14.03.2021

Wywiadówka: Maryla Rodowicz x Anna Lewandowska

Maryla Rodowicz – niekwestionowana królowa polskiej piosenki i estrady. Czy również królowa matka? Sprawdzamy!

Anna Lewandowska: Pamięta Pani ten moment, kiedy dowiedziała się o tym, że zostanie mamą? 

Maryla Rodowicz: Dwójki pierwszych dzieci nie planowałam. Jak dowiedziałam się, że jestem w pierwszej ciąży, to był szok. Przyjechała do mnie moja mama, a ja powiedziałam jej o tym na ulicy – do dziś pamiętam dokładnie w którym miejscu – i zaczęłam płakać. Ona też zaczęła płakać, tyle że ze szczęścia. Ja byłam przerażona. Mama zadeklarowała się, że mi pomoże. Kupiła mi pralkę – słynną Franię, a potem spędziła ze mną pierwsze pół roku życia mojego syna, Jasia. Jak wyjeżdżała, to dopiero był płacz! Obawiałam się, jak to będzie, czy sobie poradzę. Ale mama odwiedzała mnie często i bardzo nam pomagała. Zanim zaszłam w pierwszą ciążę, nie przepadałam za dziećmi. Nie rozumiałam zachwytu nad nimi i tego zjawiska, że idzie matka z wózkiem i wszyscy się nachylają i cmokają nad bobasem. A potem…? Pamiętam, że wracałam ze Stanów Zjednoczonych, będąc już w ciąży, i nagle byłam tak wrażliwa na płacz dzieci, że mi  łzy leciały. Zaczęłam na nie zupełnie inaczej reagować. Macierzyństwo sprawiło, że miałam dużo więcej empatii, a moje dzieci stały się dla mnie najważniejsze.

A.L.: To prawda, dzieci potrafią zupełnie przewartościować życie. Początek macierzyństwa jest wyjątkowym momentem, ale również sam poród. Rodziła Pani naturalnie?

M.R.: Tak. Jaśka  rodziłam 17 godzin. Przyszedł do mnie położnik, na co ja: Błagam, niech mnie Pan rozetnie! Poklepał mnie po nodze i powiedział: Urodzimy dołem. Myślałam sobie: Urodzimy? Kto urodzi? Daj Pan spokój!

A.L.: Ja moją pierwszą córkę rodziłam 28 godzin…

M.R.: O, to jesteś lepsza ode mnie!

A.L.: A drugą –  28 minut.

M.R.: Tak? No nie! Moja Kasia też szybciej się urodziła, ale nie było lekko. To był bardzo bolesny poród, lekarze musieli pomóc mi ją po prostu wypchnąć. Bardzo to przeżyłam. Jędrek z kolei urodził się w 2 godziny, mimo że przy trzecim dziecku nie miałam przecież już takiej siły fizycznej, której wymaga poród i te wszystkie parcia.

A.L.: Jak sobie Pani radziła jako świeżo upieczona mama? 

M.R.: Jasiek urodził się w ‘79 r. na skraju stanu wojennego. To nie były łatwe czasy, a ja byłam matką amatorką: nic nie wiedziałam i nic nie umiałam. Byłam też niespokojna, on źle spał, a ja nie wiedziałam, jak mu pomóc. Teraz wiem, że on był niespokojny, bo ja byłam niespokojna. Miałam od koleżanek bardzo dużo książek i wszystkie były otwarte na rozdziale: płacz dziecka. Mój syn nie spał przez 2 lata, często płakał. Leżał w łóżeczku z otwartymi oczami godzinami, ja się tym stresowałam i nosiłam go całe noce, żeby w końcu zasnął. Łapał mnie wtedy za włosy i mi je wyrywał. Potem kupiłam czepek kąpielowy, taki ze sztucznymi włosami. Nakładałam go na dużego misia i on je sobie skubał. Ale wcześniej było noszenie na biodrze i śpiewanie: Luli luli luli… Ale ten okres kojarzy mi się też z zapachem mleka i pary. Pieluchy gotowało się wtedy w wielkim garze w mydlinach i ten zapach zamieniał dom w jakąś średniowieczną pralnię. Potem te pieluchy trzeba było płukać i wieszać, żeby wyschły. Czasem, jak była duża wilgotność powietrza, one nie schły, więc trzeba było je suszyć żelazkiem. To było wyzwanie. 

A.L.: Znam te historie z opowieści babci i mamy. Z drugim dzieckiem, z Kasią było łatwiej?

M.R.: Przy Kasi byłam już spokojna, wiedziałam, z czym to się je, a spokojna matka to spokojne dziecko – u mnie to się sprawdziło. Miałam taki patent, że usypiałam ją na balkonie, śpiewając piosenki, które pamiętałam z dzieciństwa, bo śpiewały mi je mama i babcia np. „Był sobie król”. Gdy tylko robiłam przerwę, Kasia natychmiast szeroko otwierała oczy, nagle oczy jak spodki: Co jest? Matka śpiewaj! Pamiętam wakacje, było gorąco, córka miała 4 miesiące, syn 2 lata; zapytałam znajomego, gdzie można pojechać z dziećmi. To był stan wojenny, więc to nie było takie proste i oczywiste. Powiedział, że ma znajomą, która w Świebodzinie ma pensjonat i tam mogłabym pojechać. Zabrałam więc dzieci na wakacje aż pod niemiecką granicę. Jeździłam wtedy polonezem – z dwójką dzieci, na dachu wanienka, wózek…No wóz cygański! I nagle: kupa! Musiałam się zatrzymać w pierwszej mijanej wiosce. Zapukałam do domu: Przepraszam bardzo, czy mogłabym u Państwa wypłukać pieluchę? Słyszę: A tak, proszę sobie nabrać wody ze studni i wypłukać. Więc kręciłam korbą, wiadro jechało do góry, płukałam pieluchę. A mogę podgrzać mleko? I tak całą drogę – od wsi do wsi, tutaj pielucha, tam mleko. 

A.L.: To był zdaje się już czas, gdy była Pani bardzo rozpoznawalna. Poznawali Panią?

M.R.: Oczywiście, przecież „Małgośkę” śpiewałam w ‘73 roku. Poznawali, ale co miałam zrobić? Byłam zdesperowana, musiałam przecież przewinąć córkę, nakarmić dzieci. 

A.L.: Karmiła Pani piersią?

M.R.: Tak, wszystkie dzieci, minimum pół roku każde. Pamiętam, że grałam koncerty, patrzę, a ja mam cały kostium mokry. Ręcznie to mleko odciągałam.

A.L.: No właśnie, jak udawało się Pani łączyć scenę z macierzyństwem? Ja przez pierwszy rok życia Klary brałam ją ze sobą wszędzie. Teraz, kiedy mam dwójkę dzieci, to wydaje mi się już zupełnie niemożliwe.  

M.R.: Miałam opiekunkę,18-letnią dziewczynę z Mazur, która spędziła z nami 13 lat. To były czasy, kiedy bardzo trudno było znaleźć nianię, ja miałam szczęście. Krysia zaczynała u mnie jako młoda dziewczyna. Jak zaszłam w drugą ciążę to zaczęła płakać: Chcecie mnie znowu zatrzymać! Wiedziała już, że zostanie, że mnie nie zostawi, była bardzo oddana swojej pracy i bardzo związana z dziećmi. W stanie wojennym w Polsce wszystko stało, tak jak teraz w pandemii, ale ja w latach ‘81-‘85 grałam trasy koncertowe w Rosji i to takie po 60 koncertów rocznie. Jechałam na trasę wiosenną, wracałam na 3 miesiące i znowu wracałam jesienią na kolejne koncerty. Nie zabierałam dzieci, bo to były 2 miesiące spędzone w hotelach, samolotach, co chwila inne miasto. Zostawały wtedy z opiekunką. 

A.L.: A mąż? Pomagał Pani w opiece nad dziećmi?

M.R.: On miał swój teatr w Krakowie, tam mieszkał. Teatr był dla niego wszystkim. Przyjeżdżał do nas do Warszawy niezbyt często, ale jak już przyjeżdżał, to robił dzieciom wielkie przedstawienia. Mieszkaliśmy wtedy na Ursynowie, na 6. piętrze. Pod blokiem była górka, on wchodził na tę górkę i krzyczał: Jasiek! Kasia!!! I się zaczynało. Cały blok wtedy wiedział, że tatuś przyjechał.

A.L.: Artystyczna rodzina… Ja też z takiej pochodzę. A jak dzieci znosiły rozłąkę z mamą?

M.R.: Pamiętam dramatyczne sytuacje. Ja miałam jechać w trasę, a mój syn stawał w drzwiach i była histeria, że mnie nie wypuści. Nie można go było oderwać od tych drzwi, rzucał się na ziemię, serce się łamało…

A.L.: W tamtych czasach, kiedy koncertowała Pani w Rosji, ciężko pewnie też było kontaktować się z rodziną?

M.R.: W Rosji trzeba było zamawiać rozmowy. Polegało to na tym, że z pokoju hotelowego dzwoniłam do „międzynarodowej”, do jakiejś Pani, która je łączyła. Mówiłam: Zamawiam rozmowę z Polską. Na jutro na 23.00. Bywało, że następnego dnia ta telefonistka dzwoniła i mówiła, że dzisiaj Polska jest zamknięta i nie będzie połączenia. Dużo pieniędzy wydawałam na te telefony, dzwoniłam codziennie.

A.L.: Miała Pani momenty zwątpienia w takich chwilach? Chciała Pani zrezygnować z kariery dla rodziny, dla dzieci? Stawała Pani przed takim dylematem?

M.R.: Nie, nie miałam takich myśli. Poza tym moje dzieci do dziś twierdzą, że byłam i jestem wspaniałą matką. Są ze mną bardzo związane. Robiłam karierę, ale kiedy byłam z nimi to oddawałam im się w 100%. To były bardzo intensywne i piękne momenty. Wyjeżdżaliśmy na 2 miesiące wakacji na Mazury, wynajmowaliśmy domek nad jeziorem. Dzieci to uwielbiały i pamiętają do dzisiaj. Jak przejeżdżamy obok, zawsze chcą tam zajrzeć i się dziwią: Jakie to malutkie! Przed tym domem była wtedy duża łąka. Wstawałam rano, zrywałam polne kwiaty i z tymi kwiatami na stole robiłam dzieciom śniadanie. Gotowałam, sprzątałam, jeździłam do lasu na grzyby. A kiedy przyjeżdżała do nas opiekunka, żeby mi pomóc, to ja – w związku z tym, że lubię łowić ryby – brałam łódkę, po cichutku odpływałam i chowałam się w zatoczce. Kiedy słyszałam: Mama, kolacja!, to się nie odzywałam (śmiech).

A.L.: Rozumiem to doskonale: chwila dla siebie. Ja też staram się dbać o takie chwile, chociaż jest to zawsze duże wyzwanie. Za kilka dni przylecę ponownie do Polski, spędzę tu 4 dni bez dzieci i już się nie mogę doczekać (śmiech).

M.R.: A kto zostanie z dziećmi?

A.L.: Tata.

M.R.: On się nimi zaopiekuje 4 dni?

A.L.: Tak, Robert od samego początku pomagał mi w opiece nad dziećmi. Jak Klara była mała i miała problemy ze spaniem, to wstawaliśmy na zmianę – raz ja, raz on – co 1,5 godziny. On bardzo chciał wstawać w nocy. 

M.R.: Brał ją na ręce i lulał?

A.L.: Tak! Ale wróćmy do Pani historii, bo jest ona niezwykle inspirująca! Proszę powiedzieć, co pomagało budować relację z dziećmi, jak wracała Pani z trasy, co Was scalało? 

M.R.: Mazury i prezenty (śmiech). Jak miałam poczucie winy, bo wracałam np. ze Stanów, gdzie grałam 6 tygodni, to bardzo dużo kasy wydawałam na prezenty i na wspomniane wcześniej telefony. Ich radość była niesamowita, bo mogłam im przywozić zabawki, których w Polsce wtedy jeszcze nie było.

A.L.: Czy pojawienie się trzeciego dziecka jakkolwiek wpłynęło na zmianę Pani trybu życia? 

M.R.: Wtedy mój drugi mąż i tata Jędrka, powiedział: Koniec. Nie będziesz jeździć na koncerty, zamykasz swoją karierę. Będziesz siedzieć w domu i wychowywać dzieci. I tak zakończył moją karierę w Rosji, dzięki czemu Jędrek zaznał już trochę innego macierzyństwa niż pozostałe dzieci. 

A.L.: Jan i Kasia nie wypominali Pani tego? 

M.R.: Raczej nie, ale pamiętam dużą scenę zazdrości, jak pojechałam zagrać kilka koncertów na dzień dziecka do Gdańska i wzięłam Jaśka ze sobą. Zaprosiłam na scenę kilkoro dzieci z widowni: jedno mnie obejmowało, drugie siadło mi na kolana. Strasznie mnie zawłaszczyły. Jasiek wpadł na scenę, pogonił te dzieci, powyrywał kable z głośników, zrobił totalną demolkę. Nie można go było uspokoić. Miał wtedy 4 lata.

A.L.: Znamy Panią głównie ze sceny muzycznej, ważnych festiwali i koncertów. A jaką jest Pani mamą?

M.R.: Zawsze byłam mamą wyrozumiałą i rozpieszczającą. W ogóle uważam, że dzieci trzeba rozpieszczać, przytulać i trzeba im dogadzać. Tak robię do dziś, mimo że Jasiek ma 42 lata, Kasia – 39, a Jędrek – 34.

A.L.: Rodzeństwo to piękna sprawa. Jakie relacje mają ze sobą? 

M.R.: Są ze mną bardzo związani, ale też mocno związani ze sobą i to jest dla mnie bardzo budujące. Oni się wzajemnie ogromnie wspierają. Kasia to człowiek przyrody, starszy syn uwielbia Mazury i chce tam mieszkać, młodszy mówi, że w takim wypadku dołączy do brata. Cała trójka kocha muzykę, mają dużą wiedzę na ten temat.

A.L.: Macie jakieś swoje rodzinne tradycje, rytuały?

M.R.: Dzieci w tym roku postanowiły zrobić u mnie w domu świąteczny obóz, przyjechały na tydzień przed Bożym Narodzeniem i przez tydzień były śmiechy i wspólne gotowanie. Cudowny czas! Brakowało tylko wnuków. Nie jestem babcią, a bardzo bym chciała i boleję, że żadne z moich dzieci nie chce mieć dzieci. Namawiam córkę, ale jest ciężko. Z kolei jeden z synów pyta, po co jeszcze jedno dziecko, jeszcze jeden człowiek na tej planecie, skoro jest przeludnienie i kiepska sytuacja klimatyczna? Takie tłumaczenie. Ale mam jeszcze nadzieję, że przypadkiem się coś urodzi (śmiech). 

A.L.: Czym jest dla Pani macierzyństwo?

M.R.: Największym szczęściem, jakie mnie spotkało. 

zdjęcia: Aneta Zamielska & archiwum prywatne Maryli Rodowicz