13.12.2020

Wywiadówka: Justyna Kozłowska

Mieszkamy po sąsiedzku, znamy się długo, ale nigdy nie rozmawiałyśmy tak poważnie. Justyna Kozłowska w tej rozmowie – jak i w życiu – nie ma potrzeby bycia perfekcyjną ani idealną. Przyznaje się do bałaganu w domu, zamawiania pizzy na obiad i płaczu z bezsilności. Pozwala sobie być szczęśliwą w macierzyństwie i nowym związku.  Czytając ten wywiad, pozwolicie sobie na 10 minut spokoju, luzu i beztroski. Poważnie.

Zawsze chciałaś mieć dużą rodzinę?

Tak. Takie plotki w rodzinie krążą, że – jak byłam mała – opowiadałam, że chcę mieć czwórkę dzieci. To było prorocze. 

Przenieśmy się w czasie do momentu, gdy dowiedziałaś się, że jesteś w pierwszej ciąży. Jak  zareagowałaś?

To jest zawsze miks skrajnych uczuć: z jednej strony wielka radość i ekscytacja, a z drugiej – lekkie przerażenie i pytania: Czy ja dam radę, jak to ogarnę? Zwłaszcza za tym pierwszym razem, bo później, jak już wiesz, z czym to się je, to jest łatwiej. U mnie wątpliwości pojawiły się tylko na chwilę, później pozytywne emocje i instynkt macierzyński wzięły górę, i wszystko pięknie i naturalnie zaczęło się w mojej głowie układać. Wiedziałam, że nie ma się co bać. 

Porodu też się nie bałaś?

Nie, od zawsze wiedziałam, że będę rodziła siłami natury – ja jestem ta sekcja. Jedyne, czego się obawiałam to tego, że to będzie musiało skończyć się jakąś ingerencją medyczną: znieczuleniem czy – nie daj Boże – cesarką. Ja lubię jak wszystko się dzieje naturalnie, samo. Na porody nastawiam się tak, że trzeba przez to przejść, po prostu. Bo przecież takiego hardcoru hardcoru to jest, nie wiem, 20 minut? Pół godziny? Więc myślę sobie: Co, ja nie wytrzymam? Wiem, że to w dużej mierze jest kwestia nastawienia.

Za pierwszym razem gładko poszło?

Bardzo gładko, z każdym razem jeszcze bardziej gładko. Teraz się boję, czy zdążę dojechać do szpitala (śmiech).

Jakie były Twoje początki jako mamy, jak sobie radziłaś z małą Basią?

Super wspominam te początki; cudownie, to jest najlepszy czas. Dzidziuś nie ma specjalnych wymagań oprócz tego, że chce być blisko, chce zjeść i pospać. Nie przemieszcza się, nie mówi, można siedzieć na kanapie i cały dzień bezkarnie się przytulać albo spacerować z kawką na wynos. Chociaż docenia się to dopiero przy drugim lub trzecim dziecku. Bo przy pierwszym chciałoby się wszystko ogarnąć naraz, a dopiero później orientujemy się, że to niemożliwe. Dla mnie najgorsza rzecz z tych początków to nieprzespane noce. Oprócz tego nie miałam, odpukać, żadnych problemów: kolkowych czy jedzeniowych…Często chodziłam z Basią w chuście, miałam dwie wolne ręce, załatwiałam więc różne rzeczy: zakupy, spotkania, to bardzo pomagało. Od samego początku miałam takie założenie, że dziecko nie jest dla mnie żadnym ograniczeniem, staram się funkcjonować tak jak funkcjonowałam, tylko, że towarzyszy mi bobas.

Trzy lata później pojawiła się Jadzia… 

Tak, u mnie tak co trzy lata mniej więcej pojawiają się dzieci.

Wymyśliłaś tę różnicę wieku czy los ją zaplanował?

Zaplanował ją los, ale jak sobie myślę o takiej odpowiedniej różnicy wieku, to rzeczywiście celowałabym w te 3 lata. Barbara, jak miała 2 lata, poszła do żłobka, a ja miałam te kilka miesięcy na końcówce ciąży, żeby sobie odsapnąć, przygotować się po raz drugi, skompletować wyprawkę…A Jadzia, jak już się pojawiła, była dzieckiem bezproblemowym. Wkładałam ją do wózka lub chusty i odprowadzałyśmy Basię do żłobka; tak sobie funkcjonowaliśmy beztrosko.

Jak przygotowywałaś Basię na przyjście na świat siostry?

Były różne zabiegi. Na pewno pomógł dzidziuś babyborn, czyli taka lalka, która do złudzenia przypomina prawdziwego dzidziusia. Do tych lalek są różne gadżety – pieluszki, butelki. Jak już była Jadzia, dokupiłam też nosidło. To było takie urocze, że ja chodziłam z Jadzią w chuście, a Basia z tym babyborn’em w nosidłe. Obsługa dzidziusia w zabawie bardzo pomogła. Ale było też dużo rozmów na ten temat i – nie wiem, czy to jest dobre z psychologicznego punktu widzenia – ale u mnie się sprawdziło: dzidziuś przyniósł Basi prezent, więc trochę się wkupił w jej łaski. Ten prezent sprawił, że było naprawdę miło.

Czym się różniło to drugie macierzyństwo od pierwszego?

Im dalej w las, tym jest zdecydowanie łatwiej: jest więcej luzu, swobody, nie ma spinania się. Przy Baśce miałam plan dnia. Był czas drzemki, więc szłyśmy na spacer. A przy drugim dziecku: No dobra… Zaśnie teraz, to zaśnie teraz. Zje, jak się obudzi. Nie ma dramatu. Wszystko idzie płynnie. Ale trzeba sobie na to pozwolić.

Basia była zazdrosna o Jadzię?

Oj tak. Chociaż jej zazdrość nie pojawiła się od razu, co było trochę zdradliwe. Dopiero jak Jadzia przestała być bobasem, mniej więcej koło roku, zaczęła się przemieszczać i podbierać Basi zabawki. Bo na początku ona była jak ta laleczka: można było ją ponosić, poprzytulać, pomóc mamie w kąpieli, przewijaniu, ale później nastał moment, że dzidziuś okazał się być zagrożeniem. 

Jak sobie z tym radziłaś?

Pamiętam, że konsultowaliśmy to z psychologiem, bo wyznaję zasadę, że jak czegoś nie wiem i z czymś sobie nie radzę, to udaję się do specjalisty i ufam jego opinii. Lubię konkret. Dostaliśmy więc rady i one pomogły. Był czas jeden na jeden: dbaliśmy o to z tatą dziewczyn, żeby to jakoś rozdzielać; on szedł z Jadzią na spacer, ja odbierałam Basię ze żłobka i ona miała mnie tylko dla siebie na godzinę. Rozmawialiśmy również o uczuciach i emocjach… 2, 3 miesiące były jednak hardcorowe, a potem przeszło. Jak Jadzia zaczęła chodzić i stała się towarzyszem zabaw, to było zdecydowanie łatwiej.

Roman pojawił się kolejne 3 lata późnej. Cieszyłaś się, że to będzie chłopiec czy bałaś się tego?

W ogóle się nie cieszyłam. Miała być trzecia dziewczynka – Irenka, nie wyobrażaliśmy sobie sytuacji, że do tego zestawu dołączy chłopak. Ja zawsze, jak myślałam o sobie jako o mamie, widziałam siebie bardziej w roli mamy dziewczynek: 4 dziewczynek. A te chłopaki i siusiaki? Nie mogłam przez to przejść w mojej głowie (śmiech). Ale w przypadku Romana, inne mamy zrobiły dobrą robotę, bo praktycznie każda, z którą rozmawiałam, mówiła: Zobaczysz, ja się chłopiec urodzi. Bycie mamą chłopca to jest zupełnie inna bajka! I muszę przyznać, że tak się stało: włączyła mi się opcja „synek mamusi” i nie da się nad tym zapanować. Z synem jest inaczej, inaczej się go wychowuje, nawet kocha inaczej. Oczywiście każde dziecko kocha się najbardziej na świecie, ale to jest jakaś inna miłość… Nie umiem tego wytłumaczyć. Myślę też, że dużo trudniej wychować chłopaka, żeby – mimo tego zalewu matczynych emocji – wyrósł na samodzielnego, ogarniętego, zaradnego i fajnego faceta. Ja Romana chyba podświadomie trochę faworyzuję, on ma swoje przywileje. W związku z tym, że ma też starsze siostry, to w wielu sytuacjach jest wyręczany, zawsze może liczyć na ich pomoc. 

Jak to jest z trójką dzieci, jak sobie radzisz?

Cudownie! Wszyscy mnie pytają, jak ja sobie radzę, a to jest takie samonapędzające się koło, które się toczy, toczy i toczy. Czasowo jest trochę problem, bo każde dziecko potrzebuje mieć tą mamę chociaż przez chwilę tylko dla siebie, a czasem trudno w codziennej logistyce wygospodarować 10 minut na ćwiczenia logopedyczne z Jadzią czy 5 minut na zabawę samochodami z Romanem. Baśka ma 9 lat, więc ona to już bardziej chciałaby pójść sobie ze mną na kawę… Nie jest to łatwe, nie ma na to recepty, ale uważam, że to też jest kwestia priorytetów. Są rzeczy, które odpuszczam. Nie mam w domu sterylnego porządku, czasami zamówię pizzę na obiad, czasami, jak już mam dość, dzwonię po nianię. To jest sztuka odpuszczania, ustalenia ważnych rzeczy sama ze sobą. Ja bardzo szybko wyleczyłam się z perfekcyjności, bo to jest jedyna droga, żeby być szczęśliwym w macierzyństwie i żeby to beztrosko szło. Jestem też wielką fanką  placówek: moje dzieci zawsze były żłobkowe i przedszkolne. Tak naprawdę życie z trójką dzieci jest wygodne, kiedy codziennie rano gdzieś je odwozisz i masz czas na pracę, masz czas dla siebie. Odbierasz je po południu i to jest naprawdę spoko.

Jak Cię macierzyństwo zmieniło?

Ja się bardzo zmieniłam, odpuściłam bardzo wiele rzeczy. Kiedyś byłam bardzo ambitna i miałam takie poczucie, że muszę wszystko zrobić sama, bo jak ja tego nie ogarnę, to świat się zawali. Odpuściłam: nie muszę być idealna, nie muszę być perfekcyjna. Złagodniałam, jest we mnie więcej cierpliwości, spokoju, więcej empatii i miłości. Zmieniłam się też wizualnie: jestem szczuplejsza po ciążach i dzieciach niż przed, bo biegam za dziećmi (śmiech). Ale macierzyństwo nauczyło mnie też, żeby bardziej dbać o siebie, o czas dla siebie. Przy dzieciach również zaczęłam zwracać uwagę na to, co ląduje na naszych talerzach. Generalnie uważam, że macierzyństwo zawsze zmienia i to na plus.

Jacy są Basia, Jadzia i Romek? Co widzisz w nich z siebie, a co mają z taty? 

Baśka jest pewna siebie, zadziorna, otwarta, taka „hej do przodu”, jest totalną chłopaczarą. Trzyma się z chłopakami, wspina po drzewach, robi fikołki na trzepaku i jeździ na rowerze. Jadziunia jest najbardziej wrażliwa i delikatna z całej ekipy, ona też najbardziej ekspresyjnie reaguje, kiedy Basia zabiera jej zabawkę albo Roman czegoś dotyka. Ale jest też taką naszą iskierką, oczkiem w głowie. Ona wszystkich kocha, wszystkich chce przytulać, wszystkich zaprasza do domu, każdemu pomoże. Jest bardzo ciepła i otwarta. Roman z kolei jest luzakiem. Jest mega samodzielny, a przez to, że chodzi do żłobka, od kiedy tylko mógł, czyli od 1. roku życia, jest bardzo pewny siebie i otwarty. On świetnie sobie radzi w tym naszym babińcu. Myślę, że z taty najwięcej ma Baśka, Jadzia jest chyba naszym miksem, a Roman to jeszcze zobaczymy.

Jaka jesteś mamą?

Najlepszą, jaką tylko potrafię (śmiech). Myślę, że jestem mamą wyluzowaną, która pozwala dzieciom na wiele. I czasami łapię się na tym, że sama pakuję się w pułapkę, bo w momencie, kiedy na początku nie postawię granicy, to później odbija mi się to czkawką. Jestem też mamą zorganizowaną – jednak logistyka przy trójce dzieci odgrywa bardzo ważną rolę – co nie idzie w parze z pedantyzmem czy przesadnym dbaniem o porządek. Bardziej mam w głowie to, co, o której i gdzie musi się wydarzyć; bez tego bym się pogubiła. Myślę, że jestem też mamą ciepłą i kochającą, mamą, do której zawsze można przyjść i się przytulić. Jestem mamą, która jest zawsze dla dzieci, zawsze wtedy, kiedy mnie potrzebują. Szczęśliwie mam taką pracę, która pozwala mi na zrobienie sobie przerwy i np. pójście na półgodzinny spacer z Basią. 

Masz czasem dość?

Mam, oczywiście ,wiadomo. Trzeba to jasno i wyraźnie powiedzieć: są takie momenty. Nie ma co się tutaj oszukiwać: ratuję się wtedy bajkami, youtube’m albo wyjmuję zabawki typu ciastolina, puzzle, jakieś fajne układanki, które gwarantują mi te 10 minut spokoju. Albo zapraszam jakąś koleżankę i wtedy wiem, że dzieci na pewno się sobą zajmą. 

Jesteś uosobieniem spokoju…Potrafisz się unieść, krzyknąć, wyjść z siebie?

Oczywiście, że tak. Jak każda mama. Wcześniej, jak mi się to zdarzało, to dopadały mnie wyrzuty sumienia, ale już się z tego wyleczyłam. Teraz, jak moje dzieci doprowadzą mnie już na skraj mojej cierpliwości i wybuchnę, to po fakcie zawsze przepraszam i rozmawiam z nimi: Poniosły mnie emocje, ale tak się stało dlatego, bo ty zrobiłaś to, tu była afera, tu kolejna i emocje narastały… Uważam, że takie sytuacje są normalne, ale nie można ich zostawiać samych sobie, zawsze trzeba je wyjaśnić, omówić, wyczyścić atmosferę. Staram się, żeby tych momentów wybuchowych było jak najmniej, dlatego w sytuacjach napiętych wychodzę z pokoju. A jak już jest bardzo źle i muszę chwilę pobyć sama, to idę na spacer z psem.

Stosujesz jakiś system nagród i kar?

U mnie nie ma czegoś takiego. Ja lubię pozytywną dyscyplinę, która stawia na konsekwencje i rozmowę, pokazywanie, co się stanie, jak zrobisz to albo nie zrobisz tego; ustalanie zasad i priorytetów, a nie kar i nagród. Co nie znaczy, że nie zdarza mi się rzucić: Jak nie posprzątacie pokoju, to nie będzie kina. Ale zazwyczaj i tak im pomagam posprzątać ten pokój, a kino i tak jest. Czasami aż za bardzo odpuszczam.

Z czego jesteś najbardziej dumna jako mama?

Chyba z tego, że moje dzieci są takie zaradne i samodzielne. My sobie tutaj rozmawiamy, a Barbara sama ogarnia zdalne lekcje; jak będzie miałam jakiś problem, to do mnie zadzwoni. Ona ma skończone 9 lat, ma swój komputer i telefon, i jak widzę, jak świetnie sobie radzi w świecie zdalnych lekcji, to nie wierzę, że to jest ta moja mała Basia. Jak trzeba, to ona zrobi rodzeństwu śniadanie i kolację, wyjdzie z psem. To jest fajne, że te moje dzieci są takie ogarnięte. Jestem też dumna, że mają fajne relacje. Nie ma dla mamy piękniejszego widoku niż dzieci wspólnie się bawiące, dogadujące, wymyślające zabawy i realizujące swoje dziecięce plany.

Masz patent na bunt, histerię dziecka?

Trzeba to przetrwać, uzbroić się w cierpliwość. Najgorsze afery miałam z Jadzią, kiedy byłam na końcówce ciąży z Romanem: rzucała rowerem w kąt, kładła się na chodniku… Pamiętam sytuację: ja z brzuchem i rowerem, Baśka z rowerem i jeszcze pies, a Jadzia wpada w szał i płacz na ulicy. Zdarzało się, że siadałam obok niej na tym chodniku i też płakałam, z bezradności. 

Rozstałaś się z tatą swojej trójki. Jak dzieci to przyjęły, jak zareagowały?

Na razie przechodzimy to gładko. Wszelkie problemy i trudności są przegadywane i rozwiązywane na bieżąco. Rozstanie było mniej problematyczną kwestią niż nasza teraźniejsza sytuacja: nowy partner i nowe dziecko w drodze. Dzieci wszystko czują, widzą i wiedzą. W momencie, kiedy rozstałam się z byłym partnerem, wszyscy odsapnęliśmy, poczuliśmy wielką ulgę, że jest spokój, jesteśmy sami, nie ma kłótni. To było kojące. A teraz, mimo wielkiej sympatii do mojego nowego partnera, mimo ekscytacji, że będzie dzidziuś, że będzie nas więcej, jest to trudne: pojawił się ktoś, kto nie jest ich tatą i ten ktoś ma z nami mieszkać, ma z nami żyć. Jak to? Raz na jakiś czas pada z ust Barbary: No ale to przecież nie jest mój tata… Mówię jej wtedy: Tak, to nie jest Twój tata, ale to będzie tata tego dzidziusia. Kochamy się i teraz będzie tak i tak. I jakoś tak powoli, małymi kroczkami, wszyscy się z nową sytuacją oswajamy. Myślę, że jeszcze wiele przygód i wyzwań w tym naszym patchworku przed nami. Pocieszam się tym, że dzieci są małe, w związku z tym szybko adaptują się do nowych sytuacji, a jeśli między dorosłymi jest wszystko ok: jest szacunek, miłość i dobre emocje, to im też się to udziela. Wiem więc, że wszystko pójdzie sprawnie.

Jak dzieci zareagowały na wiadomość o rodzeństwie?

Bardzo dobrze. Najbardziej moją ciążę przeżywa Barbara: co chwilę podchodzi, przytula się do brzuszka, masuje go, sprawdza, czy dzidziuś urósł…Jest ekscytacja! Mówi do mnie: Mamo, tak fajnie, że będziemy mieć tego dzidziusia, bo Roman to tak szybko rośnie! Już się nie można nim opiekować.

Masz jakieś obawy związane z czwartym dzieckiem? 

Czwórka dzieci to już jest dużo. Już nie pojedziemy na wakacje i nie zamieszkamy w jednym pokoju. Jeśli mamy się przemieścić jednym samochodem, to musi być to auto 7-osobowe. Zmiany są dla nas kluczowe. Również przeprowadzka – potrzebujemy więcej przestrzeni. Totalna rewolucja w życiu! I taki lęk, kiedy widzę, ile kosztuje dobra edukacja i jakie to jest istotne. Zastanawiam się, czy ja podołam, również finansowo. Bo wiadomo, że chcę zapewnić moim dzieciom wszystko, co najlepsze, oczywiście w miarę możliwości. Wybór szkoły przy jednym dziecku jest zupełnie inny niż przy czwórce. Jedno dziecko można posłać do dobrej prywatnej szkoły, czwórkę już niekoniecznie. Moje obawy na początku ciąży wynikały też z  myślenia o tym, jak sobie poradzimy z nowym partnerem w tej sytuacji. Chcieliśmy, w planach było dziecko, bo to jednak łączy, wiąże inaczej, ale to też będzie dla nas duży sprawdzian: trójka moich dzieci i jeszcze dziecko mojego partnera, więc w sumie będziemy w siódemkę.

Masz od niego pełne wsparcie?

Tak, Przemek jest od początku bardzo zaangażowany i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić (śmiech). Korzystamy też z efektów pandemii, z pracy zdalnej. Ta myśl, że on będzie w domu, nawet pracując, ale będzie, jest bardzo dużym wsparciem i pomocą. Będę mogła zostawić w domu śpiące dziecko i wyjść do sklepu, odprowadzić dzieci do przedszkola i szkoły, co bez tego byłoby niemożliwe. Etap wątpliwości trwał bardzo krótko, teraz jest już tylko pozytywnie. Tak się ekscytuję, że wręcz nie mogę się doczekać tego dzidziusia. W sumie mógłby już być!

Jakim tatą jest Przemek?

Jest fantastycznym tatą, na pewno ma więcej cierpliwości niż ja. On jest taki, że …to pewnie kwestia mężczyzn, bo my kobiety jesteśmy multizadaniowe, u nas nawet jak jest ten czas z dziećmi na 100%, to gdzieś tam w tle gotuje się zupa i zaraz trzeba pralkę wstawić. Nie wiem, czy to tylko ja tak mam, czy każda mama? W Przemku podoba mi się to, że jak on jest z dziećmi, to na 110%. Ja się totalnie rozczulam, jak na to patrzę. I trochę mu tego zazdroszczę. On też jest takim tatą od zabawy i świrowania, od wygłupów na łóżku, podskoków i robienia samolotów. Muszę przyznać, że ja na razie, jeżeli chodzi o rolę taty, nie widzę w nim wad.

Jak wygląda kwestia wychowywania dzieci w Waszym patchworku?

Nie jest łatwo to uporządkować. W takich codziennych rzeczach i czynnościach Przemek jak najbardziej musi w tym uczestniczyć i jego zdanie będzie istotne. Wszystko jest kwestią zbudowania fajnej i dobrej relacji z dziećmi. Jeżeli ona taka będzie, jego zdanie będzie naturalnie przez nie szanowane i respektowane. W takich bardziej kluczowych, fundamentalnych kwestiach dotyczących zdrowia czy edukacji – cały czas obecny jest mój były partner i tata dziewczyn i Romka. Takie decyzje rodzice podejmują wspólnie, a nowy partner może być wsparciem, może coś zasugerować, doradzić czy opowiedzieć się po jednej ze stron. Zobaczymy, jak to będzie.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Na pewno jest to ciągła praca nad sobą, cały czas odkrywanie siebie, sztuka adaptowania się do różnych warunków, potrzeb i etapów dziecka. No i najfajniejsza przygoda w moim życiu! Dużo się dzięki niej nauczyłam i dowiedziałam o sobie. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej.

Co jest najtrudniejsze, a co najpiękniejsze w macierzyństwie?

Najpiękniejsza jest ta bezwarunkowa miłość, która nas łączy, ona zawsze będzie. A najtrudniejsze to mieć w sobie cierpliwość i pokorę. I żeby tych wybuchów było jak najmniej, żeby zachować więcej niż 10 minut spokoju.

Chcesz mieć więcej dzieci?

Rzeczywiście te dzieci pojawiają się na świecie co 3 lata, teraz w wieku  37 lat będzie z nami Jerzy i tak się śmiejemy z Przemkiem, że na 40-stkę to już będzie ta Irenka (śmiech). Nie, nie, to żart. Trzeba myśleć racjonalnie, ale też o swoim zdrowiu. Mam trochę problemy z żyłami, to jest genetyczne, miałam tak w każdej ciąży. Myślę, że mój układ krwionośny i żyły piątej ciąży już nie wytrzymają, więc chyba na tym zakończymy.

zdjęcia: Aneta Zamielska