14.02.2021

Wywiadówka Pełną Parą: Olga Flora Nowicka i Łukasz Nowicki

To nie jest wywiad. To rozmowa psychoterapeutki i aktorki z aktorem, męża z żoną. Ja tę rozmowę tylko delikatnie moderuję i się nimi szczerze zachwycam: jacy fajni i uroczy są razem. I każde z osobna. Jak się dopełniają, nie zgadzają, żartują z siebie i flirtują. W tej rozmowie znajdziecie bardzo dużo mądrego, dużo prawdy i dużo miłości. Zapraszam!

Pamiętacie, jak dowiedzieliście się, że będziecie mieli dziecko?

Olga Paszkowska: Jak się poznaliśmy, oboje już byliśmy rodzicami. A o naszym wspólnym dziecku dowiadywaliśmy się dwa razy. Raz poroniłam. Niespodziewanie zaczynam mocnym kalibrem… Ale jak zapytałaś, od razu stanęły mi przed oczami te dwie sytuacje, więc już idę za ciosem. Poza tym lubię szczerze rozmawiać. Wydaje mi się, że w pierwszą ciążę zaszłam w noc naszych zaręczyn. Było romantycznie i pięknie! Byłam podekscytowana i szczęśliwa, że tak szybko się udało i w takich okolicznościach. Szybko podzieliliśmy się dobrą nowiną z rodziną i przyjaciółmi; jakbyśmy od początku założyli, że wszystko będzie w porządku i że nie ma ryzyka… Potem przyszedł trudny i bolesny czas, rozczarowanie, strata… Rok później ponownie zaszłam w ciążę. Oprócz radości od razu pojawił się lęk i niepewność. Pomimo szczęśliwego zakończenia, to był dla mnie trudny i stresujący czas. 

Jak wyglądał u Was proces decyzyjny dotyczący wspólnego dziecka?

O.: O wspólnym dziecku rozmawialiśmy od samego początku, jak tylko się poznaliśmy. Oboje mieliśmy synów z poprzednich związków, Łukasz – Piotra, ja – Zacharego. Szybko zadaliśmy sobie pytanie, czy chcemy mieć jeszcze wspólne. Ja chciałam. Łukasz odparł, że on oczywiście też (śmiech). A może tak powiedział na fali zakochania i magicznych początków? Bo jak byliśmy ze sobą już dłużej i pojawiło się pytanie: No to kiedy zaczynamy się starać?, Łukasz chciał się nad tym jeszcze zastanowić, a ja czułam, że ma wątpliwości. Podjęliśmy temat po raz drugi, zaczęliśmy rozmawiać: docenialiśmy, że synów już trochę odchowaliśmy i mielibyśmy więcej czasu dla siebie, na rozwój, na swoje pasje, na pracę, która nie odbywa się kosztem rodziny… A jednak się zdecydowaliśmy. Miałam poczucie, że podjęliśmy świadomą i odpowiedzialną decyzję. I od razu zaczęliśmy działać! Jak dowiedziałam się o drugiej ciąży, Łukasz akurat był na wyjeździe rowerowym z kolegami – co roku jeździ na takie męskie wyprawy. Wyjechał na 9 dni, a ja pierwszego dnia po jego wyjeździe zrobiłam test i okazało się, że jest pozytywny. Emocje były ogromne, ale nie chciałam mówić tego Łukaszowi przez telefon; postanowiłam poczekać, aż wróci. Tyle dni nie pisnęłam słówka! Dużo mnie to kosztowało. Jak wrócił, ja się dzielę nowiną, a Łukasz na to: Tak czułem! Cóż…mój mąż ma intuicję. 

No to Łukaszu: teraz Twoja perspektywa.

Łukasz Nowicki: Faktycznie dziwnie ze mną rozmawiałaś. Często ze mną dziwnie rozmawiasz, ale wtedy dziwniej niż dziwnie. Na początku zwalałem to na Bułgarię, na nadmiar emocji i wina związanych z tą podróżą, ale potem te uśmiechy, jakieś takie dziwne pauzy, kocie mruczenie…Coś czułem podskórnie. Takie rzeczy chyba się czuje. Jak wróciłem, natychmiast mi o tym powiedziałaś. Oczywiście trochę żałuję, że nie wiedziałem tam, bo tam w 15 chłopa zgotowalibyśmy Józi huczne powitanie. Tak czy siak wspominam tę wiadomość jako ogromną radość.

Mając synów, marzyła Wam się dziewczynka?

O.: Łukasz mówił, że nie przeżyje już po raz trzeci tych ciągników i dinozaurów.

Ł.: A teraz ponoszę konsekwencje starszego rodzeństwa w postaci Twojego syna, który uchłopięca moją córkę. Ja sobie wyobrażałem to tak, że po wspomnianych dinozaurach, Batmanach, Spidermenach i „Gwiezdnych wojnach”, które zresztą sam lubię, wejdę w świat kucyka Pony, różu, że nauczę się robić warkoczyki – marzyłem o tym, przyrzekam.

Nie udało się?

Ł.: Nie bardzo. Wpada Zachary i od razu są walki na patyki, przepychanki, wojny i krzyki. Taka jest siła starszego brata – Józia jest trochę cudowną chłopczycą.

O.: Tak, to taki typ dziewczynki-kumpeli, która nie lubi sukienek.

Olgo, sama przyznałaś, że – w związku ze wcześniejszymi doświadczeniami – miałaś strachu o ciążę z Józią…

O.: Miałam. Słuchałam z zazdrością opowieści innych mam, że za drugim razem jest więcej luzu. Ja tymczasem byłam zestresowana i pełna lęku. Moja ciąża z Zacharym była zdrowa i na pełnej mocy. Czułam, że mogę wszystko! Poród trwał 3 godziny, był fantastyczny, naturalny, bez znieczulenia, wszystko odbyło się książkowo. Byłam przekonana, że ciało mi służy, wspiera mnie i nie zawiedzie. Naiwnie wierzyłam, że tak będzie również przy kolejnej ciąży, że nieszczęścia będą obchodzić mnie szerokim łukiem. Przecież medytowałam, ćwiczyłam jogę, dbałam o siebie. Dostałam bolesną lekcję od życia. Będąc w ciąży z Józią, do końca wiedziałam, że happy end niekoniecznie musi być nam dany. Było mi trudno. Dwa razy doświadczyłam ataków lęku, coś mnie zabolało, a ja gnałam z Łukaszem w środku nocy do szpitala, przekonana, że dzieje się coś złego. Bałam się, że stracę kolejną ciążę.

Ł.: Mieliśmy wielkie szczęście, że tą ciążą zajmował się ś.p. prof. Dębski. Był dla nas wielkim wsparciem, pięknie się nami opiekował.

Byłeś przy porodzie?

Ł.: Nie mogłem być, bo to było cesarskie cięcie. Czekałem więc w pokoiku obok, w najlepszej koszuli. A po wszystkim kangurowałem, tuliłem ciało do ciała.

Jakie to były emocje?

Ł.: Byłem wzruszony i podekscytowany, ale najbardziej to byłem świadomy. Wiesz…miałem  44 lata. Przytuliłem ją, wiedziałem, że mnie potrzebuje i głęboko oddychaliśmy w ciszy i spokoju. Na pewno nie było tak, że leciały mi łzy: Boże, mam córkę! Nie. Bardziej czułem odpowiedzialność i miałem świadomość, że to bardzo ważna dla niej chwila i muszę dać jej jak najwięcej ciepła – tak byłem zaprogramowany.

 Jak Ty, Olgo przeżywałaś poznanie Józi?

O.: Wiedziałam, że po raz drugi przeżywam najpiękniejszą chwilę w życiu. Cieszyłam się, że Józia jest zdrowa. Była taka piękna! 

Jak smakuje rodzicielstwo po raz drugi?

Ł.: Ja byłem bardzo skoncentrowany i świadomy tego, co nas czeka. O ile w przypadku Piotrka, miałem 29 lat i byłem przerażony: Boże! To już nie będę mógł jeździć po świecie, skończy się moja wolność? Nie mogę już żyć rock’n’rollowo, nie mogę o 17.00 wymyślić, że jadę nad morze? O tyle przy Józefinie wiedziałem, że już nie pojadę o 17.00 nad morze, o ile nie zaplanuję tego 2 tygodnie wcześniej. Podchodziłem do tego odpowiedzialnie. Wiedziałem też, że będę po 60-tce, jak Józefina skończy 18 lat; wiedziałem, że to dojrzałe ojcostwo. W świecie Olgi, która ma 35 lat, ludzie będą mieli dzieci w wieku mojego 17-letniego Piotrka, będąc mniej więcej w moim aktualnym wieku. Moi koledzy za chwilę będą dziadkami. Są też już wolni: dzieciaki albo wyemigrowały z domu albo mają po 16-19 lat i zajmują się własnym życiem, ja nagle zacząłem od nowa. To nie była łatwa decyzja, tym bardziej, że – nie ściemniając – ja nie jestem jakąś megarodzinną osobą, oczywiście kocham moją rodzinę, ale potrzebuję jeszcze innych bodźców; bardzo lubię nasz świat, ale lubię też rzeczywistość bez dzieci: mój świat, pracę, którą wykonuję; bardzo lubię podróże z dziećmi i podróże bez dzieci. Lubię być sam ze sobą. Więc jak już się zdecydowałem na ten krok, był on bardzo świadomy, powiedziałem sobie: Ok, stary, 15 lat dłużej trzeba będzie pracować itd. Podszedłem do sprawy bardzo odpowiedzialnie i poważnie, ale też z ogromną radością i szczęściem.

Masz poczucie, że Józia Cię odmłodziła?

Ł.: Niekoniecznie (śmiech). Troszkę postarzyła, fizycznie jestem zmęczony. Ale psychicznie – na pewno mnie odmłodziła. Za taką relacją, jak nasza, idzie cały świat. Przeprowadziliśmy się teraz do Międzylesia, gdzie wszyscy nasi sąsiedzi mają po 30 lat i dzieci w wieku naszego Zacharego i Józi, i robią sobie ze mnie żarty: „Dziadzio to, dziadzio tamto”. Chodzę z tymi młodymi rodzicami na spacery, słucham ich i często nie rozumiem: oni mają problemy, które ja miałem 10 lat temu. Ale z drugiej strony: to odmładza, bo potem, jak jadę na rower z moimi kumplami 46-47-50 lat, to oni już tak marudzą, że ja nie jestem w stanie tego wytrzymać (śmiech). Ale są też takie momenty, kiedy się spotykamy i wciąż mamy tę nić porozumienia: dotyczą nas podobne problemy, kwestie przemijania, czasu, strachu o pewne rzeczy… Ostatnio sprawdzamy kto słabiej widzi. I tych rzeczy nie mam w sąsiedztwie. Więc możliwość żonglowania tymi dwoma światami jest fajna. Psychicznie jestem odmłodzony, ale fizycznie nie, zdecydowanie lepiej się czułem, mogąc spać do 10.00 czy 11.00.

O.: Łukasz często mówi o sobie, że nie jest rodzinny i nie lubi dzieci, to ja powiem ze swojej strony: jesteś najbardziej rodzinnym mężczyzną, jakiego znam. Taki paradoks.

Ł.: Ja powiedziałem prawdę i Ty powiedziałaś prawdę, bo ten paradoks obecnie dotyczy chyba każdego: w pandemii czasem taka nuda ogarnia nas z tymi dziećmi, że… no nie będę udawał idealnego tatusia. Jeszcze jak był śnieg, to był czad, a teraz wracamy z przedszkola, szkoły, jest godz. 15.00-16.00, nie można pójść do knajpy, kulek, do kina, na spektakl teatralny dla dzieci, bardzo niewiele aktywności jest dostępnych. Z jednej strony jest bardzo rodzinnie, ale z drugiej nuda czasami jest sakramencka! I to już trwa rok. Jeszcze mamy dzieci – 3-latkę i 8-latka – które mają inne potrzeby, dwie różne energie. Nie chcemy włączać gier ani bajek, w „Monopol” z Zacharym nie zagramy, bo Józia się będzie nudzić, zburzy pionki albo je zje… Ona chce robić rzeczy, których Zachary już nie chce albo dołączy się na zasadzie wojny: „Rozwalamy!”. Mój Piotrek też ma przerąbane: dopiero co wrócił do Polski, do nowej szkoły i mu ją zamknięto. Szkoła artystyczna, w której jest, polega na relacjach, a tych relacji nie ma.

Olgo, jak Ciebie Józia zmieniła?

O.: Dorosłam przy niej, tak wewnętrznie. Jak byłam mamą jednego dziecka, to miałam poczucie, że moja więź z Zacharym jest szczególna. Na pewno miał znaczenie fakt, że szybko zdecydowałam się na samodzielne rodzicielstwo; byliśmy przez jakiś czas tylko we dwoje i to był wyjątkowy czas. Kiedy przyszła na świat Józefina– taka ukochana, upragniona, wymarzona – nagle zrozumiałam, że teraz żyję w stadzie, że ona jest nasza wspólna, wszystkich. Cieszę się, że nasza rodzina się powiększyła, ale musiałam też pogodzić się z tym, że to nie będzie relacja 1:1. Zostałam matką dwójki dzieci, więc od początku moją uwagę dzieliłam na dwoje i miałam poczucie straty. Wiedziałam, że zamiast być super mamą, będę musiała włożyć sporo wysiłku, żeby być wystarczająco dobrą mamą. Dziś to akceptuję, a ta więź brata i siostry, która jest między nimi wynagradza wszystko. Podjęliśmy też z Łukaszem decyzję, że skoro razem mamy troje dzieci, to na tym kończymy, więc rozsmakowuję się w tym macierzyństwie, bo wiem, że więcej dzieci nie będzie.

Ł.: Ja już tylko czekam na wnuka – mam 48 lat!

O.: Życie z odchowanymi już nieco dziećmi też ma swoje smaczki i zalety. Józia ma 3 lata, poszła do przedszkola, Zachary – 8, więc mogę więcej uwagi poświecić już sobie. Doceniam to i korzystam. 

Ł.: Ale dzieje się tak też dlatego, że ja coraz więcej czasu poświęcam dzieciom i ja z kolei wolałbym, żeby było jak wcześniej.

O.: Mi z kolei jest z tym cudownie.

Ł.: Pandemia odcięła mi dużą część pracy, więc zdecydowanie częściej jestem w domu. I teraz te dzieci, mam wrażenie, są cały czas, wypełniają 80% życia. Ja czuję się fizycznie zmęczony. U nas jest jeszcze jeden element: rodzina patchworkowa. Z Piotrkiem to jest zupełnie inna sytuacja: on jest dorosły, często nie odbiera telefonu, zajmuje się swoimi sprawami, ja nawet nie wiem, czy on pamięta imiona nas wszystkich (śmiech). Ale jeżeli chodzi o naszą dwójkę dzieci w domu, sytuacja jest taka – i to nie jest żadna tajemnica, nie ma co ukrywać – Zacharemu bliżej do Olgi niż do mnie, co jest zrozumiałe, więc Olga i tak częściej go usypia, częściej mu czyta itd., bo on tak naprawdę tego oczekuje. Z kolei Józi jest to raczej obojętne: może być mama albo tata, ale mi jest zdecydowanie bliżej do Józi, na co Olga mówi: Słuchaj, to jest też moja córka, więc ja też chcę od czasu do czasu ją usypiać, bo tak samo tego potrzebuję. I to są te trudne sytuacje w patchwork’u.

Jak Wasi synowie zareagowali na Józię?

O.: Cudownie! Na tak! Oni obaj są fantastyczni. Piotrek bardzo się cieszył, bo wiedział o naszych staraniach i kibicował żeby tym razem się udało, Zachary marzył o rodzeństwie.  

Ł.: Piotrek w szpitalu patrzył na Józię z taką miłością, że aż oczy się zaszkliły…Zachary jest wspaniałym bratem: czułym, opiekuńczym, oczywiście też złośliwym, prowokującym, wykorzystującym swoją przewagę rozwojową. Robi wszystko jak modelowy, podręcznikowy starszy brat. Olga, opowiedz historię z ostatniego naszego wieczoru, ona jest niesamowita! Mnie to tak wzruszyło…

O.: Ostatnio nie było nas często w domu, bo mieliśmy próby w teatrze. Przyjechał mój tata, żeby pomóc przy dzieciach i…

Ł.: … i sobie nie poradził (śmiech).

O.: Nie poradził sobie z Józią. Ona powiedziała: Nie, ty nie będziesz mnie kąpał! Nie, nie będziesz dawał mi jeść, nie będziesz mnie usypiał. Nie, nie, nie. I Zachary nieproszony, instynktownie przejął rolę opiekuna i powiedział: Dziadku, Ty się nie denerwuj, zrób kolację, ja Józię przebiorę i umyję. Oni są przyzwyczajeni, że zasypiają w osobnych pokojach, ale skoro Józia stawiała opór dziadkowi, Zachary wziął ją do siebie i uśpił. Dziadek był pod wrażeniem, ile on ma w sobie czułości i empatii.

Ł.: A Józefina? No cóż…jest silna i uparta.

O.: Ona jest ostra dziewczyna, nie patyczkuje się, rozdaje karty i oczekuje, że cały świat się do niej dostosuje. Jak mówi nie, to nie.

Ł.: Zasio przychodzi w nocy do nas do łóżka, a do Józi się chodzi. Ale ona ma przewagę, że ma dwoje rodziców w domu i ich miłość każdego dnia. Zachary z kolei ma taką, że ma dwóch ojców, nie każde dziecko ma 3 rodziców.

O.: Łukasz pojawił się w naszym życiu, jak Zachary miał 2 lata. On nie pamięta świata bez Łukasza. Nie doświadczył traumy rozstania rodziców, bo nie pamięta rodziców razem. Tata jest obecny w jego życiu i dla niego taki stan rzeczy jest naturalny i oczywisty. Jak był malutki, to był przekonany, że każde dziecko ma mamę, tatę i Łukasza (śmiech).

W czym Józefina jest do was podobna?

O.: Józia fizycznie jest bardzo podobna do Łukasza, wszyscy mówią, że jest skórą zdjętą z taty.

Ł.: Niestety. Gdyby miała Twoją urodę i mój charakter, to byłby ideał!

O.: Ale teraz pytanie: po kim Józia ma taki trudny i mocny charakter? Po mnie czy po Tobie?

Ł.: Ale ma też wielką czułość w sobie. Kładę się obok niej, ona głaszcze mnie po policzku i mówi: Tato, ja Ciebie nie kocham. Ja Ciebie kocham nad życie! Ma też w sobie łagodność i totalnie dużo piękna i liryzmu. Ale rzeczywiście jest też uparta. Uparta jest po Tobie. Złośliwa jest po tobie. Wredna jest po Tobie. Stawia na swoim – po Tobie.

O.: Takie fajne określenie jest w naszej rodzinie: bycie nastrojowym. I to zawsze mówimy o dziadku, o Łukasza tacie. Ania, żona taty, tak określiła charakter dziadka Janka, że jest „nastrojowy”.  Ty też jesteś nastrojowy i chyba płynnie przechodzi to na Józię: od nastroju do nastroju. 

Ł.: Ale Ty też się stałaś nastrojowa.

O.: Żeby sobie jakoś z Wami radzić. Wydaje mi się, że po Tobie Józefina ma też odwagę, ja jestem raczej lękliwa. Ona ma 3 lata i jeździ konno, kocha wodę, rwie się do rolek, rowerów, do boksu, do wszystkiego! Ale po mnie ma chyba wrażliwość i emocjonalność, i jest bardzo sprawiedliwa, czułością wszystkich obdarza po równo.

Co jest dla Was najważniejsze w wychowaniu?

O.: Dla mnie w rodzicielstwie bardzo ważna jest uważność i podążanie za dzieckiem, zaciekawienie nim: Kim jesteś, co lubisz? Jaki jest twój wrodzony potencjał, jak mogę Ci pomóc, byś mógł do niego dotrzeć i go zrealizować? Chcę być taką mamą, która pomoże dzieciom w procesie stawania się sobą. Chcę być kroczek za nimi, a nie przed nimi. Ale chcę też być pomocną dłonią; w razie gdyby mieli upadać, będę ich wspierać. Nie jestem mamą konsekwentną, reguły czy zasady nie są dla mnie tak ważne jak relacje z dziećmi i bycie z nimi w kontakcie.

Ł.: Ja byłem wychowany w świecie konsekwencji, potem Piotrka też tak wychowywałem, co też chyba ma sens, bo wyrósł na wspaniałego faceta! Ale Olga nauczyła mnie, że konsekwencja nie jest najważniejsza. Bardzo wielu pięknych rzeczy mnie nauczyła, jeżeli chodzi o wychowanie dzieci. Ona jest dla mnie wzorcem matki i uważam, że matką jest genialną, co nie znaczy, że nie popełnia błędów i się czasem w czymś nie zgadzamy. Słuchanie dzieci i bliski kontakt z nimi – to jest super. Dzieci rzeczywiście mówią jej niemal wszystko, mnie – już nie. To wynika z tego, że ja nie zawsze jestem otwarty na dialog, czasem jestem zbyt nerwowy, więc one nie wiedzą, jak zareaguję. Chciałbym, ale z drugiej strony nie mam tyle cierpliwości, żeby zbudować taką relację. Staram się, na ile potrafię, ale nie zawsze mi to wychodzi, częściej nie wychodzi. A idea podążania za dzieckiem – tak, ale ja bym ją minimalnie zmodyfikował: jeżeli wiem, że popełniłem w życiu jakiś błąd i widzę, że dziecko podąża tą samą drogą, to nie podążam za nim, tylko mówię: Jak chcesz, to podążaj, ale odradzam. Albo: Spróbuj inaczej. Albo: Jednak nie.

Jaką mamą jest Olga?

Ł.: Ma cierpliwość, a dzieci to oczywiście wykorzystują. To jest niebywałe, skąd ta cierpliwość się bierze! Przy siedemnastym niepójściu pod prysznic, dalej rozmowa. I ogromna miłość do dzieci. Ona kocha je jakoś tak …kreatywnie. Jest taki slogan: lepsza godzina z dzieckiem w koncentracji, na poważnie niż 5 godzin byle jak. To Olga potrafi taką godzinę spędzić, a ja jestem świetny w 5 godzinach byle jak. Przesadzam oczywiście, bo też wprowadzam do naszego życia kreatywne zabawy, ale Olga jest na to zdecydowanie bardziej nastawiona. Co chwilę farbki, plastelinki, co sprawia, że ten czas jest jakiś. Mamy takie dni – uwielbiam takie dni z Tobą! – że jesteśmy bardzo zmęczeni, a w Oldze budzi się buntowniczka. Ostatnio tak było przez nasze próby w teatrze: Olga tak siedzi i mówi: Bajki! Ja dodałem: Bajki cały dzień!

O.: Dzieci po godzinie: Chcemy puzzle. A my: Nie puzzle, bajki! Oglądajcie!

Ł.: Daliśmy im wszystkie iPady i laptopy: Macie oglądać. „Strażaka Sama”, „Psi patrol”-oglądajcie to w kółko! A my leżeliśmy na kanapie: telefonik, Instagram, Netflix. To była taka radość z bycia złym rodzicem! Ale żeby sobie na to pozwolić raz na jakiś czas, to trzeba najpierw być dobrym i Olga taka jest, o czym świadczy choćby to, że na tę sytuację zwróciłem uwagę i mówię: Wow. Ale jesteś niegrzeczna i sexy!

O.: Ale czasem jestem też zniecierpliwiona. Łukasz powiedział mi kiedyś: Jesteś najlepszą matką na świecie, bo Ty się w ogóle nie złościsz na dzieci. A mnie to zaniepokoiło. Pomyślałam, że coś jest nie tak, bo ja czuję złość. Ale jest to jakiś mój kawałek do pracy, jeśli jej nie okazuję.

Ł.: Ale to świetne, że jej nie okazujesz.

O.: No właśnie nie. Jest różnica pomiędzy agresją a złością. Pokazywanie dzieciom złości jest bardzo potrzebne, im potrzebne. Matka, która się złości, to matka, która czuje swoje granice, umie je wyznaczać. Matka, która umie się złościć, ale nie jest agresywna i przemocowa, to skarb! To człowiek z krwi i kości, autentyczny, i to jest wartościowe. Tłumienie złości nie jest zdrowe dla nikogo, a mnie wcześniej zdarzało się to robić.

Ł.: Ale wywalałaś ją na mnie, spokojnie.

O.: Pamiętam czasy, że zamiast czuć złość, przeżywałam smutek, bo on nie wywoływał we mnie poczucia winy. Dziś moja relacja ze złością jest dużo lepsza. Zaprzyjaźniłam się z nią i traktuję jak mojego sprzymierzeńca.

Olgo, jakim tatą jest Łukasz?

Ł.: Nie musisz się rewanżować, nie zasłużyłem.

O.: Ja powiem Łuki bardzo szczerze, bo uważam Łukasza za supertatę i superojczyma. Ty masz świetny kontakt z dziećmi, również dziećmi naszych przyjaciół i znajomych, generalnie dzieci Ciebie lubią. Jesteś takim gościem trochę nieokrzesanym, nie patyczkujesz się z nimi, potrafisz powiedzieć do dziecka: Zachowujesz się jak palant. Dzieciaki to lubią.

Ł.: O bąkach też z nimi rozmawiam i o kupach. Albo bekam z nimi, umiem wybekać alfabet. Dzieci to uwielbiają.

O.: Ja może jestem bardziej cierpliwym rodzicem niż Ty, ale też widzę, że Ty jesteś czujny. Jesteś blisko i w gotowości. Kiedy jestem zmęczona, kiedy mam dość, nie muszę tego mówić, Ty to wyczuwasz i wtedy zaczynasz być tym bardziej czułym i opiekuńczym rodzicem. Przejmujesz stery i to jest prawdziwe wsparcie, uważna obecność. 

Ł.: Bo nabijam sobie wtedy punkciki u nich, robię to z premedytacją i cynicznie: Zobaczcie, jaki jestem fajny. Matka też potrafi być zła.

O.: Masz większy temperament, większą spontaniczność, jesteś showmanem! Jak czytasz Zacharemu książkę wieczorem i sam się w nią wciągniesz, to nieważne, że jest 23.00, dalej będziesz mu czytał i podgrywał tak, że jeszcze sąsiedzi usłyszą. Wnosisz do naszego życia żywiołowość i energię. 

Ł.: Olga ma jeszcze jedną piękną cechę: daje naszym dzieciom bezinteresowną miłość. Mój ojciec powiedział mi kiedyś, że prawdziwe odcięcie pępowiny to śmierć matki. Rzeczywiście, jak moja mama umarła, moje życie się skończyło i jakby zaczęło na nowo. Dopóki żyła, to była jedyna osoba na świecie, która dawała mi skończoną, bezinteresowną miłość. 3 godziny w garnku ziemniaki pod kołdrą, bo ja się spóźniam z imprezy! Olga, jakby ugotowała ziemniaki i ja bym się spóźnił 3 godziny, to: albo by je wypieprzyła przez okno, albo dała kurom, gdyby były kury. Na pewno nie dostałbym tych ziemniaków, ewentualnie ziemniakiem. A matka trzyma pod kołderką, żeby nie straciły temperatury! Ta bezwarunkowa miłość jest tylko od niej, od ojca już bywa interesowna. Ja jestem bardziej warunkowy. Jeżeli np. Zachary zrobi coś pięknego, to mnie tak wzrusza, że ja mu nieba uchylę. Olga uchyli nieba niezależnie od tego, co dziecko zrobi.

Olgo, czujesz się czasem bezsilna?

O.: Pewnie. Wtedy wchodzę do wanny na dwie godziny, zbieram się w tej ciszy i cieple. Bezsilność, poczucie winy dopada mnie wtedy, kiedy dużo się dzieje. To jest cały czas takie balansowanie: na ile chcesz być w zgodzie ze sobą, bo masz swoje życie, pasje, pracę, przyjaciół, a na ile jesteś wystraczająco dobrą mamą. 

Ł.: Ojcowie mają z tym mniejszy problem. Jest taki truizm, taki banał: szczęśliwy rodzic, to szczęśliwe dziecko. Różne rzeczy uszczęśliwiają rodziców, czasem jest to niedoskonałe, bo szczęśliwość rodziców odbywa się kosztem dzieci, ale nagroda jest większa niż cena. Ceną może być nieobecność rodziców przez chwilę, żeby mogli zrealizować swoje pasje, swoje cele, nie mówię o himalaistach, których nie ma pół roku i ryzykują życie, ale mówię np. o naszych dziewięciodniowych wyjazdach, które staramy się robić co roku, podróże we dwoje. Byliśmy w Wietnamie, na Bali, w Rosji, na Islandii – szukamy sobie różnych miejsc na świecie. Ale prawda jest taka, że od 4. dnia ty lekko cierpisz i to jest coś do przepracowania. I to jest też różnica – nie wiem, czy między kobietami i mężczyznami – na pewno między nami. Bo ja uważam, że mi się ten wyjazd należy, więc nie ma we mnie grama cierpienia. Uważam, że na tyle dużo pracuję, żeby zarobić na fajne szkoły, edukację, warunki bytowe, żeby dzieciaki dobrze jadły, miały opiekę, żeby jeździły bezpiecznym samochodem do szkoły, w dobrym foteliku, żeby mogły chodzić na koniki, sriki, mieć buciki, kaski i lego, że zasługuję na to, żeby wyjechać sobie na 9 dni z moją małżonką , bo wiem, że są z babcią i jest im dobrze; są kochane i zaopiekowane. Wtedy latają mi koło motyla, przysięgam, mówię to najszczerzej na świecie.

O.: I to jest cecha, której ci bardzo zazdroszczę. Bo ja mam kryzysy, myślę sobie: Jestem złą matką, co ja tu robię?

Ł.: A ja myślę, że mnie się to należy jak psu buda i też raz do roku należy mi się wyjazd z kumpami, żeby na sekundę nie żyć życiem rodziny, żeby móc na was ponarzekać, móc się schlać i nie umyć zębów, móc skupić się na własnych potrzebach, przeżyć inny rodzaj emocji. I to czyni mnie lepszym mężem i ojcem, bo jak wracam, to mam power i energię do wszystkiego. Trzeba się czasem stęsknić i dzieci też muszą się przyzwyczaić do tego, że one są bardzo ważne, ale nie są początkiem i końcem świata.

Czym jest dla Was rodzicielstwo, co jest w tym najtrudniejszego i najpiękniejszego?

Ł.: Wyzbycie się swojego egoizmu, empatia i ta bezwarunkowa miłość – to jest trudne. Ale najtrudniejsza jest rezygnacja z siebie. Bardzo ciężko jest tworzyć zdrową, fajną komórkę rodzinną, chcąc być jednocześnie zaangażowanym i dobrym artystą, często odbywa się to kosztem rodziny. Z czegoś trzeba zrezygnować: albo być trochę gorszym rodzicem, albo trochę odpuścić jeśli chodzi o bycie artystą, trochę bardziej lajtowo potraktować ten zawód. Nie ma sytuacji idealnego kompromisu, zawsze coś kosztem czegoś. Taki banalny przykład techniczny: my mamy kłopot z nauczeniem się tekstu na pamięć. Coś, co powinno być oczywiste, powinniśmy go znać jak żyleta miesiąc przed ostatnimi próbami i nagle – przez to, że dzieci i usypianie do 23.00 – 3 próby do końca, a nam cały czas umyka tekst. Nie ma czasu albo jest takie zmęczenie, że on się wolniej przyswaja. Ale oczywiście, kiedy przychodzę w nocy do krzyczącej córki i ta mała rączka jeździ mi po policzku, to tak rozczula, że: ***** ten tekst i ten spektakl! To się potem jakoś równoważy. Ja nie mam poczucia, jakbym coś w życiu tracił. Mam poczucie, że się zmagam, że nie ma we mnie zgody, ale generalnie myślę, że jest ok.

O.: Ja się spełniam w rodzinie, spełniam się jako mama. To jest moja radość, nie wyobrażam sobie żyć inaczej, nie chciałabym. Ale faktycznie trudna jest ta żonglerka i ja też jestem tym zmęczona: jak tu być mamą, żoną, przyjaciółką, córką, kobietą, sobą, psychoterapeutką, aktorką?

Ł.: Kochanką?

O.: Kochanką też. Jak to wszystko połączyć? To jest trudne, a dla mnie szczególnie, bo jestem dość zachłanna na życie. Chciałabym wszystko, trudno jest mi wybrać. Nawet jak czasami czuję, że mi to wychodzi, to organizm mi szwankuje; widzę wtedy, jak dużym kosztem się to odbywa: jak jestem zestresowana albo napięta, jak odporność mi siada… To zawsze jest coś kosztem czegoś. Złapać ten balans nie jest łatwo. Ale każdego dnia próbuję, dbając o siebie i swoich bliskich. 

Ł.:  Przyznałaś się do zachłanności na życie!! Jakie to piękne! Warto było się spotkać choćby dla tego.

zdjęcia: Aneta Zamielska