28.03.2021

Wywiadówka: Julia Kuczyńska (Maffashion)

Od dłuższego czasu wiedziała, że nie potrzebuje już pędzić i niczego udowadniać. Była gotowa, żeby zostać mamą. Kiedy się udało, poczuła spokój. Sama o sobie mówi: „mama z powołania” i jeszcze: „supermama”, bo tak czuje. Też tak czuję i tak ją czytam, ale też widzę, że to mama niebywale pracowita i bezpretensjonalna. NIE MA RZECZY, Z KTÓRYMI MIAŁABY PROBLEM – to dla mnie jej definicja.


Co poczułaś, jak dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży?
Ta ciąża była planowana. Ale mimo tego, że mogłam się jej spodziewać, kiedy się potwierdziła, straciłam równowagę w nogach i dwa razy uderzyłam o ścianę, idąc po telefon, żeby zadzwonić (śmiech). Dosłownie zwaliło mnie z nóg. Ale to chyba niemal zawsze tak właśnie jest. Nieważne, jak jesteś przygotowana, nieważne, jak bardzo tego chcesz i do tego dążysz, kiedy okazuje się, że faktycznie jesteś w ciąży, to jest szok.

Ten telefon miał być do przyszłego taty?
Tak, do narzeczonego. Od razu zadzwoniłam. Nie mogłam nic wcisnąć w telefonie. Jak mają miejsce jakieś stresujące sytuacje w życiu, to często nie potrafimy wybrać numeru np. na policję, ja miałam tak samo: nie mogłam kliknąć w słuchawkę, żeby zadzwonić.

Jak Sebastian zareagował?
Bardzo pozytywnie, natychmiast przyjechał do domu.

Miałaś jakieś lęki związane z macierzyństwem, zastanawiałaś się, czy podołasz?
Nie miałam takich myśli, nie zastanawiałam się, jaką będę mamą albo czy dam radę. Po części dlatego, że już dużo wcześniej czułam się gotowa, żeby nią zostać. Kolejną sprawą było to, że w przeszłości pilnowałam dzieci, moja mama pracuje w przedszkolu i czasami również jej pomagałam. Wiem, że dzieci bywają różne. To jest loteria. Czy dzidziuś będzie dużo spał, będzie grzeczny i jak bardzo będzie dawał w kość – tego nigdy nie można przewidzieć. Ale wiedziałam, że jakkolwiek by nie było, dam sobie radę. Chcieć to móc – to się u mnie sprawdziło. Plus dużo cierpliwości.

Bastek pojawił się w idealnym momencie w Twoim życiu?
Rzeczywiście: ja psychicznie byłam gotowa, żeby być mamą, w głowie mi się już pozmieniało, od dłuższego czasu miałam takie myśli: Ok, ile jeszcze kampanii mogę zrobić? Ile podobnych rzeczy? 12 czy 13 lat prowadziłam bloga i byłam na pełnych obrotach dzień w dzień: z jednego planu na drugi, z jednego projektu w kolejny… Czymś normalnym w moim życiu stało się to, że znowu gdzieś polecę, znowu będę w jakimś hotelu, zrobię jakąś kampanię, zobaczę coś pięknego, poznam nowych fajnych ludzi, zrobię billboard… Mówię o rzeczach, z których jestem dumna, to są moje sukcesy, ale w pewnym momencie zadałam sobie pytanie: Jak długo można to robić tylko dla siebie? Fajnie jednak móc robić takie rzeczy dla kogoś, z myślą o kimś, pracować na czyjąś przyszłość. Dla mnie macierzyństwo to było wejście w nowy etap w życiu – bardzo ekscytujący, dojrzalszy, odcinający ten monotonny z pewnych względów tryb życia. Jak zostałam mamą, poczułam spokój, że już więcej nie potrzebuję pędzić i niczego udowadniać. Ale wciąż jestem ambitna, jestem pracoholiczką i cały czas wymyślam sobie kolejne szczebelki, na które chcę się wspiąć; dziecko mi w tym nie przeszkadza. Po prostu wszystko stało się teraz takie „pełne”.

Jak Ci minęła ciąża?
Pierwsze miesiące to był okres obawy, czy tę ciążę donoszę. To było ciężkie. U lekarza bywałam kilka razy w miesiącu. Co chwilę sprawdzałam hormony – choruję na niedoczynność tarczycy. Dodajmy do tego początek pandemii i niewiedzę, jak będzie wyglądać dostępność lekarzy… Było dużo stresu.

Nie mówiłaś publicznie o tym, że zostaniesz mamą, ale ta informacja w pewnym momencie przedostała się do mediów…
Nie ma nic przyjemniejszego niż powiedzenie, że jest się w ciąży wtedy, kiedy jest się na to gotowym. Moment poinformowania rodziny, znajomych i bliskich to zawsze jest coś superfajnego. Z reguły – jak te pierwsze 3 miesiące miną – jest względnie bezpiecznie, żeby o tym mówić, aczkolwiek to zawsze różnie bywa. Miałam wśród bliskich sytuacje, gdzie ciąże były stracone w 6. czy w 7. miesiącu, więc nie chciałam krzyczeć na prawo i lewo o moim stanie. Jak już się okazało, że z hormonami mam wszystko wyregulowane, powiedziałam mamie i znajomym. Wszyscy się cieszyli. Ale zanim zdążyłam poinformować drugą grupę bliskich, media napisały, że najprawdopodobniej w tej ciąży jestem. Złapali mnie pod kliniką z trudnymi ciążami, zadzwonili do Sebastiana, chcąc dopytać, czy potwierdzamy, że spodziewamy się dziecka i jednocześnie informując, że news ze zdjęciami spod kliniki na pewno zostanie opublikowany. Kiedy usłyszałam, że Sebastian z nimi rozmawia, byłam w łazience. Zaczęłam się cała trząść ze stresu… Źle się z tym poczułam. Stwierdziliśmy, że potwierdzimy temu portalowi mój stan, ale nie chcemy, żeby publikowali zdjęcia, żeby cokolwiek pisali, bo moja ciąża była trudna, nie mogłam się stresować. Sebastian dopytywał, czy możemy zapłacić za to, żeby te zdjęcia nigdzie się nie pojawiły; byliśmy w stanie to zrobić. Odpowiedziano nam, że to nie jest kwestia pieniędzy, że „szefowa każe”, że i tak je opublikują. Popłakałam się i powiedziałam, że – jeśli będzie taka sytuacja, że cokolwiek się stanie ze względu na stres, nie chciałam nawet tego na głos wypowiedzieć, ale wiedziałam, że ludzie będą pytać, wszystkie osoby, którym jeszcze nie zdążyłam powiedzieć będą dzwonić, będę się musiała z tego tłumaczyć… Jeżeli cokolwiek się stanie, to będzie ich wina. Usłyszałam, że wtedy mam wygraną  w sądzie. Zasugerowano mi, że gdybym poroniła, to dostanę pieniądze. Tak to było…  Na szczęście wymyśliłam sobie inną rzecz. Pamiętałam o nagraniu z poprzedniego roku, kiedy byłam na planie kampanii mojej marki, o której istnieniu oficjalnie nikt jeszcze nie wiedział i mówiłam: To jest moje dziecko: marka eppram. Powiedziałam do mojej wspólniczki: Publikujemy to! Tym sposobem choć trochę odciągnęłam uwagę, wiele osób zostało wyprowadzonych na manowce.

W którymś momencie ciąży zrzuciłaś z siebie stres czy do końca były nerwy?
Źle to zabrzmi, ale COVID mi pomógł; pandemia przyczyniła się do tego, że nie musiałam za często wychodzić z domu, nigdzie latać, nie było pracy tyle co zwykle, nie musiałam się też tłumaczyć, dlaczego czegoś nie mogę zrobić; to odeszło. Mogłam w spokoju, w domu przechodzić sobie tę ciążę i do końca nie pokazywać publicznie brzucha. I nie chodziło o to, że prowadziłam jakąś gierkę z mediami, nie. Nie chciałam, żeby moje zdjęcia w ciąży krążyły w Internecie, bo ja sama ich nie publikowałam, nie czułam się gotowa, by mój stan potwierdzić. Chciałam to zrobić sama na własnych zasadach. Więc takiego zupełnego spokoju to nie miałam do samego rozwiązania. Ale ciążę zniosłam bardzo dobrze, mimo tego, że była trudna, to naprawdę był to dla mnie superłaskawy czas.

Jak wyglądał poród w środku pandemii?
Rodziłam w momencie, kiedy było już małe poluzowanie obostrzeń, kilka miesięcy wcześniej było gorzej. Od samego początku planowałam poród siłami natury. Dużo sytuacji w życiu biorę na klatę, stwierdziłam, że spokojnie i z tym dam sobie radę. Miliony kobiet rodzą, to ja sobie nie poradzę? Nie bałam się. Wiedziałam, jakie korzyści przynosi dziecku poród naturalny, jak to się ma do jego odporności. Bardzo chciałam, żeby u mnie właśnie tak się skończyło. Niestety nie udało się. Poród naturalny nie przynosił efektu, a czas zaczął być na wagę złota – dziecku spadało tętno… Trzeba było podjąć decyzję o cesarskim cięciu.

Czyli miałaś trochę 2 w 1?
Tak. Położna powiedziała mi, że Bastek dostał 99% z naturalnego porodu. Powiem Ci, że ja już nie pamiętam tego bólu, nie było hardcore’u, było ok. Tylko ten strach, kiedy słyszysz, że twojemu dziecku spada tętno i szybko trzeba na stół operacyjny… Czułam się, jakbym grała w filmie, bałam się, wszyscy wokół mnie latali jak z pieprzem. Miałam myśli: Boże! Żeby nic mu nie było! Jak już go ze mnie wyjmą, żeby oddychał…

Jak na niego zareagowałaś?
Jak usłyszałam, że płacze, też się popłakałam, ryczałam jak bóbr. Ręce mi drżały… Byłam przerażona, wzruszona, szczęśliwa, zmęczona, wszystko naraz. Powiedzieli, że mi go przyniosą, a ja na to: Nie. Oni, że wszystko jest super, że dostał 10 punktów na 10, a ja: Nie wiem, czy jestem gotowa… Nie wiedziałam, czy lepiej nie odczekać sekundy, jak będę się lepiej czuła. Jak mi go przynieśli, jak go zobaczyłam, pomyślałam sobie: Kurde! Ładny!(śmiech).

Imię Bastian to inspiracja filmem „Never ending story”. Kto na to wpadł, kto wybrał imię?
Sebastian miał przygotowane chyba ze 20 imion dla dziewczynki, bo myślał, że będzie dziewczynka. Ja od początku mówiłam – choć płeć była mi zupełnie obojętna – że czuję w kościach, że to będzie chłopiec. Po którymś USG okazało się, że miałam rację, szukaliśmy więc imienia i to trwało miesiącami. Zrobiliśmy listę i skreślaliśmy kolejne imiona… I nagle na jakiejś stronie znaleźliśmy Bastiana i powiedzieliśmy: Ekstra! Tego samego dnia leciał film w telewizji: Bastian jak siemasz na tym psie leciał. Uznaliśmy, że to znak i tak już został Bastek.

Jak Wam było na początku w domu we trójkę?
Było dużo stresu, dużo zmęczenia, dużo niewiadomej, dużo gratulacji i telefonów… Wtedy też potrzebowałam dużo odpoczywać, leżeć w łóżku. Połóg zniosłam dobrze, szybko też wróciłam do pracy. Po 8 czy 10 dniach od porodu robiłam kampanię Valentino.

Od początku pokazywałaś – póki co jako jedyna –jak Twoje ciało wyglądało po porodzie i jak się później zmieniało. Przełamałaś macierzyńsko- influenserskie tabu.
Więc tak: ja nie mam problemu, żeby twarz Bastka była gdzieś pokazana: tak, on ma twarz, to jest dziecko z twarzą. Na przestrzeni czasu może się ona pojawić gdzieś bardziej. Na zdjęciach używam filtrów, czasem coś poprawię, coś czasem usunę – nie kryję się z tym. Ale z drugiej strony ludzie mogą mnie też oglądać bez makijażu, bez filtrów, w takiej normalnej, codziennej wersji. A w przypadku ciąży i tego, jak moje ciało wyglądało po porodzie, to ja na to spojrzałam tak: Kurde, ale robotę wykonało! Pierwszy raz w życiu tak wyglądałam, nigdy nie miałam takiego ciała, zawsze byłam szczupła, nigdy nie ważyłam więcej niż 51 kg. Ale jakoś bardzo łaskawie podeszłam do tego, w taki sposób: Boże! Tak to wygląda! Zawsze mnie interesowało, jak to jest po porodzie, wiele pytań odnośnie tego jest też w Internecie. No to dziewczyny patrzcie: tak to wygląda! Zrobiłam to na megaspontanie, nie sprawiło to mi żadnego problemu. Czułam się komfortowo, mimo iż moja sylwetka różniła się od tej, jaka była wcześniej. Dostałam też mnóstwo pozytywnych odpowiedzi od kobiet. Ale w momencie, kiedy okazało się, że zaczynam chudnąć, że moje ciało zaczyna wyglądać lepiej, to nagle zarzucano mi: „Ona też! Wyścig o sylwetkę! Promocja zrzucania kilogramów!” Ja nie uczestniczę w żadnym wyścigu! Moje ciało wraca do swojej normy, bo było wysportowane wcześniej: czym skorupka za młodu. Schudłam, skóra mi jeszcze wisi, jak na to, co było wcześniej, ale wciąż dobrze się z tym czuję, dalej jest ok. Przy dziecku mam ręce pełne roboty: noszenie, dźwiganie –  Bastuś waży już 10 kilo – więc ja cały czas wykonuję ćwiczenia z obciążeniem, czego wcześniej nie robiłam (śmiech).

Cały czas karmisz?
Jeszcze dokarmiam, ale już jest tego mniej. Założyłam sobie, że tak pół roku będę karmić. Bastek od samego początku był dokarmiany mlekiem modyfikowanym, pierwszy raz dostał je jeszcze w szpitalu, bo na początku nie miałam wystarczająco dużo mleka.

Miałaś baby bluesa?
Nie, ale miewam od czasu do czasu jakieś takie słabsze momenty. Chciałabym, żeby ktoś mi więcej przy dziecku pomagał, chciałabym się wyspać…No i ten dylemat: jak to wszystko połączyć? Muszę coś nagrać, coś opublikować, komuś odpisać, wysłać maile i w tym wszystkim dziecko…Jestem w trakcie robienia czegoś, ale muszę zająć się Bastusiem, który właśnie się obudził. Czasem mu mówię: Pośpij jeszcze pół godzinki, plis. Potrzebuję tylko te pół godziny. Nigdy się nie udaje (śmiech).

Ale udaje Ci się połączyć macierzyństwo i pracę.
Tak, bo mam nianię. Najcudowniejszą na świecie! Dziadkowie niestety daleko, więc super, że jest ona. Mam ten przywilej, że mnie na nią stać. Tylko dzięki niej mogłam wrócić do roboty.

Co macierzyństwo zmieniło w Twoim życiu?
Zauważyłam, że na spotkaniach bezwiednie i naturalnie wybieramy rozmowy z rodzicami. Fala zrozumienia, inna płaszczyzna – automatycznie się z nimi zgadujemy. Ale generalnie ja swoje życie zmieniłam o 180 stopni, również – jak każdy z nas –  z uwagi na COVID. Zazwyczaj raczej nie było mnie w Polsce, cały czas na walizkach. Teraz znacznie mniej pracuję i dałam sobie taki limit, że 5 godzin może mnie przy Bastku nie być – odciągam pokarm i nie ma problemu. Chociaż jak byłam na planie długo, to już się zaczynało wyciąganie telefonu i oglądanie zdjęć plus pytanie: Chcecie zobaczyć? Jakbym go co najmniej tydzień nie widziała (śmiech). Nie mam wyrzutów sumienia, jak pracuję, wiem, że muszę zarobić na to, żeby on za chwilę miał swój pokoik, żeby można go było posłać do szkoły…Nie pracuję u nikogo na etacie, więc jeśli ja czegoś nie zrobię, to nie mam dochodu. Wiadomo, że będą momenty, że będę musiała wyjechać na – nie wiem – 2 dni i to też się wydarzy, nie będę popadać w paranoję. Tym bardziej, że Bastek będzie już starszy, więc damy radę.

Jaką jesteś mamą?
Super! Nie wiem, czy każda mama tak o sobie mówi, ale mnie się wydaje, że daję radę, że jest ekstra i nie ma rzeczy, z którymi miałabym problem. Bastek raczej nie śpi, budzi się z zegarkiem w ręku co 3 godziny na jedzenie, często też się wybudza, płacząc, muszę go wtedy nosić i bujać. Miał też kolki chyba z trzy miesiące, a teraz ząbkuje. W wózku raczej nie zasypia, często trzeba go brać na ręce, a wózek prowadzić… Ale jestem wytrzymała. Chyba każda matka znajduje w sobie takie pokłady energii i siły, o które wcześniej  by się nie podejrzewała. Na razie jestem mamą cierpliwą, mamą, która kocha, która chce i ma wyobraźnię, jak zabawiać dziecko.

Bastek to high need baby?
Ja jako dziecko też byłam nadpobudliwa, żywe srebro itd., więc myślałam, że ma to po mnie. Ale były takie momenty, że on tak strasznie płakał, aż wył przez sen, i wtedy moja niania znalazła artykuł o high need baby. Zaczęłyśmy czytać i wszystko się zgadzało: jeden do jednego. Czytałam o swoim dziecku. Więc podejrzewam, że może nim być.

Jakim tatą jest Sebastian?
On zwariował na punkcie syna, jest po uszy zakochany! Jest tatą zapatrzonym w Bastka, okazuje mu dużo miłości.

A jeśli trzeba będzie wejść w rolę złego policjanta, postawić granice, jak myślisz, kto z was będzie to robił?
Podejrzewam, że mogę to być ja. Jak pilnowałam dzieci, bardzo dobrze wychodziło mi egzekwowanie różnych rzeczy. Ale zobaczymy…

Jaki jest Bastek?
Przekochany, prześliczny, super jest! Wszyscy mówią, że wykapany tata. Ma dołeczki, mądre oczka i jest bardzo ciekawski. Od samego początku był bardzo silny i bardzo niecierpliwy. Coś czuję, że bardzo szybko i konkretnie będzie potrafił wyrazić, czego chce.Po kim?
Po jednym i po drugim.

Kiedy Cię najbardziej rozczula?
Jak się uśmiecha, jak się śmieje – to chyba najcudowniejszy dźwięk, jaki matka może usłyszeć.

Co dziecko zmienia w związku?
Zmienia dużo, każda para to wie. Priorytety są zupełnie inne. Nieprzespane noce… Zdarza się, że nie śpi się razem, bo dziecko płacze, a ktoś za chwilę, rano musi jechać na plan. Człowiek nie usiądzie i nie pogada o duperelach, nie obejrzy Netfliksa, kiedy ma na to ochotę. Mniej jest czasu dla siebie, jest za to czas: my razem i dziecko. Ostatnio udało nam się pojechać w trójkę w góry i to było super.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?
Drugim etapem w życiu. Szczęściem i spełnieniem. Czuje się mamą z powołania i bardzo dobrze jest mi z tym, jak jest teraz.

Co jest dla Ciebie w macierzyństwie najpiękniejsze?
Najpiękniejsze jest to widzenie zmian, kolejnych etapów; to, że wszystko jest po raz pierwszy i na nowo. Teraz to już każdy kolejny zachód słońca będzie inny od tych, które widziałam sama, bo będę je pokazywać synowi i widzieć jego emocje. Nie mogę się też doczekać pytań od niego! Fajnie jest być komuś potrzebnym i dla kogoś najważniejszym.

Chcesz mieć więcej dzieci?
Chcę, moim marzeniem jest trójka. Choć obecna sytuacja w naszym kraju sprawia, że się tego boję… Muszę dać sobie trochę czasu. Ale też nie chciałabym, żeby różnica wieku była jakaś duża.

Marzy Ci się córka?
Tak, parkę bardzo bym chciała. Moja mama miała parkę, może się uda?

zdjęcia: Aneta Zamielska

Za pomoc w realizacji dziękujemy Solutions Rent.