25.10.2020

Wywiadówka: Katarzyna Glinka

Kasia jest super. Po prostu super! Jest pełna uroku, luzu i radości. Bardzo miło spędza się czas w jej towarzystwie, dobrze się jej słucha. Jest silną, niezależną i świadomą swojej wartości kobietą. A mamą jest promienną, tak to słowo pasuje idealnie. Przeczytajcie i też to poczujcie.

Kiedy dowiedziałaś się po raz pierwszy, że będziesz mamą, co czułaś, co myślałaś?

Miałam 34 lata. To była późna ciąża, świadoma, bardzo tego chciałam. Jak się dowiedziałam, to miałam jednak straszne przerażenie z tyłu głowy, bo wiedziałam, że jakiś etap się kończy. Byłam przyzwyczajona, że to życie jest dla mnie, dla nas, że zarządzam moim światem, a dziecko przecież zmienia rzeczywistość. Wiedziałam, że zmienia, choć jeszcze nie wiedziałam, jak. A słyszałam niezbyt zachęcające rzeczy: Świat stanie na głowie! Wszystko się skończy! Przy drugim dziecku było jeszcze gorzej, mówiono mi: O matko! W tym wieku! Boże, współczuję. Te pieluchy, to wszystko…Ja bym już w życiu nie chciała. Faktycznie: dziecko to jest duża rewolucja, ale ten czas, kiedy ono bezgranicznie Cię potrzebuje, tak szybko mija… Ile to jest? 2 lata? W skali życia to bardzo mało. A to, ile się od takiego maluszka dostaje to jest niemierzalne, bezcenne. Więc jak się wtedy po raz pierwszy dowiedziałam, że będę mamą, słysząc te wszystkie historie, jak to nie będę miała niczego dla siebie, to faktycznie miałam taki moment, że się trochę wystraszyłam. Z jednej strony byłam tego bardzo ciekawa i czekałam, a z drugiej – było trochę lęku.

Jak już Filip pojawił się na świecie, to od razu pojawiła się też miłość do niego?

Tak było: to była miłość od pierwszego wejrzenia, od razu. Ciężko to wytłumaczyć… Ale mam porównanie, bo jak się pojawił mój drugi syn – Leo, to miałam inne odczucia. Ale Filip od razu był taki „mój”, bardzo go czułam, jakby urodziła się moja kopia. Nie byłam w stanie go od siebie oderwać, pokochałam go z automatu.

Jakie były wasze początki?

Trudnym etapem był początek karmienia: nawał mleka, bolące piersi… Ja mam taką głowę, że lubię mieć efekt w miarę natychmiastowy, więc bardzo trudne było dla mnie to, że to się nie udaje, że karmienie trwa bardzo długo, że Filip się nie najada… On jadł przez godzinę, potem pół godziny przerwy i znowu chciał jeść. Tak bardzo chciałam mieć czas na odpoczynek, że się spalałam w tym. To było męczące. W ogóle przy pierwszym dziecku pamiętam duże napięcie: naczytałam się książek i poradników, i zależało mi , żeby się wbić w schematy, żeby było tak jak w tych książkach. To pozbawiało mnie luzu i słuchania siebie. Chciałam jak najlepiej dla swojego dziecka i na pewno nie popełniałabym jakichś drastycznych błędów, a przez to, że robiłam „tak książkowo”, sama się zablokowałam. Dużo mnie to kosztowało psychicznie.

Dochodził do tego baby blues?

Tak, pierwsze trzy dni w domu przepłakałam. Pamiętam, że mój mąż zorganizował sobie pępkowe, a ja szlochałam: On sobie wychodzi, ma swoje życie, a ja nie. Oczywiście nie zostawiłabym dziecka, nie pozwoliłabym sobie na wyjście, na imprezę, bo potrzeba bycia z nim była najważniejsza, ale w głowie miałam jakieś takie rozdwojenie, sprzeczności: Dlaczego on może, a ja nie? Strasznie płakałam. Potem już sama nie wiedziałam, o co mi chodzi (śmiech). Filip miał też kolki: płakał codziennie od 16.00 do 20.00. Dwa miesiące tak przepłakał. Nie wiedzieliśmy, jak pomóc naszemu dziecku, wypróbowaliśmy wszystkich sposobów, a on i tak płakał. Głowa mi puchła, płakałam z nim. I ta świadomość, że jestem bezsilna wobec tego… Serce mi krwawiło.

Miałaś wtedy wsparcie od męża?

Tak, Przemek był wtedy i cały czas jest bardzo dobrym tatą. Pomagaliśmy sobie nawzajem, razem przez to przechodziliśmy. Oboje byliśmy bezradni, ale i emocjonalnie zaangażowani.

Pięć miesięcy temu urodziłaś drugiego synka. Jak byś porównała te dwa doświadczenia macierzyńskie?

Moje obserwacje są takie, że jest dużo łatwiej. W głowie mam dużo większą akceptację. Temat nie jest już nowy, znam obsługę dziecka, wiem, co będzie się działo. Od początku nie czułam też w sobie tego spięcia, które miałam przy Filipie. Dzisiaj mam nawet do siebie żal i wyrzuty sumienia, że wtedy nie słuchałam swojego dziecka. Mieliśmy np. taki moment, że Filip bardzo płakał po wieczornym karmieniu, odkładałam go do łóżeczka, on wciąż płakał. W książkach naczytałam się, żeby w takich sytuacjach nie brać dziecka na ręce, bo nauczy się tak zasypiać. Byłam przy nim, głaskałam go, ale trzymałam się tych rygorów… Dziś w życiu bym tak nie zrobiła. On miał wtedy 3 czy 4 miesiące, potrzebował bliskości. Poza tym, co jest złego w zasypianiu na rękach? Oczywiście: jeżeli mama czuje się tym zmęczona, to trzeba coś z tym zrobić, ale w tych pierwszych miesiącach życia dziecka, to jest tylko przyjemność: być tak blisko, dać mu siebie, ciepło, bezpieczeństwo… To jest piękne, po to jesteśmy. Dziś już to wiem i dużo bardziej słucham siebie, robię jak chcę, a nie jak jest gdzieś napisane, jak ktoś mówi czy radzi; robię to, co ja czuję. Nie jestem pozamykana w sztywnych ramach i to jest dobre i przyjemne również dla mnie samej. Jestem spokojna i wyluzowana. Nie chcę zdawać żadnego egzaminu i robić czegoś wzorcowo.

Jak Filip zareagował na brata?

Pojawiło się poczucie zagrożenia, bo jednak Filip 8 lat był sam, miał mamę na wyłączność. Jak rozmawialiśmy czasem na temat rodzeństwa, on bardzo świadomie zawsze mówił, że absolutnie nie chce go mieć, był bardzo kategoryczny. Więc to, żeby mu powiedzieć, było dla mnie stresujące. Pierwsza jego reakcja była taka, że się bardzo rozpłakał i zapytał: Dlaczego mi to zrobiłaś, wiedziałaś, że ja nie chcę. Ale kiedy podzieliłam się z nim tym, że sama nie wiem, jak to będzie, przyznałam mu się do swojego lęku i powiedziałam: Ja Ciebie kocham tak bardzo! Ja nie wiem, jakie będę miała uczucia do tego maluszka, bo ty jesteś dla mnie tak ważny. Nie wiem też, jak będzie wyglądał nasz świat, sama jestem w stresie i lęku…, to wiesz, że na niego to zadziałało? On nagle zaczął mnie przekonywać: Nie, mamo, będzie dobrze! Zaczął wykładać jakieś zabawki z szafy: Jak mam tutaj zabawki, mam książki, możemy mu je dać. Zaczął robić rysunki na powitanie Leo, planować imprezę. Poczuł się jak mężczyzna odpowiedzialny za to, żeby mi pomóc. Wyszedł z trybu, że to jest dla niego tragedia, to stało się dla niego wyzwaniem. Moja słabość okazała się pomocna. I naprawdę super tę ciążę ze mną przechodził: mówił do brzuszka, bardzo się interesował, był zaangażowany i pomocny. Jak zobaczył Leo, to na początku był zszokowany, nie spodziewał się, że będzie aż tak mały. I do dzisiaj nie widzę w nim w ogóle zazdrości. Filip jest bardzo empatyczny: jak Leo płacze, to krzyczy do mnie: Mamo, mamo, co my możemy zrobić, jak mu pomóc? Cały czas mówi, że go kocha i okazuje tę miłość, lubi brać go na ręce, dźwiga tego malucha… Fajnie się na to patrzy.

Leo ma innego tatę niż Filip, patchwork jest trudny? Jak się w nim odnajdujecie?

Wydaje mi się, że udaje nam się to fajnie składać. Wszyscy jesteśmy pogodzeni z sytuacją. Trochę czasu minęło, emocje opadły i potrafimy być dla siebie życzliwi i dobrzy. A dzieci to czują, w związku z tym czują się bezpiecznie. Z Przemkiem jesteśmy w dobrych relacjach, wychowawczo się wspieramy, mamy podobny sposób wychowania. Nie pozwalamy, żeby dziecko coś ugrywało na naszym rozstaniu. Filip ma fajnego wujka – Jarka, mojego nowego partnera – z którym może robić super rzeczy, a w tamtym domu jest partnerka mojego byłego męża, z którą Filip również ma bardzo dobre relacje i fajnie spędzają razem czas. Oczywiście jest to też trudne i dla mnie osobiście jest to dramat, że tak się wydarzyło, bo dużo lepiej byłoby, gdyby dziecko miało swoich rodziców w domu. Ale jeśli tak być nie może, trzeba z tej sytuacji wyciągnąć tyle dobrego, ile się da i patrzeć na plusy. A plusy są takie, że Filip ma dużo więcej atencji i miłości oraz bliskich osób, z którymi nawiązuje relacje.

Sama wspomniałaś, że początki z Leo było zupełnie inne niż z Filipem. Jak więc było?

Leo, od początku jak się urodził, był Jarka. Jak on go tylko zobaczył, zwariował, był jak zaklęty! Ja tak miałam z Filipem. A z Leo ten pierwszy miesiąc był dla mnie trudny emocjonalnie. Oczywiście tuliłam, opiekowałam się, wszystko robiłam jak trzeba, ale patrzyłam na niego i myślałam sobie: No nie mój dzidziuś! Nie wiem, może to hormony tym razem tak zadziałały? A może to było tak, że mając tak bliską relację z Filipem, sama miałam kłopot, jak się podzielić? Teraz tak sobie analizuję… Przez miesiąc rzeczywiście trochę się ze sobą boksowałam, a dziś to jest tak samo moje ukochane dziecko jak Filip. Niezwykłe to są uczucia, cudowne!

Jaki jest Filip?

Jest bardzo empatyczny, przywiązany do rzeczy, wrażliwy na przyrodę. Ma dokładnie to samo co ja: Ojej, ta dżdżownica sama sobie nie poradzi, trzeba ją przenieść. Wszystko, co pamiętam z dzieciństwa albo znam z opowieści, powtarza się w nim. Wiem, jak mu pomóc, wiem, co przeżywa. On bywa niezrozumiały przez otoczenie, a ja wiem, co czuje. Przez to nasza relacja jest taka niezwykła. Filip jest zbieraczem: zbiera kamyczki, patyki, pamiątki. Ja byłam taka sama. Byliśmy w górach, zostawił gdzieś patyk, który przypominał mu nogę słonia, wracaliśmy się na szczyt Trzech Koron, bo tak rozpaczał. A ja tak bardzo go w tym rozumiem, bo byłam dokładnie taka sama. No i trudno: wracaliśmy i znaleźliśmy nogę słonia.  Ma też charakter, potrafi trzasnąć drzwiami, jak mu się nie podoba. Uczę go rozmawiać o emocjach, potrafi już teraz powiedzieć: Przepraszam, że się tak zachowałem, ale byłem zły. To jest fajne. Jest też bardzo wycofany. Ja również bałam się ludzi i chowałam się za mamy nogą do 10 roku życia. Pamiętając tamte uczucia, nie staram się go forsować, ale rozmawiać z nim o tym. Dzięki temu jest mi łatwiej, bo czuję i rozumiem jego głowę. Z kolei Leo jest bardzo otwartym dzieckiem, cały czas uśmiechniętym. Jarek widzi w nim siebie, tak jak ja w Filipie.

Jak zmieniło Cię macierzyństwo po raz pierwszy i drugi?

Przy pierwszym razie odkryciem było to, że mam niewyczerpywalne, nieograniczone pokłady miłości, byłam i jestem w stanie zrobić dla dziecka wszystko. Macierzyństwo było dla mnie dopełnieniem, potrzebowałam tego, chciałam mieć dziecko, moje życie w jakiś sposób stało się kompletne. Pamiętam, że wtedy – przy pierwszym dziecku – zrzuciłam z siebie presję bycia w zawodzie, żeby się rozwijać, dużo robić, być i nie zniknąć, bo to jest tak bardzo cenne. Okazało się, że to w ogóle nie jest tak cenne, jak mi się wcześniej wydawało. Oczywiście chciałam pracować, by zachować zdrowy życiowy balans, ale ten świat domowy, świat z Filipem był bezcenny i to było super odkrycie dla mnie. Życie zwolniło, przestałam pędzić. Wszystko, co pojawiło się w moim życiu z związku z dzieckiem było 300 razy ważniejsze. Ciąża z Leo z kolei trochę nas zaskoczyła – to nie była planowana historia – ale też bardzo się ucieszyliśmy. Ja miałam niedosyt, zawsze marzyłam o dwójce dzieci, ale mój wiek – 42 lata – nie wskazywał na to, że jeszcze powinnam sobie na dziecko pozwolić. Dzisiaj zupełnie inaczej o tym myślę: mam poczucie, że to jest moje życie, że sama jestem kierowcą tego rajdowego samochodu, bo macierzyństwo to często jest rajdowy samochód, nie mam obciążeń w postaci tego, co trzeba, co i jak wypada. Opinie innych kompletnie mnie nie interesują. Jestem mega szczęśliwa w tym, co mam. Moje drugie macierzyństwo jest bardzo radosne.

Co jest dla Ciebie ważne w wychowaniu?

Żeby moi synowie mieli duże poczucie własnej wartości, żeby kontaktowali się ze swoimi emocjami, umieli je nazywać, żeby nie wstydzili się płakać. Bardzo mi się nie podoba podejście: Jesteś chłopcem, nie mazgaj się. Uważam, że to krzywdzące: chłopcy mają takie samo prawo do emocji jak dziewczyny. Będę starała się też ich wychowywać tak, żeby byli niezależni, żeby pępowiny były poodcinane, żeby byli ludźmi, którzy stoją na swoich nogach, a relacje między nami, jak będą już dorośli, były zdrowe. Nie chcę też wywierać na nich presji, że mają spełnić moje oczekiwania, że coś muszą. Chciałabym ich uczyć dyscypliny, ale w sposób nieobciążający, żeby nie czuli, że nie są dość dobrzy.

Zdarza Ci się wkurzyć, krzyknąć na Filipa?

Oczywiście, jestem tylko człowiekiem, mam też takie emocje. Ale potrafię też przeprosić. To jest ważne, żeby umieć to zrobić. Z drugiej strony Filip też wie, gdzie nacisnąć, żebym się zirytowała.

Jaką jesteś mamą?

Staram się być kimś, kto uczy, ale mimo wszystko jest też przyjacielem. Spędzamy dużo czasu na wspólnej zabawie. Kiedy jestem z dziećmi, jestem z nimi na 100%. Ale potrzebuję też mieć czas dla siebie, potrzebuję rozwijać się zawodowo, choć nigdy ich kosztem. Nie przyjmę 10 zleceń na raz, wiedząc, że wtedy nie będę miała czasu dla dzieci. Myślę, że to też  jest fajne dla Filipa, że on widzi, że mam pasję, że praca jest dla mnie ważna. Widzi, że jestem aktywna, chodzi ze mną na tenisa… Bo maluszek to jeszcze tego nie rejestruje. Dla niego ważne jest, żeby miał miłość i poczucie bezpieczeństwa.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

To jest największe wyzwanie, największa przygoda i ogromna odpowiedzialność. Najważniejsza rola w życiu.

Co jest dla Ciebie najtrudniejsze i najpiękniejsze w macierzyństwie?

Najpiękniejsze są te chwile, kiedy dostajesz tę bezwarunkową miłość, kiedy dzieci Ci ją okazują, mówią o tym. Ile włożysz, tyle dostajesz, nawet chyba więcej dostajesz. A najtrudniejsze dla mnie jest to takie balansowanie, jak powinnam, czy to jest dobre czy nie, wyznaczanie reguł, zasad, czy to nie jest jakieś nadużycie, czy nie zrobię dziecku krzywdy, traumy…To jest u mnie w głowie: szukanie tego balansu, żeby było zdrowo.

zdjęcia: Agnieszka Fojudzka