11.10.2020

Wywiadówka: Maria Winiarska

Pani Marysia jest cudowna! Charyzmatyczna, pełna werwy, poczucia humoru, ale też mądrości życiowej.  Na wywiad przyszła super przygotowana, z odręcznymi notatkami i stresem, co sprawiło, że i ja zaczęłam się przejmować.
Mam szczerą nadzieję, Pani Marysiu, że ten wywiad spodoba się Pani tak, jak Pani spodobała się mnie i spodoba naszym czytelnikom – nie mam co do tego wątpliwości.  Mam też pewność, że ta rozmowa jest niezwykle ważna i cenna, a jej bohaterka to najbardziej wyluzowana, szczera oraz przejmująca mama oraz babcia, z jaką przyszło mi mieć do czynienia.

Była Pani po 30-stce, kiedy urodziła pierwszą córkę. Na tamte czasy to było bardzo późno…

Rzeczywiście dosyć późno. Pierwszą córkę urodziłam w wieku 31, drugą – 36 lat. Jak patrzę z perspektywy, to myślę, że lepiej jednak mieć dzieci wcześniej, bo tak: mniejsze straty dla ciała na pewno, wszystko się lepiej – że tak powiem – cofa, mniej się człowiek przejmuje, a trzecia rzecz: ja jednak jak już miałam drugą córkę – Zosię, czułam zmęczenie. Nie byłam stara – 36 lat to młoda kobieta – ale jednak to wszystko bardziej na mnie działało. Mam bardzo dobry przykład, dobre porównanie, jak to być bardzo młodą mamą: moja mama urodziła mnie jak miała 19 lat, a Basię, moją siostrę, jak miała 20. I to było uważam super i pamiętam, jak zdałam maturę – miałam 18 lat, a moja mama miała wtedy 37. Będąc na pierwszym roku studiów, przedstawiłam jej Wiktora. On się tylko puknął z kolegą w ramię i powiedział: Ale dupa! Bo moja mama miała nogi do szyi, była super zgrabna, wesoła, wszyscy bardzo ją lubili; my z Baśką mogłyśmy jej buty czyścić. I to właśnie nasza mama namówiła nas, żebyśmy po skończeniu Szkoły Teatralnej założyły duet. Ja to specjalnie mówię, bo niektórzy z czytających mogą nas nie pamiętać albo zupełnie o tym nie wiedzieć. Nasza mama powiedziała: Dziewczynki, nie czekajcie na propozycje, zróbcie duet. Będziecie miały i satysfakcję, i pieniądze. Ona całe życie występowała na estradzie i myśmy się też tam wychowywały, za kulisami, tak jak Liza Minnelli (śmiech). To było nam bliskie. No i zaczęłyśmy występować razem. Teksty pisali dla nas: Jeremi Przybora, Wojciech Młynarski, Andrzej Strzelecki…Śpiewałyśmy w Kabarecie Starszych Panów, w telewizji i w Opolu. W latach 70-tych, 80-tych byłyśmy bardzo popularne. Potem brałyśmy udział także w programach dla dzieci. Ale nie o tym będę mówić…Muszę natomiast wspomnieć o mojej siostrze, bo moje macierzyństwo jest bardzo związane z jej macierzyństwem, ponieważ my – pomimo, że nie byłyśmy bliźniaczkami (między nami był rok i miesiąc różnicy), to wychowywałyśmy się jak bliźniaczki; prywatnie i zawodowo byłyśmy w symbiozie. Razem zaszłyśmy w ciąże, mało tego: miałyśmy jeden termin porodu. Wyjechałyśmy na koncert i Basię wieczorem coś mdliło, zaczęła straszyć muszlę. Ja mówię: Baśka, ty jesteś w ciąży?! Ona: Nie, raczej nie. Tak trochę przestaliśmy uważać, ale nie. Więc nie było tematu. Na drugi dzień dla odmiany ja straszyłam muszlę. Baśka do mnie: Ty jesteś w ciąży?! Ja na to: Też przestaliśmy uważać, ale nie, nie sądzę. Byłyśmy w rozkwicie kariery, więc nie miałyśmy głów do ciąż, ale to też nie było tak, że byłyśmy kategorycznie na nie. Jak wróciłyśmy do Warszawy, okazało się, że rzeczywiście jesteśmy w ciąży i mamy jeden termin porodu. Ucieszyłyśmy się jak cholera! Bo nie dość, że ciąże, to jeszcze razem, nie stracimy nic zawodowo, bo się urodzi za jednym zamachem, odchowa i wróci na scenę. Szczęście  w rodzinie ogromne! My kretynki kupiłyśmy nawet wózek dla bliźniąt, który kompletnie nie zdał egzaminu, mimo, że mieszkałyśmy jedna pod drugą. I jeszcze nazwałyśmy córeczki Ania i Hania, i to nam się oczywiście myliło. Los jednak chciał inaczej…Basia urodziła niepełnosprawną córkę, Anię. Był to straszny szok dla całej rodziny, i to uderzyło we wszystko: w nas, w naszą karierę… Ona już potem nie chciała występować, wycofywała się powoli, widziałam, że nie ma do tego głowy, chciała być po prostu z dzieckiem, tak to wyglądało. Ja dlatego o tym mówię, bo przez całą naszą rozmowę będzie się przewijać temat mojego macierzyństwa i macierzyństwa Basi z bardzo chorym dzieckiem. Ja przez całe jej życie – ona odeszła 18 lat temu – obserwowałam, jak to jest urodzić i potem wychowywać dziecko niepełnosprawne.

Bała się Pani macierzyństwa? Miała jakieś wątpliwości? 

Żadnych. Ja się bardzo, ale to bardzo z tego cieszyłam, nie przeszło mi nawet przez myśl, że mi albo Basi może urodzić się chore dziecko. Miałam zero wiadomości na temat ciąży, porodu, karmienia, co się potem dzieje. Szłyśmy z Baśką na ślepo, tak jak nam dyktowało serce, byłyśmy bardzo szczęśliwe. Dzisiejsze mamy są o wiele mądrzejsze niż my wtedy, bo mają książki, fitness kluby, mają modę na żywienie wegetariańskie, blogi, z których mogą się uczyć. Wiedzą, jak się żywić przed ciążą, w trakcie ciąży, jak dbać o siebie, jak się gimnastykować, mogą nie doprowadzić do tego, żeby nadmiernie przytyć. W moim pokoleniu było coś takiego: Jesteś w ciąży? Jedz za dwóch, nowe życie dajesz. Karmisz? Jedz za dwóch, dziecko musi być zdrowe. I tyło się po 30 kilo. To było okropne. Boże! Jaka ja byłabym teraz mądra, jaką byłabym lepszą matką! Jak ja bym nie utuczyła mojego dziecka! Był stan wojenny, nie było niczego. Odżywki szły z krajów arabskich, przez kościół. Dostawałam puszki z opisem po arabsku, nie wiedziałam, co tam jest i tym Hanię żywiłam: mlekiem z mąką. A potem ona miała problemy. Na szczęście sport pomógł jej z nich wyjść. Dziś matki mają pieluchy jednorazowe, czego im serdecznie zazdroszczę. Jak nie lubią gotować czy nie potrafią albo nie mają czasu, mają słoiczki. U nas tego kompletnie nie było. I bardzo mi się też podoba, że dziewczyny teraz, nie są głupie i nie są gapy, bo wciągają mężów w robotę przy dziecku. Jest część facetów, która idzie w to od razu, ale to jest naprawdę rzadkość. Moja pierwsza córka – mówię na nią „Hania Brazylijka” w pewnym momencie zmusiła męża do przewijania, bo on czekał z gównem aż ona wróci, bo miał odruch wymiotny. Oczywiście nie było tak, że pół dnia czekał, ale jak wiedział, że za 15 minut ma przyjść, to udawał, że nic się nie stało. Ona powiedziała: Nie kochany, tak nie będzie. Proszę to wyjąć! Ja byłam wychowana – i troszkę to przeniosłam na swój dom – że mężczyzna zarabia, a kobieta zap@#%dala. To było tak po rodzicach i dla mnie to było normalne, oczywiste. Mój ojciec był lekarzem, pracował na trzech posadach, a młoda mama prowadziła dom. I we mnie to zostało jakoś tak zaszczepione. A teraz właśnie podoba mi się, że dziewczyny mówią: Ty jesteś moim partnerem, musimy równo lecieć. Tak jest mądrze i tak trzeba. Ja rodziłam w stanie wojennym, to był horror nie poród. No ale: urodziłam, Basia urodziła, weszłyśmy w to jak w masło, zawód w odstawkę, ale myślałyśmy, że nic nie stracimy, odchowamy dzieci i dalej będziemy działać. Nie rozumiem tego, co się stało z Anią… Ona urodziła się zdrowa, ale po pół roku okazało się, że ma porażenie mózgowe – to była epilepsja wieku niemowlęcego.

Jak wyglądały Pani początki jako matki? 

Ja bym to nazwała słodkim horrorem, bo byłam kompletnie nieprzygotowana do życia w rodzinie. Nic nie wiedziałam o posiadaniu dziecka. A tu tak: mąż zapracowany, przychodzi do domu głodny, ja kompletnie nie umiałam gotować, nie lubiłam tego – to poszło w genach po mojej mamusi. Tu rycząca Hania, 3 miesiące kolek… Dzwoniłam do mamy: Mamo, jak się robi pomidorową? Jak się robi ogórkową? Płakać mi się chciało. Dla mnie to była straszna rewolucja. A teraz, uwaga, opowiem o pieluchach dawniej a dziś. Dziś mamy pieluszki jednorazowe. Jak ja zazdrościłam Maryli Rodowicz! Nie wiem, czy to jest prawda, ale szły ploty – bo ona rodziła w podobnym okresie co ja – że mąż w prezencie kupił jej za granicą ciężarówkę pieluch jednorazowych. No może nie ciężarówkę, ale mały samochodzik. Przepraszam, jeżeli to była plota. A u nas odbywało się to w ten sposób, że tzw. „dwójeczkę” brało się nad sedes i nożem zeskrobywało. Potem się pieluchę przepierało i gotowało, a następnie mąż musiał prasować. Wiktor powiedział, że prasowanie to najgorsze i najgłupsze zajęcie, jakie go w życiu spotkało, bo nawet myśleć przy tym nie można.

No właśnie: jak Pan Wiktor sprawdził się w roli ojca? 

Wiktor rzeczywiście bardzo się starał i tu nie chciałabym za mocno po nim pojechać, bo on np. twierdzi, że chodził na spacery bardzo często, a ja uważam, że chodził nie bardzo często, ale wybierzmy złoty środek i niech zostanie, że chodził. Z nim to jest tak, że on musi mieć cel spacerowania. Dla niego spacerowanie to jest obrzydliwa rzecz, nuda totalna bez celu. Mieszkaliśmy w centrum Warszawy, brał wózek z Hanią, szedł na Legię i oglądał mecze tenisowe. Później jak przeprowadziliśmy się do Konstancina, to zimą chodził z dziećmi nad zamarznięte glinianki i patrzył jak łowią ryby spod lodu. Do tej pory została mu ta niechęć do spacerów. Ale nie mogę powiedzieć: pomagał, angażował się tyle, ile mógł. I tak reasumując: nie był najlepszą nianią, natomiast zaczął się coraz lepiej spisywać, kiedy dziewczynki były starsze. Ja mam nawet takie myślenie, że Wiktor mógłby być lepszym ojcem niż ja matką. Ja jestem stekiem niekonsekwencji: te błędy, które popełniłam przy pierwszym dziecku, poleciały przy drugim. On jest konsekwentny do bólu. Dalej: ja odrabiałam lekcje z dziewczynkami, przez co nie miałam na nic czasu, byłam zmęczona i gówno się z tego dowiedziałam, bo to już było poza mną, on mówił: Po co to robisz? Niech się same uczą. Niech się nauczą samodzielności. Niech się nauczą uczyć. I miał świętą rację. Ale ja wtedy myślałam, że muszę. Dalej: ja mamusia głupia: Jedzcie buraczki. Jedzcie szpinaczek. A on: Po co? Po cholerę? Jak będą głodne, same przyjdą. I znowu miał rację. One weszły mi na głowę, bo byłam za dobra, Wiktor powiedział słowo – natychmiast było wykonane. Bo faceci nie włażą w ojcostwo tak jak my w macierzyństwo i to jest w sumie mądre, wynika to troszkę z ich egoizmu, żeby sobie dupy nie zawracać tymi dziećmi i życia nie komplikować: Nie je, to nich nie je, ja sobie poczytam gazetę. Czegoś nie chce robić, niech nie robi, ja sobie obejrzę telewizję. I to wychodzi dzieciom na dobre. Nasze córki, jak już były starsze, to mi powierzały sekrety, a z Wiktorem poruszały poważne tematy np. zawodowe. Zosia zawsze się go radziła i dobrze na tym wychodziła. Jak były głodne, to do mamusi, jak nie miały kasy – to do tatusia. Dobrze, że je wychowywaliśmy razem, bo była jakaś równowaga: to, co ja napsułam, on nareperował i odwrotnie. Wiktor nasze dziewczynki bardzo kocha, wspiera, martwi się, cieszy z ich sukcesów. One wiele cech odziedziczyły po nim; tych dobrych, ale też i złych. Podsumowując: on może nie był wtedy ojcem wylewnym, ale dobrym. W sumie to go pochwaliłam, co? Bo okazało się, że on był ten rozsądny, a ja dzięcioł.

Co macierzyństwo w Pani zmieniło, jak Panią zmieniło?

Bardzo mnie zmieniło, przewartościowało moje życie: dobro dzieci, ich wychowanie stanęło na pierwszym miejscu. Nawet powiedziałabym, że chyba za bardzo w to weszłam. Tak weszłam, że już bardziej nie można. Przestałam myśleć o sobie, myślałam tylko o dzieciach. Zagubiłam się w tym wszystkim. No ale taka już jestem…Przypomniało mi się, jak robiliśmy dyplom w Szkole Teatralnej z Hanuszkiewiczem. Miałam wtedy 22 lata i Hanuszkiewicz powiedział, że dla niego kobieta, która urodzi dziecko, jest już stara. Ja myślałam, że dam mu z liścia, bo mi się to strasznie nie spodobało. A teraz gdzieś rozumiem, o co mu chodziło. Nie o to, że ona jest stara fizycznie, tylko, że zmienia myślenie: nie teatr, nie sztuka są dla niej ważne, ale dziecko. I chyba miał rację, tylko mógł to ładniej powiedzieć, wyjaśnić. I teraz znowu muszę wrócić do Basi: mnie cały czas macierzyństwo zmieniało, udowadniało mi coś, bo ja cały czas miałam ją przy sobie i patrzyłam, jak wygląda też macierzyństwo z chorym dzieckiem. Jakie to było przykre i ile ją to zdrowia kosztowało! Taki obrazek pamiętam, mocno go zapamiętałam, bo był bardzo bolesny: Wiktor zawsze marzył, żeby nasza starsza córka Hania dobrze grała w tenisa i rzeczywiście grała, nawet zdarzyło jej się być na jedynce w dziecięcych rozgrywkach. Miały wtedy z Anią nie wiem po 6 może 7 lat i Wiktor uczył Hanię grać, gdzieś na wakacjach. Z daleka idzie Paweł Wawrzecki, mąż Basi, z tą tak ledwo chodzącą Anią… Stanął przy tej siatce, popatrzył i odszedł. To tak strasznie utkwiło mi w pamięci…Spojrzałam i wiedziałam, co ten facet myśli, co czuje. Nie mogę macierzyństwa Basi oddzielić od mojego, bo myśmy były cały czas razem. Ja miałam nawet wyrzuty sumienia, że jej nie pomagałam. Już nie mówię przy drugim dziecku, bo przy drugim to już było u mnie „po ptokach”, kompletnie byłam zarobiona. Natomiast przy pierwszym chciałam jej jakoś pomóc, ale nie umiałam, nie dawałam rady.

Pięć lat po Hani na świat przyszła Zosia. Czym różniło się to drugie doświadczenie macierzyństwa od pierwszego? Za drugim razem było łatwiej, bardziej świadomie?

Zacznę od tego, że było łatwiej, bo nie było już tego wariactwa: nie było sterylizacji, prasowania pieluszek, nie było używania tony śpioszków, tylko 2-3-najłatwiejsze i najwygodniejsze do założenia. Była jakaś mądrość i spokój. Ale było też trudniej, dlatego, że byłam starsza o 5 lat i jednak odczuwałam trudy nieprzespanych nocy i chyba byłam mniej miła dla Zosi jak ryczała. Jak ona się urodziła, to był szok. Przynieśli mi osobę ze szczotką włosów na głowie. Czarnych włosów. Pytali mnie, kto jest ojcem, czy może jakiś Włoch? (śmiech). To było coś niesamowitego! Ale generalnie wszystko było podobnie: tak samo miała kolki przez 3 miesiące, tak samo noce zarywałam, te same błędy popełniałam. W związku z tym ja –na własną prośbę – miałam przechlapane nie 3 lata, ale 6 lat życia. Zero konsekwencji i 6 lat w dupę. Ale nie żałuję ani chwili z macierzyństwa. Nie mogę sobie tylko darować wielkiego błędu, jaki popełniłam: jak urodziła się Zosia i piłowała buzię po nocach, ja w swojej nieświadomości nie wpuszczałam Hani do sypialni, przeganiałam ją… I źle robiłam, bo powinna być z nami, spać z nami, pomagać przy małej. A ja Hance jak starszej pani: dałam pokój obok i powiedziałam: Śpij tutaj, bo inaczej się nie wyśpisz. Jeszcze męża na straży stawiałam, żeby nie wchodziła do nas! Totalna głupota. Może również w wyniku tego przez wiele lat była między dziewczynkami potworna zazdrość. Więc przed tym wszystkim przestrzegam, ale – jak Boga kocham – nie wiedziałam, że źle robię, a intuicja w tym wypadku zawiodła. Żałuję jeszcze jednej rzeczy: moja mama mi mówiła: Cudnie jest mieć dzieci rok po roku. Najpierw jest horror, a potem się razem bawią i jest święty spokój. I jeżeli bym mogła cofnąć czas, to chciałabym mieć drugie dziecko wcześniej, tak do 3 lat różnicy. Między nimi było 5 lat i Zośka kablowała na Hankę, Hanka chciała ją uciszyć, miała łokieć na wysokości jej szyi i Zosia wylądowała w szpitalu z kręczem szyi… Więc mniejsza różnica może jest lepsza, bo się mniej biją? Kiedy zaczęły wreszcie łapać kontakt, to Hania wyjechała do Brazylii… Widzę, że jedna drugą wspiera, jak któraś z nich ma problem, to długo rozmawiają przez skype’a czy telefon, ale siłą faktu jest to rzadziej, bo są oddalone.

Hania wyjechała na wymianę studencką?

Ona pojechała na Erasmusa do Hiszpanii, bo wtedy była moda na naukę hiszpańskiego. I tam zakochała się w swoim obecnym mężu, który przyjechał uczyć się hiszpańskiego z portugalskojęzycznej Brazylii. Teraz mieszkają w Brazylii z dwiema moimi wnuczkami: 7,5 letnia Niną, i 3,5 letnią Milą. Gdybym mogła cofnąć czas, to bym nie puściła Hani do tej Brazylii, chociaż wątpię, czy by mnie posłuchała… Więc taki jeszcze apel do rodziców: nie puszczajcie dzieci za granicę na żadne Erasmusy, bo potem wam wyjadą jak moja Hania.

Udawało się Pani łączyć życie zawodowe z macierzyństwem? 

To było trudne. Przede wszystkim było trudne przez chore dziecko Basi. Kluczowa tu była pomoc moich rodziców, którzy byli automatycznie przydzieleni do chorej Ani. Mnie natomiast pomagała mama Wiktora, bardzo pomagała. Później jak Hania była już starsza, żeby odciążyć teściową, wzięłam sobie nianię i dzięki niej mogłam pracować zawodowo. Występowałyśmy z Basią dla dzieci, ale było tego coraz mniej. Moje córki były tak dumne ze mnie! Mówiły, że nikt nie ma takiej mamy, która jeździ na miotle i śpiewa o czarownicach. Matki dzielą się na dwa rodzaje: jedne świadomie rezygnują z pracy i oddają się tylko macierzyństwu i bardzo dobrze, jeżeli tak chcą. Ja natomiast  należałam do tych, które modliły się tylko o to, żeby wyjść z domu do pracy, żeby się wyrwać. Bo to uważam dobrze działa na psychikę kobiety: musisz o siebie zadbać, masz swoje pieniądze, po powrocie jesteś bardziej stęskniona za dzieckiem, pobawisz się chętniej. Jeżeli jest dobra organizacja, mamy pomoc i kasę – bo nie oszukujmy się, pieniądze to ułatwiają – to da się te dwa światy pogodzić. I u nas to było tak: że najpierw my jako duet utrzymywałyśmy dom, a później z latami to się zmieniło: Paweł z Wiktorem zrobili większe kariery, a my się wyciszyłyśmy. Wyszło po równo. Basia odchodziła z zawodu powoli, ale odchodziła. Ja byłam tak przerażona, że nie będę pracować z siostrą, że myślałam, że sama nie będę w stanie nic zrobić. Teraz tego bardzo żałuję, że zrezygnowałam z zawodu. Tzn. ja go gdzieś tam uprawiałam, bo grałam w „Klanie” i jakieś inne poboczne rzeczy robiłam, ale z najważniejszej rzeczy –  i tego nie mogę sobie darować –  z teatru zrezygnowałam! A uważam, że byłabym naprawdę dobrą aktorką. Gdybym miała doświadczenie, rutynę, nie miałabym tego stresu, który mam dziś. Teraz raptem po 30 latach niegrania dostałam od Krysi Jandy propozycję roli w spektaklu „Lekcje stepowania”. To, co ja tam przeszłam, to był horror, potworny stres po tylu latach. Ale udało się: dobrze zagrałam, byłam przeszczęśliwa! Teraz jeszcze gorzej: propozycja Emiliana Kamińskiego: „Metoda na wnuczka” – nie schodzę ze sceny przez dwa akty! 40 lat temu myślałabym, że Pana Boga za nogi złapałam, a teraz taki stres na stare lata! Oczywiście cieszę się bardzo, ale też mam poczucie, że za późno trochę… Ale powiem Wam, dlaczego ja też to robię: bo nie chcę być babcią siedzącą przed telewizorem, martwiącą się, że jakieś choroby mnie biorą i myślącą:  No tak, czas do piórnika. Nie, nie chcę być taka. Przyjmuję więc wyzwania i będę pokonywać trudności po to właśnie, żeby działać, żeby być aktywną.

Najtrudniejsze momenty macierzyństwa i te najpiękniejsze według Pani?

Najpiękniejsze to narodziny obu córek, kolejne etapy ich rozwoju: jak zaczęły chodzić, mówić… Wielkie przeżycie, jak Hania poszła do pierwszej klasy w fartuszku i z dużymi kokardami… Ja pamiętam, że płakałam. To było coś nieprawdopodobnego! Potem radość z sukcesów, śluby, wesela; tak jak u wszystkich. A najtrudniejszy moment to ten cios i szok, kiedy dowiedziałam się, że dziecko Basi jest chore, bo to wszystko działo się przy mnie, to przydarzyło się mojej siostrze, którą bardzo kochałam. Ona cały czas była obok, wszystko było porównywane: Hania to zrobiła, a Ania nie… Ania zaczęła chodzić jak miała 7 lat, mówić jeszcze później… Przykre to było dla mnie bardzo.

Jaką Pani jest mamą?

Jestem mamą zwyczajną, normalną. Uważam, że wiele rzeczy mogłam zrobić lepiej i popełniłam dużo błędów, ale zdaję sobie z nich sprawę i to jest najważniejsze. Można przecież było poprowadzić dziewczynki gorzej – pocieszam się. Jestem mamą szczęśliwą, bo Hania i Zosia urodziły się zdrowe, są zdrowe. Będę to zawsze powtarzać.

Z czego jest Pani najbardziej dumna jako mama?

Chyba z tego, że instynktownie udało mi się przekazać moim córkom to, czego nauczyła mnie moja mama, w efekcie czego one są fajnymi, dobrymi ludźmi. Kochają życie, kochają ludzi, zwierzęta, rośliny, wszystko, co się rusza. Jak są osoby, którym trzeba pomóc, to pomagają. To jest dla mnie najważniejsze. Wszystkie inne rzeczy wyszły lepiej lub gorzej, ale to naprawdę mi się udało.

Widzi Pani w swoich córkach odbicie siebie, swojego męża?

Widzę! „Hania Brazylijka” psychicznie jest zdecydowanie bardziej podobna do mnie: jest rannym ptaszkiem, jest zorganizowana. Zosię natomiast można położyć w Sevres pod Paryżem jako wzorzec Wiktora Zborowskiego. To jest niebywałe, bo ona i fizycznie jest do  niego podobna, i maść ma po nim – choć oczywiście jest ładniejsza – ma również Wiktora złośliwą inteligencję. Ja bardzo to u niego cenię, ale nie bardzo lubię, jak się po mnie jedzie, a szczególnie, jak razem usiądą np. w samochodzie, ja prowadzę i uda mi się wjechać w jakąś dziurę… Wtedy szydząc, mówią jedno przez drugie: O tutaj mamy jeszcze jedną dziurkę, a tam po lewej są jeszcze dwie, większe. I cieszą się jak dzieci, że robią ze mnie wiatrak. Generalnie dziewczyny są pomieszane, ale obie są bardzo wrażliwe. Dobrze, że wzięły trochę cech ode mnie, trochę od Wiktora, bo wyszedł z tego całkiem fajny miks. Co do Zośki, to jestem zszokowana, że umie i lubi gotować, bo nie miała po kim tego przejąć.

Dostała Pani od dorosłych już córek jakąś informację zwrotną a propos Pani macierzyństwa: „To zrobiłaś świetnie jako mama, a to nam się nie podobało”?

Nawet teraz, kiedy jestem już „starowin lubuski” jak mówi na mnie mój mąż (to taka wódka), słyszę, że są ze mnie dumne. Chociażby dlatego, że mam Instagrama i 106 tysięcy osób mnie tam obserwuje. Ale są też bezlitosne i ganią mnie za różne błędy. Pozwolicie, że nie będę się tym chwalić. Natomiast podoba mi się to, że to Zosia wytyka mi zwykle, co źle zrobiłam w stosunku do Hani, a Hania mówi mi z kolei, co nie tak zrobiłam w stosunku do Zosi i to jest fajne. Ostro jadą po mnie i stają w swojej obronie. Często też jest tak, że nasze niezrealizowane marzenia przekładamy na dzieci. Mój tata tak kochał Chopina, że zmuszał mnie i moją siostrę do gry na pianinie, a Wiktor Hanię trochę do tenisa. Ona potem nam powiedziała, że wolałaby tańczyć… Dziś dopiero realizuje tę swoją pasję. Zosi już na szczęście niczym nie zajeżdżaliśmy. Sama obejrzała, jak stepuje Fred Astaire i poprosiła, żeby zapisać ją na lekcje stepowania. Także apeluję: dawajcie dzieciom możliwość wyboru.

Jakie to były emocje, kiedy została Pani babcią? 

Był to dla mnie podwójnie trudny moment, bo nie dość, że moja córka rodziła pierwszy raz, to jeszcze rodziła daleko, w innym świecie, w obcym mi kraju. Byłam tam bez Wiktora, bo on grał spektakle. Spędziłam z nią 3 miesiące, 3 miesiące w upale, w tropiku… Było mi przykro, że to nie u nas. Było ciężko, Hania miała bardzo dużą laktację, przypomniały mi się rady babci: okłady z kapusty itd. I to skutkowało. Były też kolki przez 3 miesiące… Ogromne emocje i zmęczenie: cieszyłam się, wzruszałam, płakałam, przytulałam małą, przewijałam, odbekiwałam, śpiewałam jej polskie piosenki, całą miłość przelałam na nią. Ja jej naprawdę poświęciłam ten czas i było mi potwornie smutno, jak musiałam wyjechać, zostawić biedną Hanię z tym wszystkim. Jestem babcią ciągle czekającą, mamą na odległość i to jest słabe. Moja teściowa, jak jeszcze żyła, powiedziała: Wiesz Haniu, tak daleko wyjechać to jest tak jakby trochę umrzeć. To jest smutne, ale też prawdziwe… Życzę Hani jak najlepiej, kocham ją, myślę o niej bezustannie, ale ona jest tam, tutaj jej nie ma. Bardzo mnie to wzrusza i boli, że jest tak daleko. Bycie matką i babcią na odległość jest do luftu! Nie życzę tego nikomu.

Jaki wymiar ma bycie babcią w porównaniu do bycia mamą?

Dla mnie babciowanie jest przedłużeniem macierzyństwa. Jest łatwiej, bo za własne dzieci jesteśmy w 100% odpowiedzialni, a wnuki możemy w miarę rozsądku rozpieszczać i to jest fantastyczne. I nawet złości mnie to, bo wychodzi, że Wiktor jest lepszym dziadkiem ode mnie, bo on tylko tak: Ninusiu, ja Cię tak kocham! Cały czas jest przy niej, cały czas ją tuli. A ja, jak one przyjeżdżają, to jestem tą gorszą babcią, bo tradycyjnie: Zjedz buraczki, zjedz szpinaczek. Te same emocje i obawy, co przy własnych dzieciach. Ale jest mi łatwiej z wnukami, bo mam już doświadczenie, jakąś mądrość. Chociaż z buraczkami znowu się narzucam! I jeszcze taka mała rada, żebyśmy nie strofowały tych młodych rodziców: A zrób to tak! A nie rób tak! Nawet jak mają popełnić pewne błędy, niech je popełnią, nauczą się. Nie włączajmy się za dużo – mówię to też do siebie – zwłaszcza jak widzimy wnuki raz na pół roku albo rzadziej. Nic to nie da. Ja byłam nadaktywna, zostałam parę razy zmieciona z powierzchni ziemi i dałam sobie spokój. My babcie jesteśmy od mądrego rozpieszczania.

Czym jest dla Pani macierzyństwo – w ramach klamry i podsumowania?

Jest to najpiękniejsza rzecz na świecie. Nieważne, w jakim wieku się rodzi: czy jako „starowin lubuski” czy jako 19-latka. Ważne, żeby dziecko było przez kobietę chciane, bo wtedy jest szczęście. Jeżeli nie chce się mieć dziecka, bo są też takie kobiety, to należy je zrozumieć, a nie ganić. Ich sprawa, ich prawo. Może nie mogą, bo mają jakąś chorobę genetyczną przenoszoną na dzieci? Znam takie przypadki. Może nie mają warunków i boją się? A może zwyczajnie nie mają takich potrzeb? Natomiast jeżeli chce się mieć dziecko, a nie można… Boli mnie, że obecny nasz rząd odebrał parom dofinansowanie poczęcia upragnionego dziecka metodą in vitro. To nie jest w porządku, tak być nie powinno. Macierzyństwo jest przepiękną rzeczą i szkoda mi tych wszystkich młodych ludzi, których teraz na to nie stać. Ja uważam, że nieważne czy są małżeństwem, czy są parą, jeżeli tego chcą, to trzeba im pomóc. In vitro na całym świecie jest refundowane i tak też u nas być powinno. A motywacja, dlaczego odebrano możliwość posiadania dziecka tą metoda, jest rodem ze Średniowiecza. Po prostu wstyd i żal! Tak to zakończę.

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy restauracji Kuźnia Kulturalna.

zdjęcia: Aneta Zamielska