28.02.2021

Wywiadówka: Anna Skura

NA WŁASNYCH ZASADACH to maksyma życiowa i klucz do Anny Skury. Ania jako matka daje SOBIE szansę na kreowanie swojego rodzicielstwa, możliwość bycia mamą po swojemu. Znajduje własne rozwiązania, a dzięki nim – szczęście i spełnienie. To jest wywiad o tym, że matka nic nie musi.

Jak dowiedziałaś się, że będziesz mamą?

Byłam na wyprawie górskiej na najwyższy szczyt Ameryki Południowej-Aconcagua. Spędziłam na niej 3 tygodnie w wysokich górach, śpiąc przez cały czas w namiocie nierzadko przy temperaturze -20 stopni. Miałam wolną głowę i czas, więc poświęciłam go na różne przemyślenia. Poczułam wtedy, że być może jestem już gotowa na dziecko. Mówię „być może”, bo podobno nigdy nie ma odpowiedniego momentu. Ja zawsze mówiłam sobie: jeszcze jeden szczyt do zdobycia, jeszcze jeden maraton do przebiegnięcia…Postanowiłam, że jak wrócę, to w styczniu pójdę do lekarza i zacznę się do tego przygotowywać. Było mi ciężko, do dziś nie wiem, czy dlatego, że byłam na takiej wysokości – prawie 7000 m.n.p.m., czy ze względu na to, że – jak się później okazało – byłam już wtedy w ciąży. Dowiedziałam się w święta, jak wróciłam do Polski. Mojemu mężowi nie powiedziałam od razu. Miałam taką wizję, że skoro mężczyźni wybierają wyjątkowy moment, żeby się oświadczyć, to ja też chciałabym, żeby mój partner o tym, że będzie tatą, został poinformowany w jakiś piękny sposób. Nie chciałam, żeby to miało miejsce przy przysłowiowym rosole czy w toalecie, chociaż rozumiem kobiety, które tak wybierają i absolutnie tego nie neguję, bo każdy wybiera moment, który jemu najbardziej odpowiada. Lecieliśmy do Dubaju na Sylwestra i pomyślałam, że zrobię to właśnie tam. Ale dzielił nas od tego czasu tydzień! I ja cały tydzień nosiłam w sobie tę informację, co było dla mnie niezwykle trudne! Tyle razy chciałam już Markowi powiedzieć, ale z drugiej strony zależało mi na tej wyjątkowej oprawie.

Twój mąż nic przez ten tydzień nie podejrzewał?

Nie, nie było powodów. Tzn. bardzo źle się czułam, wymiotowałam itd., ale zrzuciłam to na powyprawowe zejście adrenaliny. Potem był Sylwester i Nowy Rok. I w tę noworoczną noc, kiedy wybiła północ, tuż pod Burj Khalifa dałam Markowi test ciążowy w pięknym pudełeczku. Gdy je otworzył, to w pierwszym momencie nie wiedział, co to jest. Myślał, że to pendrive z bitcoin’ami (śmiech). Dopiero potem zapytał, czy jestem w ciąży. Wtedy po raz pierwszy ze łzami w oczach powiedzieliśmy o sobie: mama i tata.

Mieliście jakieś obawy dotyczące rodzicielstwa?

Gdy zobaczyłam na teście 2 kreski, zareagowałam błogim uśmiechem. Ten pierwszy moment pozbawiony był jakichkolwiek złych emocji czy strachu. W trakcie ciąży było różnie – jak to w ciąży – władały mną hormony. Wiedziałam jednak, że podołam. Do wszystkiego podchodzę z uważnością, zawsze staram się odnaleźć jak najwięcej siebie w roli, którą chcę odgrywać w życiu. To, jaką jestem mamą, jest w zgodzie ze mną i zawsze miałam głęboką świadomość tego, że jestem dobrą mamą dla mojej córeczki.

Jak wspominasz poród?

Bardzo chciałam rodzić – po pierwsze naturalnie, po drugie: ze znieczuleniem. Miałam w głowie, że jak tylko dostanę znieczulenie, na pewno będzie dobrze. Wszystko potoczyło się zupełnie inaczej… Mój poród był bardzo długi, bardzo ciężki i bardzo bolesny. Nie byłam w stanie się na to przygotować, żadna z nas nie jest. Rodziłam przez 27 godzin naturalnie, w ogóle nie brałam pod uwagę innego rozwiązania. W pewnej chwili pomyślałam: Chcę się z tego wymiksować, nie dam rady. Jak biegnę maraton, zawsze mam wyjście: mogę stanąć, mogę przestać. Tutaj nie było innej opcji, dopiero po jakimś czasie, gdzieś tam na końcu przypomniałam sobie o możliwości cesarki. Nie miałam wyboru, nie miałam już siły, wiedziałam, że nie dam rady i już nie chcę walczyć, to było niemożliwe, poddałam się temu rozwiązaniu.

Twój mąż był z Tobą?

Chciałam, żeby wszystko odbyło się w zgodzie ze mną i z nim. Marek nie do końca czuł, by być przy samym porodzie, dlatego oboje uznaliśmy, że najlepsze rozwiązanie to, żeby był w pobliżu. Przy mnie cały czas była moja mama, która była dla mnie ogromnym wsparciem.

Rodziłaś w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego właśnie tam?

Historia całego naszego życia związana jest z różnymi miejscami na świecie: mieszkaliśmy w Maroko i tam się zaczęła nasza miłość, ślub wzięliśmy na Zanzibarze, Melodyjkę „przywieźliśmy” – że tak powiem – z Wietnamu. Długo szukaliśmy, gdzie na świecie może się urodzić nasza córka i tak, zliczając plusy i minusy, wybór padł na Stany Zjednoczone.

Kto wybrał imię Melody?

Imię znalazł mój ówczesny mąż, przeglądając hawajskie imiona. Jak tylko je usłyszałam, zauroczyłam się tak, że wiedziałam, że to musi być Melody. Do dzisiaj jestem Markowi za to imię wdzięczna.

Co poczułaś, jak Melody była już z Tobą?

Ja byłam tak strasznie zmęczona i wyczerpana, że nie pamiętam zbyt wiele z tych pierwszych momentów. Ale wiem na pewno, że jak ją dostałam, poczułam ogromne wzruszenie. Bardzo się cieszyłam, że jest już nami.

Jakie były Wasze początki?

Początki były trudne ze względów fizjologiczno-fizycznych…Dojście do siebie po porodzie było dla mnie ciężkie i bolesne. Tak wielu rzeczy wtedy jeszcze nie rozumiałam… Wśród moich znajomych czy w świecie social mediów dwa lata temu jeszcze nie było tak dużej świadomości tego, jak wygląda kobiece ciało po porodzie, z czym musimy się mierzyć. Jestem dumna z moich koleżanek influencerek, które teraz pokazują, jak jest naprawdę, jak wyglądają kilka dni czy kilka tygodni po porodzie. Ja nie rozumiałam, dlaczego już po nadal wyglądam tak, jakbym była w ciąży. To był jedyny czas w moim życiu, gdy nie akceptowałam swojego ciała. Potrzebowałam na to chwili. Dziś sama się sobie nie mogę nadziwić, ale wiem, że to wynikało z braku odpowiedniej edukacji i świadomości. Do tego miałam też problemy z pokarmem; walczyłam o niego, choć do końca tego nie rozumiałam, ale głosy z zewnątrz mówiły: Trzeba, trzeba, trzeba! Dodatkowo – ze względu na to, jak się czułam – musiałam zostać w szpitalu dłużej niż planowałam. To wszystko wywołało we mnie jakiś smutek… Jak już wróciłyśmy z Melodyjką do domu, poczułam ulgę, ale też miałam takie poczucie, że: Teraz to już będę tylko siedzieć w domu, będę już tylko mamą… Nie miało to uzasadnienia w tym, co się potem działo. Wiem, że był to obraz rzeczywistości zafałszowany przez buzujące hormony, ale gdy to się działo, to jeszcze tego nie rozumiałam. Gdy fizycznie zaczęłam się czuć lepiej, to też się uspokoiło i wiedziałam już, że wszystko będzie dobrze; będzie tak, jak będę tego chciała, tak, jak to sobie zaprojektuję czy wykreuję. I faktycznie później tak było. Miałam ogromne wsparcie w rodzinie: mojej i Marka, nikt nam niczego nie narzucał. A Melodyjka budziła się na początku raz czy dwa razy w nocy na mleczko, a potem już pięknie przesypiała całe noce. Zupełnie obce było nam uczucie przemęczenia spowodowanego brakiem snu, mieliśmy wielkie szczęście.

Wspomniana przez Ciebie walka o karmienie zakończyła się sukcesem? 

Nie, nie znalazłam w sobie pragnienia, żeby bez względu na wszystko walczyć, żeby ściąganiu pokarmu poświęcać całe dnie, żeby tylko temu się oddawać… Ale cieszę się, że mogłam tego doświadczyć. Spróbowałam, ale też nie chciałam się katować. Dałam sobie szansę, a kiedy to nie przynosiło skutku, sukcesywnie odchodziłam od karmienia piersią. Było tyle innych czynników, które miały na mnie wpływ w tamtym okresie, jak choćby hormony, że nie chciałam dostarczać sobie jakiejś dodatkowej presji. Wiedziałam, że nie muszę. Znalazłam inne rozwiązanie, które się świetnie sprawdziło: od początku karmiłam Melodyjkę piersią i mlekiem modyfikowanym. Dzięki temu – obok życia i roli mamy –  równorzędnie prowadziłam swoje życie Ani Skura, które nie było niczemu podporządkowane. Tego chciałam i to się jakoś tak naturalnie zadziało. Poza tym dzięki temu Marek też mógł karmić Melody, mogliśmy się w tym zmieniać.

Twoje macierzyństwo od początku było oparte na Twoich zasadach, nie wywierałaś na sobie presji i ciśnienia?

Wiele osób uważa, że w macierzyństwie najważniejsze jest maleństwo. Ja uważam, że równie ważne jest, żeby jego matka była szczęśliwa sama ze sobą, żeby jej otoczenie, partner był szczęśliwy. Jedno nie wyklucza drugiego: moje dziecko nie jest mniej ważne, ono jest tak samo ważne jak ja. Pamiętam, że też miałam narzucone, wtłoczone do głowy inne schematy, ale na szczęście miałam też ogromne wsparcie w rodzinie, która podzielała moje poglądy na macierzyństwo. To sprawiło, że było mi łatwiej, ale też przyznaję, że ten pierwszy miesiąc, który spędziłam w obcym miejscu, był dla mnie wyzwaniem. Potem już jakoś poszło. Uczyłam się siebie, mojej córeczki, uczyłam się, jak z nią pracować. Kiedy się w siebie wczułyśmy, było dużo łatwiej; uwierzyłam, że mogę sama po swojemu kreować moje macierzyństwo. Pojawiło się wiele głosów z zewnątrz, które próbowały mi wmówić, że nie jestem dobrą mamą, bo nie robię czegoś tak, jak oczekuje tego społeczeństwo, nie działam zgodnie z tradycyjnie narzuconymi programami czy schematami. A ja czułam, że moje dziecko jest szczęśliwe: wyspane, najedzone, ma wszystko, czego potrzebuje, jest otoczone miłością – to było i jest dla mnie najważniejsze. Z każdym miesiącem utwierdzałam się w tym przekonaniu. To, co mogłabym poradzić czy polecić młodym mamom, to żeby robiły to, co jest w zgodzie z nimi, nie słuchały mamy, teściowej, koleżanki, sąsiadki… Słuchały siebie. Wiem, że może być ciężko, kiedy rodzina osacza albo trzeba walczyć z partnerem, ale warto. Nagrodą jest spełnienie i szczęście. Jednocześnie podkreślam, że jeśli tylko masz możliwość i chęć, to daj sobie przyzwolenie na otrzymanie pomocy od innych.

Opieka nad Melody od początku była u Was równo podzielona?

Faktycznie u nas udało się to, co wielu mamom wydaje się awykonalne. Kiedy mój mąż leciał z dwumiesięczną Melodyjką z dwiema przesiadkami do Polski z Bali, opowiadał, że ludzie bili mu brawo, ale też pytali: Gdzie jest mama? Odpowiadał, że w pracy. Staraliśmy się wymieniać obowiązkami, mieć opiekę pół na pół. Marek był dla mnie olbrzymim wsparciem. Dzięki niemu mogłam spełniać się w pracy. Od początku wiedzieliśmy, że tak będzie, on bardzo chciał w ten sposób realizować się jako tata.  

Jakim tatą okazał się Marek?

Tatą bardzo uważnym, który zawsze był blisko córki. On od początku wiedział, czego dziecko potrzebuje: jakie mleczko, jakie pieluszki, jakie ciuszki. Był w stanie funkcjonować sam z dzieckiem nie tylko 2 godziny, ale kilka dni, jeśli mnie nie było. Wiedziałam, że Melody jest w świetnych rękach. Również dzięki temu więź między nimi jest mocna i wyjątkowa, oni mają swoje sekrety, swoje rytuały. Teraz żyjemy oddzielnie, ale cały czas mam wrażenie, że jak jest źle, to ona woła: Do taty! Do taty! „Źle” to znaczy, że trzeba umyć zęby albo wyłączyć bajkę (śmiech).

Jak Cię macierzyństwo zmieniło?

Na pewno sprawiło, że jestem bardziej uważna na siebie i na to, jak kreuję swoje życie. Zawsze wiedziałam, że mam w sobie mnóstwo miłości, że chcę ją przekazać dalej i kogoś jeszcze tą miłością obdarzyć. Bywam zmęczona – jak każda mama, ale zauważam też, że dzięki macierzyństwu więcej zrobiłam i osiągnęłam, jestem lepiej zorganizowana, a czas nie przecieka mi przez palce. Macierzyństwo jest dla mnie dużą motywacją, ale też wielkim spełnieniem. Na początku tak nie było, nie czułam się wyjątkowo, ale teraz świadomość bycia mamą Melody naprawą mnie ogromną dumą.

Nie dopadają Cię nigdy wyrzuty sumienia, nie wątpisz w siebie jako matkę?

Kiedyś owszem zdarzały się takie momenty, jednak, będąc z córką, unikałam myślenia, że jestem niewystarczająca. Gdy wyjeżdżałam do pracy, też się nie obwiniałam. Paradoksalnie robiłam to czasem, gdy byłam gdzieś wieczorem albo dłużej w pracy. Wtedy pojawiały się myśli: A mogłam być z Melodyjką… Ale teraz wiem, że te wyrzuty sumienia, to nie jestem ja. To są historie narzucone przez innych ludzi, to jest ich odbicie. Wcześniej też to wiedziałam, ale dziś widzę to jeszcze wyraźniej. Dopóki ja wierzę w to, że jestem dobrą mamą, a Melodyjce niczego nie brakuje, to tak jest. Głosy z zewnątrz nie są w stanie zagłuszyć mojego przekonania.

Rozstałaś się z mężem, jaki to ma wpływ na 2,5-letnią Melody?

Ona jest ciągle malutkim dzieckiem, nie było za wiele przestrzeni i potrzeby, żeby jej to już teraz dokładnie tłumaczyć, bo dla niej aż tak wiele się nie zmieniło. Zdarzało się, że była ze mną, bo Marek gdzieś wyjechał, albo z nim, bo mnie nie było. Na razie – i uważam, że to jest najważniejsze – powtarzamy jej najczęściej jak się da: Mama i tata bardzo Cię kochają. Sytuacja rozstania nigdy nie jest prosta, raz jest lepiej, raz – gorzej. Staramy się, żeby Melodyjka jak najmniej na tym wszystkim ucierpiała. I cały czas szukamy najlepszej drogi porozumienia w tej nowej dla nas rzeczywistości.

Jaką jesteś mamą?

Ja jestem tym złym policjantem, jestem bardziej stanowcza, a tata łagodniejszy. Chociaż i u mnie uległość czasem bierze górę, kiedy np. walczę ze smoczkiem, tę walkę prawie zawsze przegrywam. Przed nami jeszcze wyzwanie pozbycia się pieluszek. Daję Melody dużo wyrozumiałości, dużo miłości. Oboje przykładamy też dużą wagę do obcowania z naturą i ludźmi, żeby nasza córeczka była otwarta. I to naprawdę nam wychodzi, to jest nasza rodzicielska duma. 

Rozpieszczasz Melodyjkę?

Oboje cieszymy się, że możemy pokazywać jej świat i ona może tego doświadczać. Jeżeli chodzi o rzeczy materialne np. zabawki, to ja temu tak bardzo nie ulegam, bardziej chyba Marek realizuje się na tym polu. Ja ją rozpieszczam przeżyciami, skupieniem na niej, wspólnymi aktywnościami, budowaniem więzi w ten sposób. 

Co jest dla Ciebie najważniejsze w wychowaniu córki?

Dla mnie priorytetem jest to, żeby była dobrym, empatycznym człowiekiem. Żeby dzieliła się z innymi – choć na razie jest z tym kiepsko, bo póki co raczej wszystko jest jej (śmiech). Jeszcze się tego uczymy. Ale Melody nie chodziła wcześniej ani do żłobka, ani do przedszkola, więc obcowanie z dziećmi nie było dosyć częste. Ale teraz zaczęła żłobek tutaj na Bali, więc mam nadzieję, że nauczy się pracy zespołowej.

Melody ma podwójne obywatelstwo: polskie i amerykańskie, a w jakim języku mówi? 

Z racji tego, że Melody dużo czasu spędza za granicą i obcuje z dwoma językami, jeszcze dobrze nie mówi w żadnym, raczej pojedyncze słówka: polskie i angielskie. Ale też jesteśmy po konsultacjach z lekarzami, logopedami i zdajemy sobie sprawę, że tak jest w przypadku takich dzieci: początki są trudne, ale gdy już to złapią, później idzie bardzo szybko. Nie wywołujemy na Melody presji, dajemy jej przestrzeń, by wszystko robiła w swoim czasie. Obserwujemy sytuację, trzymamy rękę na pulsie i jesteśmy dumni z każdego nowego słowa.

Jaka jest Melody?

Na pewno jest bardzo, bardzo radosnym i pogodnym dzieckiem, myślę, że ma to po mnie. Ale ma też swoje humorki i jest uparta. Bardzo skupiona i zawzięta. Energiczna i naprawdę bardzo sprawna fizycznie.

Aniu, masz czasem wszystkiego dość, miewasz gorsze momenty w macierzyństwie?

Powiedziałam sobie kiedyś, że nie chcę doprowadzić do takiego momentu, że będę miała dość, że będę tak zmęczona i sfrustrowana, że będę podnosiła głos na swoje dziecko. Robię tak, żeby takie sytuacje nie miały miejsca. Będąc w Polsce, miałam przy sobie nianię, która naprawdę była dużym wsparciem dla mnie. Ale wiem, że każdego dnia może zdarzyć się taki moment, że jestem np. obładowana bagażami, a Melodyjka kładzie się na podłogę, przeżywa swoje dramaciki, a ja nie mam ręki, żeby ją z tej podłogi wziąć; wtedy paruje mi głowa i myślę sobie: Aaaaaaaa! Nie wytrzymam i zaraz zwariuję. Ale to są mikrosekundy. Albo gdy płacze…Wtedy sobie pooddycham i ten mój zły stan przechodzi. Ale przyznaję: bywa trudno, bywa ciężko, ja też jestem zmęczona, moje życie nie jest wypełnione wyłącznie pięknymi momentami.

Kiedy Melody Cię wzrusza?

Najbardziej się wzruszam, jak się we mnie wtula – wtedy czuję jej miłość namacalnie. Kiedy widzę każdą nową umiejętność, którą posiądzie; jak obserwuję jej kontakty z innymi ludźmi czy naturą. I jak je – to też jest dla mnie wzruszające, bo to rzadki widok, niestety jest niejadkiem. Jak była młodsza, jadła wszystko, a teraz każda łyżka, każdy kęs jest na wagę złota i sprawia mi ogromną radość.

Jak długo planujecie zostać na Bali?

Na razie zostajemy tutaj po prostu na dłużej. Mnie i Markowi jest dużo łatwiej prowadzić nasz biznes, będąc na miejscu. Poza tym w Polsce jest zima, a tutaj jest ciepło i słonecznie…Melodyjka super się tutaj odnajduje, poszła do żłobka – poddajemy się temu i jest to dla nas wszystkich bardzo korzystne. Zobaczymy, jak będzie się zmieniała sytuacja COVID’owa na świecie, w każdej chwili możemy wrócić do Polski. Na razie korzystamy z tego, że mamy możliwość bycia tutaj.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Macierzyństwo jest dla mnie cudowną, ucząca życia i miłości do drugiego człowieka wspólną podróżą. Każda z nas-kobiet jest inna i nie każda musi tego doświadczyć. O ile mamy w sobie na tyle odwagi, żeby to robić wtedy, kiedy jesteśmy na to gotowe i robić to na własnych zasadach, to na pewno jest to piękna droga. Ja byłam spełnioną zawodowo i prywatnie kobietą, kiedy w naszym życiu pojawiła się Melody, macierzyństwo więc niczego mi nie zabrało, a raczej wypełniło moje życie jeszcze większą miłością. Ja nikogo nie oceniam, nie chcę i nie mogę ingerować w czyjeś życie, ale jeśli mogłabym coś zasugerować młodym dziewczynom, przyszłym mamom, tym które odnajdują we mnie trochę siebie, to powiedziałabym im, aby najpierw doświadczały, zaspokajały swoje potrzeby, żeby potem – gotowe i spełnione na różnych płaszczyznach – mogły zejść na drogę macierzyństwa, jeśli tylko mają taką potrzebę, ochotę czy tęsknotę. Wtedy będzie naprawdę pięknie.

Chcesz mieć więcej dzieci?

Po tym ciężkim porodzie i przeżyciach jemu towarzyszących powiedziałam sobie, że mi wystarczy. Ale z drugiej strony ja nigdy nie mówię nigdy, więc nie wiem, co się wydarzy. Moja sytuacja życiowa zmieniła się, dużo rzeczy robię z Melodyjką sama: np. same podróżujemy. Wiem, że wiele z tych aktywności nie byłabym w stanie zrobić z dwójką dzieci. Ale może przyjdzie taki czas, że zapragnę kolejnego dziecka i wtedy na pewno dam sobie na to przyzwolenie, a świat da mi przestrzeń. 

zdjęcia: archiwum prywatne Ani