16.05.2021

Wywiadówka: Ola Hamkało

Ola Hamkało – aktorka, żona i matka dwójki dzieci. Opowiada o macierzyństwie, przekraczaniu własnych granic oraz relacji z partnerem i wyzwaniach związanych z wychowywaniem córki i syna. Ta rozmowa jest ekstremalna, zwierzęca i zmysłowa – dokładnie taka, jak jej bohaterka.

„Ja nie wychowuję swoich dzieci, one po prostu żyją ze mną, a ja pracuję nad tym, żeby wiedzieć, czego w życiu chcę, żeby być w dobrym dla siebie miejscu, nie sfrustrować się i jak najmniej musieć a jak najwięcej chcieć. A one mnie oglądają, a potem ja oglądam się w nich.” 

Jak wyglądała Twoja droga do macierzyństwa?

Poznałam faceta i to był ten, więc wyszłam za niego za mąż. Miałam 23 lata. Zawsze wiedziałam, że chcę mieć dzieci, Filip też to wiedział, więc to musiało wreszcie nastąpić. Pojechaliśmy we dwoje na miesięczną podróż do Indii i to była niesamowita przygoda, która zaspokoiła w nas jakieś takie pragnienie wyskoku z rzeczywistości. Po tych Indiach stwierdziliśmy, że to już. Do ciąży podchodziłam w sposób afirmacyjny: już postanowiliśmy, więc za chwilę będziemy mieć dziecko. Byłam szczęśliwa, bo dla mnie ta nasza decyzja, że będziemy mieli dziecko była niemal równoznaczna z tym, że ja już je mam. Jak mi wyskoczyły dwie kreski na teście, to się zaczęło już dziać. To było 4 lata po ślubie. Ciąża była dla mnie trudna: 3 pierwsze miesiące zupełnie wyjęte z życia: non stop nudności, wieczne zmęczenie, zasypianie wszędzie i spanie po 14 godzin na dobę, brak apetytu na cokolwiek…Koszmar. Później te środkowe 3 miesiące – ok, ale bez nadmiarowych radości. I ostatnie 3 – z moją konstytucją fizyczną ciężko było mi wytrzymać z tym brzuchem większym ode mnie. Śmieję się, że ja jednak wolę rodzić niż być w ciąży.

Miałaś jakieś lęki w ciąży?

Nie, miałam w sobie niesamowitą energię psychiczną, to była pełna afirmacja. Filip twierdzi, że nigdy nie byłam w tak dobrej formie, jak wtedy. Mimo trudności natury fizycznej, ta pierwsza ciąża dała mi dużo siły psychicznej. 

Płeć dziecka miała dla Ciebie znaczenie?

Na początku wymyśliłam sobie, że będzie syn, że ja to jestem matką synów. Ale potem, jak już dowiedziałam się, że to na pewno dziewczynka, to otworzyło we mnie przestrzeń do rozmyślań o mojej kobiecości. Miałam nawet małe załamanie, zastanawiałam się, jaki wzorzec kobiecości dam tej mojej córce, jaką kobietą ona nauczy się być? Wtedy postrzegałam siebie jako kogoś, kto nie jest żadnym wzorem. Dziś już tak bym nie myślała. Ostatecznie te przemyślenia i rozmowy z moim mężem – my czasem lubimy sobie tak usiąść i pofilozofować – zrobiły mi coś fajnego: doszłam do wniosku, że jestem jaka jestem, a ona będzie …inna. Miłe było też to, co wtedy słyszałam od Filipa na temat tego, jaką kobietą on mnie widzi. Ten czas ciąży był świetnym polem do myślenia o sobie jako kobiecie właśnie.

Jak podchodziłaś do kwestii porodu?

Ja mam bardzo fizjologiczne i instynktowne podejście do macierzyństwa, to siedzi w moich trzewiach. Bardzo zmysłowo, trochę zwierzęco odbieram opiekę nad niemowlęciem. Produkowanie życia, karmienie piersią – to rzeczy, które są dla mnie potrzebą fizyczną, poród też się z tym łączy. Patrząc na  ciążę, poród i całą początkową opiekę nad dzieckiem jako na pewną całość, to poród w tym wszystkim jest dla mnie karnawałem (śmiech). To jest niesamowite doświadczenie! Totalnie ekstremalne, ale też takie, które może być dużą wartością w życiu kobiety, jeśli przeżyje się je świadomie, jeśli się od niego nie ucieknie. Oczywiście nie uważam, że poród przez cesarskie cięcie to jest coś gorszego, zupełnie nie. Rozumiem kobiety, które się tego boją. Rozumiem też kobiety, które w ogóle nie chcą mieć dzieci. Mnie samą poród naturalny niesamowicie ekscytuje, w życiu bym sobie tego nie odpuściła. Będąc w drugiej ciąży, nie mogłam się go doczekać. To jest taka dzika podróż, nie wiesz, co się wydarzy. W obu przypadkach urodziłam bez znieczulenia, tylko z położną i mężem.

Jak twój mąż wspomina to doświadczenie?

Myślę, że obecność partnera czy męża przy porodzie to złożona kwestia.  Z mojego punktu widzenia kluczową postacią jest położna. Poród w swojej istocie jest jednak kobiecym i ekstremalnie intymnym doświadczeniem. Rozumiem, że zarówno kobieta jak i mężczyzna mogą z różnych powodów tego nie chcieć, dlatego warto tę decyzję podjąć bardzo świadomie. My oboje chcieliśmy być w tym rodzeniu razem. Filip lubi doświadczenia graniczne, a obecność przy porodzie wydaje mi się być właśnie tym – doświadczeniem granicznym. Dla mnie fakt, że on to widział, uczestniczył w tym…No ja bym mu tego nie opowiedziała, nie byłabym w stanie! Więc ta narracja jest naszą wspólną narracją, a dziecko jest naszym wspólnym dzieckiem i to, że przeżyliśmy to razem, jest dla mnie bardzo ważne. Wydaje mi się, że dla niego też. 

Co pomyślałaś, jak już zobaczyłaś, po raz pierwszy przytuliłaś Jagnę?

Nic. Wtedy się nie myśli, wtedy jest się po prostu wilkiem. W moim mózgu nastąpiła jakaś eksplozja. Pomyślałam tylko: Ok, to jesteś Ty. Moja! To było wzruszające.

Dlaczego Jagna?

Bo bardzo lubię „Chłopów” i – a propos wzorca kobiecości – Jagna to silna babka, słyszysz to w tym imieniu, ona nie da sobie w kaszę dmuchać. Chciałabym, żeby moja córka brała od życia to, na co ma ochotę. Jagna w „Chłopach” brała. Sama sobie rzuciłam tym imieniem wyzwanie, teraz muszę się z tym mierzyć, bo Jagna taka właśnie jest.

Jak wyglądały Wasze początki razem?

Ona była „łatwym” niemowlakiem, żadnych kolek i większych problemów, spała całymi dniami, kładliśmy ją obok siebie, kiedy oglądaliśmy filmy, wszędzie z nami jeździła. Moja mama śmiała się, że jesteśmy jak cygański tabor, objuczeni walizkami i torbami, ona z nami, jechaliśmy, gdzie chcieliśmy. Dwójka dorosłych ludzi i jedno dziecko to jest jeszcze łatwe, więc korzystaliśmy z tego. Nie przejmowaliśmy się niczym, nie dokładaliśmy sobie kłopotów. Dopóki Jagna była łatwa, była łatwa, później – miała wtedy mniej więcej rok – coś jej się poknociło ze spaniem. I wtedy, pierwszy raz po 5 latach małżeństwa, zaczęliśmy się kłócić. Oboje niestety bardzo lubimy spać i to był ogromny problem, bo Jagna zaczęła strasznie wcześnie wstawać. W pewnym momencie ustaliliśmy mega twardą zasadę: raz ja, raz ty wstajesz. Ta druga osoba musiała wiedzieć, że ma jutro wstawać; to było nie do ruszenia, żeby się nie kłócić, żeby rano się nie przepychać, bo instynkt Ci mówił: Wszystko za jeszcze pół godziny snu! I rzeczywiście: dopóki ona tak bardzo wcześnie rano się budziła, mieliśmy te swoje twarde zasady; to trwało kilka miesięcy. Wtedy ta deprywacja snu i jeszcze to, że tak długo już to dziecko było z nami, a wciąż nie mogło się z nami komunikować, sprawiło, że koło jej pierwszych urodzin właśnie, miałam kryzys: Ja pierdzielę, nie mam już siły! Co ja mam z nią robić? Nie pogadamy, niczego się nie dowiem. Nie wiem, czemu krzyczy. Bawienie się z nią wygląda cały czas podobnie. To jest nudne. Zaczęło mnie to wszystko wkurzać. Nie pamiętam, jak to minęło. Jakoś minęło. Byliśmy razem, po prostu. Do dzisiaj tak to działa – jak jedno już nie może, wkracza to drugie, jak drugie ma doła, to pierwsze musi wziąć sprawy na swoje barki  i nakręcać rodzinne życie, i tak się jedzie. Wydaje mi się, że jesteśmy rodziną, która w 100% spełnia wymogi równego podziału. Różni nas tylko to, że ja mam tego cyca do szybkiego nakarmienia (śmiech). I moja córka, i mój syn będą na pewno zdziwieni, jak się dowiedzą, że na świecie istnieje coś takiego jak patriarchat i taki staroświecki podział ról. U nas to jest płynne i zawsze takie było. Mój mąż potrafi gotować, potrafi zająć się niemowlakiem. Nigdy mu nie mówiłam: Daj, daj, ja to zrobię lepiej. Dla mnie to jest dziwne, że taka myśl w ogóle może zaistnieć. Ja mu zawsze powtarzałam: Próbuj, jeśli tylko możesz. 

Jaką byłaś mamą za czasów jednego dziecka?

Chyba mocno wyluzowaną. Z jednej strony projektowałam sobie jakieś rzeczy, ale z drugiej  odpuszczałam – cały czas uczę się dawać sobie wewnętrzne pozwolenie na to, że może być inaczej niż zakładam. Sypiące się plany to jeden z moich najpotężniejszych stresorów, a z każdym dzieckiem szansa na posypanie planów rośnie wykładniczo. Dlatego najlepiej po prostu puścić się w taniec z rzeczywistością: nawet jeśli są górki i dołki, to dopóki udaje się nam dopasowywać do tego, co przynosi nam los, jakoś lawirujemy.

5 lat później na świat przyszedł Twój syn Gustaw. Wymyśliliście sobie taką różnicę wieku?

Wymyśliłam sobie to, że nigdy nie chcę być tylko mamą na 100%. No może z wyjątkiem dnia porodu i tych wspólnych początków, kiedy to jestem mamą wilczycą i wącham, przystawiam do piersi, a czasem mam wrażenie, że zacznę lizać to dziecko, bo ono jest tak bardzo, zwierzęco blisko mnie. Zawsze ceniłam sobie tę przestrzeń w życiu, kiedy jestem po prostu Olą, tylko Olą, a nie mamą Jagi czy mamą Gutka. W mojej rodzinie, w moim postrzeganiu najważniejsza jest relacja z moim mężem, bo później to z niej bierze się siła na budowanie czegoś więcej, na dzieci, na miłość, którą im przekazujemy. To my jesteśmy tą podstawową jednostką. Więc bardzo zależało mi na tym, żeby po tym roku, po czasie, który był trudny i eksploatujący – pomimo tego, że dobrze się w tym czuliśmy i nie było większych kłopotów – żebyśmy mieli taki czas kilku lat na znalezienie przestrzeni dla siebie, wyjazd na 2 dni bez dziecka – wtedy moja mama zostaje z Jagą, ich relacja też jest osobna i ważna – koncert, festiwal, zadbanie o siebie nawzajem, wyjście razem na totalnym luzie na kolację. W momencie, kiedy masz dziecko, to wyrwanie się na całą noc wspominasz jako jakąś niesamowitą przygodę wartą każdych pieniędzy (śmiech). Dodatkowo chciałam też po raz drugi poczuć to zwierzęce pragnienie posiadania dziecka, nie chciałam mieć drugiego dziecka zaraz, żeby „mieć z głowy”. W moim świecie dziecko to nie jest coś, co chcę „mieć z głowy”. Jakbym chciała, to bym sobie w ogóle ich nie robiła. W pewnym momencie zaczęłam wodzić wzrokiem za wózkami, mój Filip też już to widział: O jakie śliczne, widziałeś? Yhymmm, zaraz zobaczę u nas w domu – odpowiadał. Pół roku później powiedziałam, nazwałam to: Muszę mieć drugie dziecko.

Myślałaś o synu?

Nie, było mi wszystko jedno. Ale tak wyszło. Fajnie. Parka. Z imieniem z kolei mieliśmy tak, że podobało nam się Stefan, ale nauczeni doświadczeniem pierwszego dziecka, że sami sobie zaprojektowaliśmy silną babkę i taka nam wyszła, powiedziałam: Stefan to będzie zbój, nie dam rady z drugim zbójem. Jest więc Gustaw. I Gustaw to taki bratek. Ja póki co widzę w nim nieskończoną łagodność i wrażliwość. I mam nadzieję, że te cechy w nim przetrwają, bo  uzupełnione o męskość, której będzie mógł uczyć się od mojego męża, mogą zaowocować wspaniałym gościem. 

No to opowiedz, jaka jest Jagna?

Uparta, emocjonalna, bystra, dowcipna, wymagająca. Z pozoru bardzo twarda, pod wnikliwym spojrzeniem zaskakująco wrażliwa. Bardzo podobna do mnie, wszyscy to mówią, i chyba dlatego nasza relacja nie jest łatwa. Między mną a moją mamą też zawsze iskrzyło. My byłyśmy 1 na 1, mieszkałyśmy same, a im byłam starsza, tym bardziej stawałyśmy się dwiema niezależnymi babkami. Ze mną i Jagną będzie pewnie podobnie. Ona uwielbia swojego tatę, on jest dla niej takim ciepłym kącikiem, mimo że wcale nie jest dla niej łagodniejszy, czasem wręcz przeciwnie – to ja mam dla niej więcej cierpliwości, ale tak po prostu jest i już. Czasem jest mi smutno, myślę, że jakby miała wybrać jedną osobę na świecie, to wybrałaby jego. A Filip mówi: Nie martw się, przecież wasza relacja jest zupełnie inna. Ty pełnisz dla niej zupełnie inną funkcję, ty jesteś wzorcem. 

Jak Jagna zareagowała na bratka?

Bardzo chciałam, żeby była świadoma tego, co będzie się działo – to był kolejny powód, dlaczego czekaliśmy. U nas ta narracja, że „kiedyś będziesz miała brata albo siostrę”, była obecna. Zawsze wiedzieliśmy, że to drugie dziecko się pojawi. To było bardzo naturalne i ona to super przyjęła. Mimo, że dla nas bywa harpaganem, dla niego jest kochana. Z kolei ja w drugiej ciąży byłam już starsza, ale też wiedziałam, na co się decyduję: miałam już ponad 4-letnie dziecko, więc zdawałam sobie sprawę, że w macierzyństwie różne rzeczy się dzieją. Po trzecie: pandemia. Tak to się wszystko połączyło, że było mi trochę gorzej psychicznie, w mojej głowie pojawiły się też pytania: Czy dziecko będzie zdrowe? Robiłam więcej badań. Te pierwsze 3 miesiące były trudne, cała ciąża była trudniejsza, a ja bardziej jakaś taka chwiejna… Potrzebowałam skały, żeby się o nią oprzeć, jeszcze bardziej niż za pierwszym razem psychicznie potrzebowałam obecności Filipa przy porodzie. Na szczęście, mimo pandemii, mógł ze mną być. 

Jak przeżywasz to drugie macierzyństwo: jakie widzisz podobieństwa i różnice w stosunku do pierwszego razu?

Gutek jest delikatniejszy i drobniejszy. Jaga teraz jest już bardzo dziewczęca, subtelniejsza, ale jako niemowlę była duża i nabita. A on wydaje mi się bardziej kruchy. Jest też bardziej brzuszkowy, kolkowy, płaczący; zdecydowanie bardziej wymagający niż była Jaga. Z dwójką dzieci czuję się trochę nimi zalana, tak dużo już tego mamuśkowania jest… Tu 3-miesięczne dziecko przy piersi, tutaj spacer i zaganianie kóz do zagrody, jedną ręką to, drugą: Nie uciekaj na tej hulajnodze, córeczko! Bardzo cenię sobie kumpli i kumpele, którzy mówią: Dzieci? Nigdy! I bardzo chcę się z nimi spotykać, bo oni dają mi trochę innej energii. Bardzo cenię sobie też to, że oni wciąż chcą się spotykać ze mną (śmiech). To też zmusza mnie do nieustannego interesowania się światem: oprócz składu “Psiego Patrolu” lubię też wiedzieć, kto był w tym roku nominowany do Nike. To nie zmienia oczywiście faktu, że podstawą towarzyskiej codzienności są przyjaciele i znajomi, którzy mają dzieci, bo wiadomo: dzieci się razem bawią, to „my się chociaż kawy napijemy”. Razem jest zawsze raźniej. 

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Przekraczaniem własnych granic: cierpliwości, odporności na stres, odpowiedzialności, możliwości fizycznych, wyobrażeń na temat świata i życia, poczucia miłości, nie jesteś w stanie wyobrazić sobie, jak bardzo i w jakim odcieniu możesz kogoś kochać. Macierzyństwo to jest ekstremalne doświadczenie i potężna lekcja pokory. I nowy wymiar zmysłowości – mam na myśli to macierzyństwo na pierwszym etapie. Ja mam tak, że niemowlaka odczuwam zmysłowo, ja się nim delektuję.

Co w macierzyństwie jest dla Ciebie najtrudniejsze?

To samo: przekraczanie granic. Czasem wydaje mi się, że nie wybaczę Jagnie tego, co ona robi. Mówię jej: Nie pluj. Gdzie Ty się tego nauczyłaś? Nie znoszę tego! Nie pluj na mnie. I w tym momencie ona staje i wypuszcza taką perfidną strużkę śliny…I ja mam wrażenie, że eksploduję! A za 2 minuty tulimy się, mówię: Kocham Cię, nic nie jest ważne, jesteś moją córeczką. Trudne jest to uświadomienie sobie, że jesteś matką i wybaczysz swojemu dziecku wszystko, czegokolwiek by nie zrobiło, co by się nie wydarzyło. To jest piękne i przerażające jednocześnie. Poza tym kiedyś zrozumiałam, że kawałek mnie już na zawsze mieszka w innym ciałku, teraz już w dwóch ciałkach. A potem te ciałka rosną i to „coś” jest coraz dalej i dalej, a potem poleci gdzieś w świat. Jeszcze tego nie przeżyłam na własnej skórze, ale domyślam się, że to będzie bardzo trudne. 

Na jakich ludzi chcesz wychować swoje dzieci?

Niczego sobie nie projektuję, sama jestem ciekawa, na jakich ludzi wyrosną. Każdy chyba chciałby, żeby jego dzieci były szczęśliwe, ale odpowiedź na pytanie, co sprawia, że jestem szczęśliwy i czym w ogóle jest szczęście, nie jest przecież taka oczywista. Trzeba chyba znaleźć inne słowo… Więc ja bym sobie życzyła i marzyła o tym, żeby wychować moje dzieci na ludzi samosterownych, czyli takich, którzy potrafią sobie zadać odpowiednie pytania i szukać na nie odpowiedzi, ludzi, którzy nie dadzą sobą manipulować. Chciałabym, żeby moje dzieci dowiedziały się, gdzie mieszka ich szczęście i miały wystarczająco dużo siły, żeby do tego miejsca wytrwale podążać. Chciałabym, żeby umiały zajrzeć w siebie, umiały się samoregulować, umiały kochać i się cieszyć. I żeby nie były dla siebie zbyt surowe, bo każdy się w życiu potyka, ale prawdziwe wyzwanie to otrzepać kolana i wrócić na szlak. Dzieci widzą, co jest dla mnie ważne. Ja ich nie wychowuję, one po prostu żyją ze mną, a ja pracuję nad tym, żeby wiedzieć, czego w życiu chcę, żeby być w dobrym dla siebie miejscu, nie frustrować się i jak najmniej musieć a jak najwięcej chcieć. A one mnie oglądają, a potem ja oglądam się w nich. U Jagi, która ma 5 lat, totalnie widzę swoje reakcje emocjonalne.

Chcesz mieć więcej dzieci?

Zobaczymy, co będzie za 5 lat, kiedy zacznę wodzić wzrokiem za przejeżdżającymi wózkami (śmiech). Ale… to chyba będzie jeden z tych kompromisów, na które będę musiała w życiu pójść, żeby nie stracić siebie do końca. Czy chcę? Może bym chciała. A czy będę mieć? Chyba już raczej nie.

Zdjęcia: Aneta Zamielska

Rozmawiała Katarzyna Burzyńska-Sychowicz

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Mindspace.