08.03.2020

Wywiadówka: Natalia Klimas

Takiej Natalii nie znałam. Wy też nie – jestem tego pewna. Tym wywiadem zaskoczyła mnie bardzo. Jest w nim rozbrajająco szczera. To mi się podoba, to doceniam, bo dzięki temu jest w nim całe mnóstwo emocji. Natalia jest urocza w swoim matczynym roztrzęsieniu, przyznaje się do tego, że się boi, że nie ma jeszcze wprawy, luzu i spokoju w podejściu do półrocznej córki. Ale również – jak sama wielokrotnie mówi – jest cholernie wdzięczna i szczęśliwa. Jej historia to historia z happy endem: pokrzepiająca i piękna. Jak sama Natalia.

Co było u Ciebie bodźcem do chęci posiadania dziecka: spotkanie odpowiedniego mężczyzny czy instynkt macierzyński? Co pojawiło się pierwsze?

Odkąd pamiętam miałam takie myślenie, że nie chcę mieć dziecka z kimś niemądrym, nieodpowiedzialnym, z kimś, kto nie jest na to gotowy. Zawsze chciałam mieć w tej kwestii odwagę i lubię myśleć, że właśnie tę odwagę miałam, bo naprawdę długo czekałam, żeby poznać tę właściwą osobę. Zawsze chciałam mieć rodzinę i już po miesiącu znajomości wiedziałam, że to będzie ojciec moich dzieci. Nie zdecydowałabym się na dziecko, nie czując, że spotkałam partnera. U mnie nie było tak, że obsesyjnie myślałam: Dziecko, dziecko, dziecko! Ja chciałam rodziny, jakiejś całości, związku, którego owocem byłoby dziecko.

Kiedy dowiedziałaś się, że będziesz mamą, poczułaś strach, obawiałaś się czegoś?

Coś Ty! W moim wieku to jest takie błogosławieństwo! Ja miałam 35 lat, jak zaszłam w ciążę, i to była taka radość! Dowiedziałam się w niedzielę: miałam próbę w teatrze Imka i mówię do Marysi Dejmek – koleżanki aktorki: Cholera jasna, spóźnia mi się okres, ale nie będę robiła testu ciążowego, bo ostatnio się rozczarowałam, nie będę. Poczekam jeszcze tydzień albo dwa. Nie chcę, żeby było mi przykro…Ona na to: To dziwne, bo śniło mi się, że jesteś w ciąży… Ja: No ale Marysiu, kobiety czują takie rzeczy, a ja nie czuję, więc na pewno nie jestem. Podchodzi druga koleżanka aktorka i pyta: A cycki Cię bolą? Ja mówię: Nie. Cycki Cię nie bolą, to nie jesteś w ciąży!– słyszę. I tak stoimy we trzy, a one upewniają się: Nie czujesz? Ja na to: No nie, nie czuję. I tak powtarzałyśmy sobie: Kobiety, takie rzeczy czują! Trzy mądrzące się baby (śmiech). Po próbie odebrał mnie mój mąż, mówię mu: Wiesz co? Kupię test, przekonam się, że nie jestem w ciąży i możemy sobie do kolacji wypić lampkę wina. I …okazało się, że jestem! Ale i tak podjęliśmy decyzję, że nie będziemy się tym zbytnio ekscytować, poczekamy do pierwszego USG, czyli tego momentu upewnienia się, że bije serduszko. Byliśmy ostrożni w cieszeniu się na początku. A potem jak już było to USG i bijące serce, to była też ogromna radość i niedowierzanie.

Obawiałaś się porodu?

Bałam się. Ale wiedziałam też, że poród w porównaniu z tym, co dzieje się później, to jest chwila. To, co dzieje się potem, jest wielkim wyzwaniem. Ja nie wiedziałam, że np. karmienie piersią to taki trudny temat, zwłaszcza w Polsce, gdzie jest ogromny nacisk na to, żeby kobieta karmiła naturalnie, żeby miała tego pokarmu dużo, żeby karmiła jak najdłużej. Dzielenie matek na lepsze i gorsze ze względu na to, czy karmią piersią czy mlekiem modyfikowanym, czy rodziły naturalnie czy przez cesarkę… To jest duża presja na kobiecie.

Twój mąż był przy porodzie?

Był, oczywiście, bez niego nie wyobrażałam sobie tego. Był też przez następne 3 dni ze mną w szpitalu: spał z nami i pomagał. Byliśmy w tym razem. Gdyby nie on, nie wiem, co by było. Gdyby nie on i pewna doradczyni laktacyjna: ona uratowała mi życie. W drugiej dobie po porodzie, gdy przyszedł największy kryzys, złapałam Mikołaja za rękę i błagalnym tonem poprosiłam, żeby znalazł mi jakąś doradczynię laktacyjną, bo oszaleję. On wypadł na korytarz i ją przyprowadził. Ta mądra kobieta weszła do mojego pokoju, spojrzała na mnie i spytała: Hmmmm…Ma Pani mały baby blues? A ja w płacz: Taaaak. Boli, boli, boli…Ona na to: Ok. Zaradzimy! I zaradziła. Pokazała mi wszystko: jak przystawić dzidziusia, jak słuchać, czy dobrze połyka itd… Bardzo mi pomogła, to było nieocenione.

Jak objawiał się u Ciebie baby blues?

To była po prostu euforia i płacz, euforia i płacz… Potworne rozklekotanie wewnętrzne połączone z wielką radością, że Zuzia jest zdrowa, że wreszcie jest z nami, że wszystko jest dobrze.

Od razu poczułaś z Zuzią więź?

Ja jestem typem emocjonalnym, także tak: poczułam to od razu. Jak ją na mnie położyli i poczułam to ciepłe, różowiutkie ciałeczko, myślałam, że umrę! To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Jeśli brzmi to za słodko, trudno. Taka jest moja prawda. Odkąd zaszłam w ciążę – tak właśnie mi jest: dobrze, czuję się szczęśliwa.

Mówisz, że czas po porodzie był wyzwaniem. Na czym ono polegało?

Na czym polegało? Na tym, że krwawisz, boli cię potwornie, płaczesz cały czas na zmianę: ze szczęścia albo bez powodu, wzruszasz się wszystkim. Jesteś chodzącym dygotem, a musisz być najsilniejsza jaka byłaś kiedykolwiek. Nie bez powodu kiedyś kobiety wychowywały dzieci otoczone innymi kobietami; rodziły, mając lat 20, więc często miały blisko siebie nie tylko babcie, ale nawet prababcie, które wszystko podpowiadały. A tu nagle jesteś w tym sama. Dziecko płakało, a ja nie wiedziałam, czy jest jej zimno, czy gorąco, nie potrafiłam tego ocenić. Co to jest za płacz? Czy na pewno jest najedzona? Czy coś ją boli? Czy jest śpiąca? Teraz już to wiem, ale żeby była jasność: zajęło mi to dobrych kilka miesięcy. Wiem, kiedy Zuzia jest znudzona albo zmęczona, a kiedy głodna. Wiem, kiedy marudzi, bo chce zwrócić na siebie uwagę. Teraz to wiem, ale wtedy – na początku – nie wiedziałam nic. Byłam sama z mała istotką, której nie potrafiłam czytać. To było potwornie obciążające. Nie wspominając o ciągłym, obsesyjnym sprawdzaniu czy dziecko oddycha.

Spałaś coś?

Nie. To były pojedyncze godziny w nocy. Wszyscy mówili: Śpij, kiedy dziecko śpi. Ale jak można spać, jak dziecko śpi, skoro masz taką adrenalinę, że po prostu stoisz i patrzysz na to dziecko. Nie, nie spałam za bardzo.

Jakie zmiany zaszły w Tobie dzięki Zuzi? Co Ci dała?

Jeszcze tego nie widzę. Zuzia ma 6 miesięcy i pewne rzeczy dopiero się okazują i dzieją… Pewnie będę mogła powiedzieć coś więcej za rok. Może zabrzmi to nieskromnie – ale wiesz… po prostu odkąd dowiedziałam się, że będę miała córeczkę, jestem wdzięczna i szczęśliwa. Słyszę często, że to widać. Więc może w ten sposób mnie zmieniła?

Jak zmienił się Twój związek?

Zmienił się bardzo. Stres, niewyspanie robią swoje… My zawsze byliśmy tacy zorganizowani, zawsze na czas; tak lubimy. Nie znosimy się spóźniać. Z dzieckiem tak się nie da: możesz planować, ile chcesz, ale nie wszystko zależy od Ciebie. To dla mnie i mojego męża bywa trudne. Czasem na tle takich sytuacji potrafimy na siebie warknąć. Uczymy się luzu, odpuszczania. Będzie, jak będzie, najważniejsza jest Zuzia i już. Ale czy jest to łatwe? Jasne, że nie. Razem z narodzinami Zuzi nasz związek również narodził się na nowo. Jesteśmy związani i bliscy sobie jak nigdy dotąd.

Z czymś sobie nie radzisz? Coś sprawia Ci trudność?

Wiele rzeczy. Nie jestem np. taka hop siup do przemieszczania się z Zuzią i to jest dziwne dla niektórych moich koleżanek: Ja to – jak moja miała 6 miesięcy – pojechałam z nią sama samochodem do Zakopanego. Ja bym nie pojechała. Boję się. Boję się, że będzie jej opadać główka, boję się, że czegoś nie usłyszę, że ona się przegrzeje. Rozumiesz…Nie mam jeszcze w sobie takiej wprawy i spokoju, które mają inne mamy a zwłaszcza te, które są mamami po raz kolejny. Patrzę na nie i się uczę. Próbuję im ukraść trochę tego luzu: Nie zdezynfekujemy smoczka i będzie ok. To jest coś, do czego dążę i coś, co jest myślę fajne w ponownym macierzyństwie.

Jaką jesteś mamą? Jaką chciałabyś być w przyszłości?

Chciałabym być mamą, która szanuje indywidualność i osobowość swojego dziecka. Chciałabym być mamą, która nie chowa dziecka na swój wzór czy po to, żeby zaspokoić swoje ambicje albo braki z dzieciństwa. To jest wielki zaszczyt, że Zuzia wybrała mnie na swoją mamę, ale to jest oddzielny człowiek i ja muszę to szanować. To jest coś, do czego będę dążyć.

Jakim tatą jest Twój mąż?

Mikołaj miał 42 lata, jak urodziła się Zuzia. On jest otoczony tatusiami, którzy późno nimi zostali i on ich obserwował. Wszyscy mu mówili, że nie ma nic lepszego niż późne tacierzyństwo. Bo jak mężczyźnie dziecko rodzi się za wcześnie, to on się wyrywa, ucieka z domu do pracy itd. Dla Mikołaja czas spędzony z Zuzią jest darem i wielkim szczęściem. Jak on się nią chwiali, jaki on jest dumny, że jest tatą! Idziemy z nią do restauracji, a on przechadza się z nią na rękach i szeroko uśmiecha. Jest wspaniałym tatą. Wspaniałym!

Jak się dzielicie obowiązkami?

Kąpiemy razem, usypianie przez pierwsze 6 miesięcy było moim obowiązkiem, teraz przejął je Mikołaj. Ale wiesz… to ja siedzę z nią cały dzień: nie pracuję, nie robię nic innego, zajmuję się Zuzią. I póki co większość obowiązków spoczywa na mnie, ale jak Mikołaj wraca z pracy albo w weekendy: jest bardzo zaangażowany.

Siedząc z Zuzią w domu, nie odczuwasz tęsknoty za swoim wcześniejszym życiem?

Jechałam dziś samochodem na nasze spotkanie… Założyłam na nie swój najlepszy sweter, swoje dobre jeansy, czysty t-shirt. Umyłam włosy, pomalowałam rzęsy, założyłam biżuterię, wyperfumowałam się… I siedząc w tym samochodzie, stojąc na światłach, pomyślałam sobie: Jednak miło wyjść z domu. Trochę za tym tęsknię; dzisiaj, kiedy Zuzia ma już 6 miesięcy, są momenty, kiedy czuję, że powoli jestem gotowa, żeby coraz więcej takich spotkań odbywać. Czyli: żeby czasami wyjść wieczorem, czasem w ciągu dnia na jakieś spotkanie czy lunch z koleżanką, kupić sobie bluzkę w sklepie albo pójść do kosmetyczki. Póki co jest tego u mnie bardzo mało, ponieważ nie mamy pomocy, moja mama nadal pracuje, a rodzice Mikołaja są starsi i nie wzięliby na siebie takiej odpowiedzialności, ale tak: to już jest ten moment, kiedy takie pojedyncze wyjścia mi się marzą.

A marzy Ci się więcej dzieci?

Tak.

Syn?

Jeżeli zostaniemy obdarzeni kolejnym darem, czyli dzieckiem, to uwierz mi: nie ma znaczenia, czy to będzie chłopczyk czy dziewczynka. Bez względu na płeć będzie to dar.

Czym dla Ciebie jest macierzyństwo?

Macierzyństwo to jest największe szczęście, jakie przytrafiło mi się w życiu. Z czasem będzie to też najpiękniejsze i najtrudniejsze zadanie. Nie mam wątpliwości, że jest to też misja: wychowanie drugiego człowieka, ogromne przedsięwzięcie.

Powiedz mi na koniec: jaka jest Zuzia?

Zuzia jest pogodna, uśmiechnięta, łatwa w obsłudze i spokojna. I my nie możemy uwierzyć, że nasze dziecko takie jest, bo oboje byliśmy dziećmi z kolkami i nerwem, a ona pokazuje nam, że jest kompletna inna. A to, jaka ona jest, ma też wpływ na to, jakie jest moje macierzyństwo. Póki co przebiega bajecznie, sielankowo. Moja i Mikołaja mama patrzą na Zuzię i szepczą z szeroko otwartymi oczami: No…my tak z wami nie miałyśmy! Także tak: ona jest wspaniała i pogodna, ale czy zarywa noce? Oczywiście. Czy karmienie było wyzwaniem na początku? Oczywiście. Czy czuję się czasami samotna? Jasne.

A płaczesz?

Oczywiście. Wszystko mnie wzrusza. I pewnych rzeczy oglądać już nie potrafię, nie mogę patrzeć na chore dzieci, nie dźwigam tego. Mimo, że minęło już 6 miesięcy, wciąż jestem rozemocjonowana, wciąż czuję te hormony w sobie. Czasem dopada mnie monotonia siedzenia z dzieckiem w domu. Czasami jestem bardzo, bardzo zmęczona, ale ja dziękuję za to, że to się w ogóle dzieje. Jestem tak wdzięczna, że mi się życie ułożyło. Kasiu, ja miałam 32 lata: byłam sama i myślałam sobie: Czy ja zdążę poznać tego właściwego człowieka? Czy zdążę zajść naturalnie w ciążę? Czy zdążę mieć rodzinę, o której całe życie marzę? Ja nie wiedziałam, czy to się wydarzy, więc uwierz mi: ja teraz dziękuję za każdy dzień, bo ja się martwiłam o siebie. I myślę, że moja rodzina również. Martwili się i dziwili. Oni mówią na mnie Tunia, powtarzali: Żeby Tuni się ułożyło! Ja poznałam Mikołaja bardzo późno. Poznałam go i poczułam, że to jest to, ale chciałam go jeszcze bliżej poznać, chciałam, żebyśmy się zaręczyli, wzięli ślub; chciałam wszystko po kolei; tak, jak sobie wymarzyłam. A wiesz…lata lecą, a ten zegar biologiczny tyka. I mówię: gdyby to nie było takie wyczekane, takie wymarzone i gdybym nie miała w pewnym momencie strachu, że to się nigdy nie wydarzy, to bym zupełnie inaczej znosiła macierzyństwo. Ale życie tak mi to ułożyło, że ja jestem cholernie wdzięczna. Cholernie i nieskończenie wdzięczna.

zdjęcia: Aneta Zamielska