni tak patrzą na mnie i Maks mówi: Mama bardzo rzadko podnosi głos… Dla niego jest to szokujące, nawet nie o to chodzi, że podniosę głos, ale użyję innego tonu i on od razu płacze: Dlaczego tak powiedziałaś do mnie? Jak powiedziałam do Ciebie? – dopytuję. Takim tonem….Powiedziałaś do mnie tonem. Ale to jest fajne, bo to znak, że wychowują się w domu, gdzie ten „ton” jest używany na tyle rzadko, że to jest dla Maksa szokiem. Wiesz kiedy też mnie denerwują? Ale to jest takie moje, to wynika ze mnie: kiedy nie są mną, kiedy nie robią rzeczy na tyle szybko, tak jak ja bym to zrobiła, bo tak nie potrafią. Ja potrafię sobie nieźle dołożyć, przypiłować, potrafię pracować bardzo ciężko, dużo wziąć na siebie. Niedawno w trakcie ćwiczeń patrzyłam na Lenę i pomyślałam sobie: No dawaj, dawaj dalej! Co jest? I musiałam dać tym moim myślom jakiś wyraz, bo ona popatrzyła na mnie i powiedziała: Mamo, ja nie jestem Tobą. Tak to namacalnie do mnie dotarło! Że przecież ona jest delikatniejsza, inna. Na szczęście mam tę świadomość, pracuję nad tym, żeby to wiedzieć i żeby dać dzieciom przestrzeń, żeby byli sobą, po prostu.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo? Co jest w nim najtrudniejszego a co najpiękniejszego?

Najtrudniejsze jest to, żeby nie próbować kształtować dzieci na własne podobieństwo, ale dać im być sobą. Dla każdego rodzica jest to trudne, bo chciało by się im taką ścieżkę wytyczyć… Ja jako Ślązaczka chciałabym, żeby one już na starcie miały łatwiej. A Daniel mi mówi: A Ty miałaś łatwiej? Co dostałaś od swojego taty? Dostałaś mieszkanie? Ja na to: Nie. Dostałaś samochód? No nie. Jak kupiłam swój pierwszy, to tata mi pożyczył na ubezpieczenie, bo mi zabrakło, ale jak chciałam oddać, to nie wziął. Dostawałam rentę po mamie i tata mi w jakiś sposób pomagał finansowo, ale jak byłam na 4. roku studiów i zaczęłam pracować, sama do niego zadzwoniłam i powiedziałam, że już nie potrzebuję pomocy. Dostałam za to nieskończenie dużo wsparcia i miłości. Na co Daniel mówi: Zobacz, doszłaś  do czegoś i jesteś z tego dumna? No na maksa! Wszystko, co osiągnęłam zawdzięczam sobie samej – mówię. I chcesz to odebrać swoim dzieciom? – pyta mnie. Nieee, nie chcę. No więc: fajnie mieć taki back up, poczucie bezpieczeństwa, że gdyby się coś wydarzyło, to jesteś w stanie im pomóc. Ale myślę, że najważniejsze, co dostałam od swojego taty, to absolutna akceptacja. Chociaż potrafi mi powiedzieć gorzkie, szczere słowa. Ale mimo wszystko wiem, że zawsze będzie mnie kochał i będzie stał za mną murem, chociaż mi powie, że coś robię źle. I że zawsze jest, zawsze mogę do niego zadzwonić, wypłakać się przez telefon. To bym chciała dać moim dzieciom: świadomość, że jesteśmy i że trzymamy sztamę, zawsze. Że zawsze będę za nimi stała i nie chodzi o to, żeby nie uznawać winy swojego dziecka, ale bronić. Popełniło błąd, ale ja jednak wierzę, że się zmieni i rozmawiamy o tym dopiero w domu, a na zewnątrz: Zawsze stoję za Tobą murem. Myślę, że moja Lena ma tego świadomość. Bo ja nie tylko o tym mówię, ale też jej to w pewnych sytuacjach namacalnie pokazuję, żeby wiedziała, że ma we mnie nie tylko mamę, ale i przyjaciela. A co jest jeszcze trudne w przypadku córki? Że w pewnym momencie zauważasz, że w domu masz drugą kobietę, która robi coś po swojemu, a to jest Twój dom. Parokrotnie już poczułam się w ten sposób. Myślę, że to jest normalne, to są zdrowe, pierwotne uczucia, ale jednocześnie przedziwne: patrzysz na swoją córkę i ona jawi się jako druga kobieta w domu, już nie Twoje dziecko, ale druga kobieta. To bardzo specyficzne… A co jest fajne w macierzyństwie? Wszystko jest fajne! Poranki są fajne, szczególnie jak masz takiego gościa, który czasem, nawet nie wiesz kiedy, przychodzi w nocy do twojego łóżka i budzisz się rano z tym pachnącym pyszczkiem. Super też, że udało nam się zarazić dzieci swoimi pasjami, że lubią podróżować – są świetnymi kompanami do podróży – są ciekawe świata, nie jojczą, uprawiają sporty: grają w tenisa, jeżdżą na nartach, pływają. Lena uczy się ze mną windsurfingu i kite’a, strasznie mnie to rajcuje jako rodzica. Maks z kolei jest wkręcony w samochody, Daniel kiedyś jeździł w rajdach, więc mają taką swoją zajawkę. Super obserwować ich słuchających, jak pracuje silnik w sportowym samochodzie. Mają te swoje męskie zabawy.

Chcesz mieć więcej dzieci?

Do tego trzeba dwojga (śmiech). Ale ja bym bardzo chciała. Moje dzieci to są naprawdę fajne dzieciaki. I tak sobie schlebiam trochę, ale uważam, że fajni ludzie powinni mieć dzieci. One naprawdę dają dużo radości i szczęścia. Nie doświadczyłam takiego trudnego macierzyństwa i zakładam, że gdybym miała jeszcze dziecko, ono również byłoby bezproblemowe jak pierwsza dwójka.

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy restauracji Przegryź.

Zdjęcia: Agnieszka Fojudzka