31.01.2021

Wywiadówka Pełną Parą: Sylwia Przybysz i Jan Dąbrowski

Słuchajcie, jestem w szoku! Jestem w pozytywnym szoku, kiedy słyszę od 24-latka, że – od kiedy jest ojcem – każdy dzień ma dla niego sens, jest barwny i pełny. Kiedy opowiada, że chce swojej córce pokazać, na czym polega facet i jak powinien zachowywać się w stosunku do swojej wybranki. I robi to od pierwszych dni jej życia. Robi to, wstając noc w noc do córki mającej kolki, ramię w ramię ze swoją partnerką. Jestem pozytywnie zaskoczona, kiedy słyszę, jak 22-letnia dziewczyna, mówi, że chce mieć tyle dzieci, ile Bóg da i jest wdzięczna za ten dar, że może je mieć.
Sylwia Przybysz i Jan Dąbrowski to wyjątkowi młodzi ludzie: zakochani w sobie i w tym, co dla nich najważniejsze: w swojej rodzinie.  Jeżeli od takiej młodzieży ma zależeć następne tysiąc lat, jestem spokojna.

Zdecydowaliście się na pierwsze dziecko w młodym wieku, Ty Sylwio miałaś 21 lat, Janek – 23 lata…  

Sylwia Przybysz: Oboje pochodzimy z dużych rodzin: nas była piątka, u Jaśka –  czwórka dzieci. Marzyliśmy, żeby w naszym domu było podobnie, z tego też względu nie chcieliśmy zwlekać, bo im wcześniej się zacznie, tym więcej dzieci można mieć. Zawsze chciałam być młodą mamą, nigdy też samorealizacja czy spełnianie swoich ambicji nie były dla mnie pierwszorzędne. Dla mnie najważniejszą rzeczą, do której w życiu dążyłam, była rodzina. Mega się cieszę, że się udało. Z drugiej strony wiem, że ten fundament nie wyklucza możliwości realizowania swoich pasji. Ale najbardziej skupiamy się jednak na sobie, na rodzinie, bo to dla nas najwyższa wartość.

Jan Dąbrowski: Nasze kariery są już ustabilizowane, posiadamy bardzo dużą rzeszę fanów. Nie zależy nam na tym, żeby mieć ich jeszcze więcej. Wystarcza nam to poletko, na którym teraz jesteśmy; robienie tego, co lubimy, z pasją. Nasze zawody nie są aż tak wymagające, żeby nas dekoncentrowały i nie pozwalały poświęcać czasu dziecku. Przede wszystkim pracujemy zdalnie: tworzymy muzykę, kręcimy filmy – to wszystko możemy robić z domu, równocześnie wychowując córeczkę. A czy wcześnie zdecydowaliśmy się na rodzicielstwo? Nie za bardzo, biorąc pod uwagę to, że do showbiznesu weszliśmy, kiedy Sylwia miała 15 lat, ja miałem 16. Wtedy zaczynaliśmy tworzyć nasze kariery internetowe, przez ten cały czas udało nam się ustabilizować. A wydaje mi się, że to jest jeden z najważniejszych wyznaczników tego, czy człowiek zdecyduje się na dziecko – stabilizacja. Mieliśmy poczucie bezpieczeństwa, swoje 4 kąty i czuliśmy, że możemy sobie pozwolić na przyjście na świat nowego członka rodziny.

Sylwio, pamiętasz moment, jak dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży?

S.: Mimo, że nie było to zaskoczenie, bo staraliśmy się o dzidziusia, to emocje były ogromne! Będę pamiętać ten dzień do końca życia. Świadomość, że się udało i że będziemy mieli upragnionego dzidziusia – to było cudowne! Jak teraz o tym mówię, jak to sobie przypominam, łzy napływają mi do oczu…

Jak Janek się dowiedział?

S.: Spał, przyniosłam mu test do łóżka.

Janku, wiedziałeś, co się dzieje?

J.: Totalnie nie wiedziałem. Byłem zaspany, więc tylko się uśmiechnąłem i dalej poszedłem spać. Wydawało mi się, że to mi się śni. Ale potem, jak się obudziłem i okazało się, że to prawda, bardzo się ucieszyłem. Marzenie zostało spełnione, bycie rodzicem nagle się urealniło. Coś pięknego!

Mieliście jakieś preferencje co do płci?

S.: Ja nie miałam żadnych, myślę, że Jasiek też. Przy pierwszym dziecku płeć była nam obojętna, ale przy drugim – szczerze – mamy tak samo. Nie musimy mieć chłopca, bo mamy już dziewczynkę, nie. Najważniejsze, żeby dziecko było zdrowe, płeć zupełnie nie ma dla nas znaczenia.

J.: Pamiętam, że przy pierwszym dziecku mówiłem, że chłopiec może być nawet przy piątej ciąży, nie musimy się spieszyć, nie musimy się o tego chłopca starać. Przy piątej, szóstej, siódmej ciąży może zacznę się stresować, że jeszcze nie mam chłopaka, a może zupełnie nie? Z opowieści znajomych i obserwacji rodziny wiem, że córeczka to jest serduszko tatusia, więc bardzo się ucieszyłem, że będzie córeczka, że będę miał swoją córeczkę tatusia.

Mieliście jakieś lęki dotyczące rodzicielstwa?

J.: U mnie największe obawy pojawiły się, jak poszedłem z Sylwią do szkoły rodzenia. Dowiedziałem się, jakie rzeczy mogą zaszkodzić dziecku w fazie rozwoju; uzmysłowiłem sobie, że wychowanie to nie jest prosta sprawa, że czeka nas spora zmiana nawyków dnia codziennego i wielka odpowiedzialność. Trochę się przestraszyłem, bo tych informacji było sporo. Ale wraz z kolejnymi zajęciami, stawałem się pewniejszy i spokojniejszy. 

S.: Mnie też wiele dała szkoła rodzenia. Byłam na niej bardzo aktywna, zapisywałam sobie wszystko w notesie i czułam, że wiem dużo. Przez całą ciążę czerpałam też wiedzę z Internetu. Wydawało mi się, że nic mnie nie może zaskoczyć. Wiedziałam też, że mam ogromne wsparcie w mojej rodzinie, która mieszka blisko. Moja mama wychowała piątkę dzieci, więc wiedziałam, że, jeśli będzie jakaś kryzysowa sytuacja, nie zostaniemy sami. Jak coś mnie niepokoiło czy zastanawiało, miałam też pomoc mojej Pani ginekolog i położnej – cały czas udzielały mi informacji. Teraz wiem, że wiedza zdobyta od innych plus moje doświadczenie z Polą sprawią, że przy drugim dziecku będę już spokojniejsza, to mi wiele ułatwi.

Sylwia rodziła naturalnie. Janku, byłeś obecny podczas porodu?

J.: Byłem. Nie czułem strachu ani paniki. Wiedziałem, że jestem tam dla Sylwii i Poli. One były dla mnie najważniejsze.

S.: Obecność Janka bardzo mi pomogła: puszczał mi moją ulubioną muzykę, a w trakcie trwania aktywnego porodu przez jakieś 7 godzin wachlował mnie teczką, która dostał od położnej. Pomiędzy skurczami ciężko mi było złapać oddech, było mi słabo, więc ta teczka naprawdę pomagała. Dawał mi też duże wsparcie psychiczne. Cieszę się, że był, że zobaczył, jak to wygląda, bo przeżyć to razem z partnerką, to wspomnienie na całe życie.

J.: Tak, ja myślę, że to doświadczenie wzmocniło nasz związek. Mnie samego z  kolei wzmocniło poczucie bycia ojcem…Poród wspominam jako jeden z najpiękniejszych dni w naszym związku. Nie wiem, jak Sylwia, bo jednak towarzyszył temu duży ból…

S.: Dzień przed porodem trafiłam na patologię ciąży przez przedwczesne odpływanie wód płodowych. I przez 24 godziny przed przewiezieniem na porodówkę leżałam w bólach. Przewożono mnie wózkiem, bo nie miałam siły iść. Byłam wyczerpana, a poród aktywny był dopiero przede mną. Miałam kilka chwil załamania, zwątpiłam w siebie, w swoją siłę, w to, że dam radę. Ale jednak w głowie słyszałam, powtarzałam sobie: Oddech, oddech, oddech! Jestem uparta, jak powiem sobie, że muszę, że to jest najważniejsze, to się udaje. A w momencie, jak dali mi Polusię, to momentalnie o wszystkim zapomniałam. Gdy decydowaliśmy się na drugiego dzidziusia, zupełnie nie myślałam o porodzie jak o czymś złym. Wiadomo, że to przetrwam, a najważniejsze, że zakończy się on pięknie i drugi dzidziuś będzie z nami.

J.: Ja się popłakałem, jak już zobaczyłem Polę. Usłyszałem, że jest cała i zdrowa, i łzy same leciały; nie potrafiłem tego opanować, to było takie silne.

Przecinałeś pępowinę?

J.: Tak, ale nie bardzo to pamiętam, bo wszystko przesłaniały mi łzy i radość.

S.: Ja pamiętam ten dźwięk (śmiech).

Co czuliście, jak zobaczyliście Polę?

J.: Moich emocji nie da się opisać, tak bardzo się cieszyłem! To była radość przeogromna. Jedyne, co pamiętam, to słowa położnej, że Pola jest zdrowa i ten widok, jak ona już bezpiecznie leży sobie na Sylwii i zasypia.

S.: Ja przez cały okres ciąży myślałam, że jak już wreszcie zobaczę Polę, to popłaczę się ze szczęścia. A w rzeczywistości było tak, że kiedy nam ją dali, widziałam, że Jasiek płacze, łzy kapały mu na ziemię, ale ja nie płakałam, w ogóle nie wiedziałam, jak mam się zachować. Cały czas myślałam, że będę płakać i płakałam na samą myśl o tym, a kiedy to się stało, to był taki ogromny szok, takie niedowierzanie, że nie wiedziałam, co robić. Nie da się przewidzieć swojego zachowania w takich sytuacjach.

Jak wyglądały Wasze pierwsze wspólne chwile w domu?

S.: Pamiętam, że było u nas dużo osób: przyjechała moja rodzina i rodzice Jaśka. Bardzo chciałam, żeby oni wszyscy byli z nami od początku, żebyśmy mogli wspólnie przeżywać te pierwsze dni. Miałam też wtedy straszny stres. Jedliśmy obiad, Pola zapłakała, obie mamy mnie uspokajały, a ja mówiłam, że muszę widzieć dziecko, że muszą mi je podstawić pod nos (śmiech). Nie chciałam zostawić jej samej nawet na sekundę. Było ciężko, ale miałam duże wsparcie w rodzinie i za to jestem im wszystkim bardzo wdzięczna: że mogli wtedy z nami być.

Jak to wyglądało z perspektywy ojca?

J.: Pamiętam bardzo dobrze i dokładnie odebranie dziewczyn ze szpitala, naszą pierwszą wspólną podróż do domu. I to, że nasze rodziny były z nami, że dostaliśmy od razu pierwsze rady. To były piękne chwile, szczególnie, że wtedy Pola była jeszcze spokojniutka. Mogliśmy się nią cieszyć bez dodatkowych obciążeń…

A jak było później? Kiedy przyszło zmęczenie?

S.: Dość szybko, bo po ośmiu dniach Polusia trafiła do szpitala z żółtaczką. To był ciężki dzień: od godz. 15.00 do 1.00 w nocy tułaliśmy się  po szpitalach i ciągle nas odsyłali gdzie indziej. Bardzo źle to wspominam: 8-dniowe dziecko, ja świeżo po porodzie… To był dla mnie wielki szok, że z tym dzidziusiem musieliśmy tyle godzin czekać na korytarzach. Wreszcie o tej 1.00 w nocy dostałyśmy się na oddział. Zostałyśmy same na 3 dni, Jasiek mógł nas odwiedzać w ciągu dnia. Przyjechała też mama Jaśka, ale nie została już wpuszczona, tylko ojciec mógł być z nami. W nocy było ciężko, bo w tym okresie Pola zaczynała mieć kolki: płakała mi w tym inkubatorze, a ja płakałam razem z nią ze zmęczenia i z żalu, że nie mogę jej pomóc, że mogę ją wyciągnąć tylko raz na 3 godziny na karmienie. Było to dla mnie jako dla matki strasznie ciężkie doświadczenie. Jak się wszystko unormowało, wróciłyśmy do domu. Ale od tamtej pory noc w noc Polusia płakała ze względu na kolki, które przychodziły koło 23.00 i trwały nawet do 7 rano. Minuta w minutę krzyk taki, że moja mama stwierdziła, że to jakiś cud, że nie mieliśmy kryzysu i że się nie rozstaliśmy. Faktycznie było tak, że mega się w tym wspieraliśmy. Do 3.00 nad ranem Polusią opiekował się Jasiek, a o 3.00 wstawałam ja i czuwałam dalej. Każdy dzień był trudny, ale najważniejsze, że byliśmy w tym razem. Cieszę się, że Jasiek jest taki dojrzały i że w tych ciężkich chwilach nie zostawił mnie samej, miałam w nim ogromne oparcie.

Czyli od razu zostaliście poddani próbie ogniowej?

S.: Moja mama mówi, że pięcioro dzieci urodziła, ale żadne nie było takie (śmiech).

J.: Taaaak, Pola była niesforna. Na szczęście pomogło połączenie naszych charakterów i przyzwyczajeń: ja jestem “nocnym Markiem”, Sylwia lubi iść spać wcześniej i wcześniej wstaje, dzięki temu udało nam się przetrwać. Ja zajmowałem się Polą tymi późnymi godzinami wieczornymi, wtedy Sylwia sobie odsypiała i w momencie, kiedy się budziła przejmowała Polę.

Sylwio, miałaś baby bluesa?

S.: Nie, raz tylko się popłakałam, zwątpiłam w siebie… To był pozytywny dzień, ale coś mnie naszło i wmawiałam sobie, że nie jestem dobrą mamą. Na jakieś badanie zapomniałam dodatkowej pieluszki, a akurat Polcia pieluszkę ubrudziła i czułam się z tym bardzo źle, nie miałam jeszcze takiego obycia z dzieckiem, nie wzięłam tej pieluszki i zadręczałam się tym cały dzień. Ale szybko nauczyłam się wszystkiego, teraz zawsze jestem przygotowana niemal na każdą ewentualność. Nie miałam załamania czy gorszych dni, tylko tę jedną sytuację. Oby tak było również teraz po drugiej ciąży.

Jak się kolki u Poli skończyły, zaczęła się sielanka?

S.: Nie, nie było sielanki. Kolki się skończyły, skończył się ten płacz, którego nie dało się w żaden sposób opanować, ale Polcia w sumie do teraz, czyli do ukończenia pierwszego roku życia, totalnie nam nie spała. Potrafiła obudzić się 5-6 razy w nocy z płaczem. Nie pamiętam, żeby była jakaś przespana noc…No może ze dwie od porodu? Pola była też taka, że nie chciała spać w dzień, więc nie dało się odpocząć. Ale nie mogę narzekać, bo miałam dużą pomoc sióstr i mojej mamy. Gdy było już krytycznie, przyjeżdżały, a my mogliśmy odespać. Teraz Pola ząbkowała, bardzo późno, i dopóki nie wyszły jej zęby na górze i na dole, znowu nie mogliśmy opanować jej płaczu… Ale jak już się to stało, teraz nagle ładnie nam śpi, nawet zdarza się, że do 11.00, więc mamy rano tyle czasu, że nie wiemy, co ze sobą zrobić (śmiech). Bo jednak przez rok przyzwyczailiśmy się, że pobudki były tak o 5-6.00 rano, takie pobudki już na dzień. Nie dało się wtedy niczego zaplanować.

Jak Was zmieniło rodzicielstwo?

J.: Ja zacząłem przede wszystkim lepiej pożytkować czas. Chcąc pomagać w domu, musiałem ograniczyć pracę. Z racji tego, że to praca zdalna i mam ją w mieszkaniu obok, ustaliłem sobie mniej więcej jej godziny i staram się w nich mieścić, żeby móc pomagać przy Poli. Dzięki temu jestem bardziej efektywny, uregulowałem sobie sen…Dziecko miało więc bardzo pozytywny wpływ na taką moją codzienną rutynę. Jak Pola się urodziła, nastała kwarantanna, więc wszystkie wyjazdy, projekty, eventy zostały odwołane. Nie zauważyliśmy żadnych strat jeżeli chodzi o życie podróżnicze czy towarzyskie, bo i tak wszystko było zakazane.

S.: U mnie było tak, że w ciągu dnia, kiedy Jasiek pracował, nie mogłam sobie znaleźć zajęcia i bardzo mnie to denerwowało. Wychowałam się w domu, gdzie zawsze było dużo ludzi, był gwar i strasznie mi tego brakowało, kiedy zostawałam sama. Często więc jeździłam do rodziców, którzy mieszkają 100 km od Warszawy, jeździłam do nich na wieś nawet 3 razy w tygodniu, żeby słyszeć, że ludzie ze sobą rozmawiają. W domu czułam się samotna, nie miałam się do kogo odezwać, a nie chciałam Jaśkowi zaburzać pracy. Teraz, kiedy on sobie wszystko usystematyzował, ja też mogę zaplanować swój dzień. Zajmowałam się śpiewaniem i koncertowaniem, i w momencie, kiedy przyszła pandemia, zostało mi siedzenie w domu. Więc z domu sobie działam, rozwijam mój kanał na YouTube, również o treści parentingowe. Cieszę się, że mogłam się w ten sposób uaktywnić. Ale przychodzą też sytuacje kryzysowe; momenty, kiedy brak mi sił, zawsze wtedy mogę napisać do Jaśka, bo jest w mieszkaniu obok, wtedy przychodzi i mi pomaga.

Jakim tatą jest Janek?

S.: Bardzo opiekuńczym i bardzo wspierającym. Przyznam szczerze: nie spodziewałam się, że tak bardzo zaangażuje się w rodzicielstwo. Co do tych nieprzespanych nocy, nastawiałam się, że raczej będę w tym sama, bo zazwyczaj tak jest, a jednak jego pomoc była ogromna. Zawsze będę go chwalić i będę dumna, że mam faceta, który jest świetnym tatą dla naszych – bo za chwilę będzie drugie –  dzieci.

Janku, jakim jesteś tatą w swojej ocenie?

J.: Wydaje mi się, że jestem kochanym tatą. Czuję, że Pola to moje serduszko, moja miłość, jestem w stanie poświęcić wszystko, żeby zagwarantować bezpieczeństwo i szczęście tej małej kruszynce. A jakim jestem tatą, będzie można ocenić za kilkanaście lat, jak Pola będzie już starsza. Zobaczymy wtedy, jak udało mi się ją wychować i jaki wzór męskości jej zaprezentowałem.

Jaką mamą jest według Ciebie Sylwia?

J.: Jest genialną mamą! Ona oddaje dzieciom całą siebie. Teraz, kiedy jest w drugiej ciąży, muszę to trochę tłumić, bo ona dla Poli chciałaby góry przenosić, a w tak zaawansowanej ciąży nie powinna nosić, więc z całą rodziną staramy się ją powstrzymywać, żeby się opanowała i nie forsowała. Ona się bardzo troszczy o Polę. Tak jak mówiła: raz zapomniała pieluchy i bardzo się tym obarczała psychicznie. Sysia jest przekochana i bardzo rodzinna. Lepszej mamusi dla moich dzieci nie mogłem sobie wymarzyć. Jestem bardzo szczęśliwy, że jest moją narzeczoną i – mam nadzieję – niedługo będzie żoną.

Sylwio, jaką Ty jesteś mamą?

S.: Nadopiekuńczą (śmiech). Tylko to teraz przychodzi mi na myśl. Nawet dzisiejsza noc mi to pokazała. Teraz, kiedy jestem w zaawansowanej ciąży, w nocy do Poli wstaje Jasiek, daje jej mleczko i dopilnowuje wszystkiego. Dziś coś ją ewidentnie męczyło i przepłakała troszkę nocy, Jasiek ją nosił, a ja na to: Nie, nie, to ja muszę ją nosić, ja – mama. Jak Pola płacze, choć wiem, że nic złego się nie dzieje, to bardzo to przeżywam. Jestem w stanie zrobić dla niej wszystko, byle była zadowolona i nie było jej smutno. Wszystko, co mam do zrobienia czy do pracy, czy dla siebie, wszystko to odkładam na czas, kiedy śpi albo jest u nas pomoc, żeby Polusia zawsze byłą z mamą, kiedy tego potrzebuje. 

Jaka jest Pola? Widzicie w niej coś z siebie?

S.: Moja mama mówi, że jest taka jak ja: ja byłam żywiołowa, nie potrafiłam usiedzieć w miejscu, wszędzie mnie było pełno i Pola jest taka sama; szczególnie teraz, kiedy zaczyna chodzić, a właściwie biegać. 

J.: Jest żywiołowa, ale potrafi też sama się sobą zająć. Ma w domu zabezpieczony kącik, w którym bawi się książeczkami, a my ten czas możemy poświęcić np. na zrobienie obiadu. Jeżeli chodzi o energię to jest cała Sysia, a w kwestii umiejętności zabawienia się jest podobna do mnie; moja mama mówi, że dostawałem zabawki i znikałem na długi czas, potrafiłem sam sobie zorganizować zabawę. W temacie fizycznego podobieństwa, to zależy jak światło pada: raz widzę w niej Sylwię, raz tatę Sylwii, raz jej mamę, a raz dziadka, a czasem moich rodziców. To jest taka mieszkanka, że każdy z nas może znaleźć w Poli coś z siebie.

Zdarzają się Wam gorsze dni, macie czasem dość?

S.: Były takie momenty. Wtedy, gdy w grę wchodziło zmęczenie: walczyliśmy z nią od 23.00, a nagle za oknami robił się świt… Było ciężko. Chciało się iść do innego pokoju, odciąć się, przespać… Na szczęście nie trwało to długo i zawsze w pogotowiu była rodzina. Teraz, kiedy nie mogę już robić przy Poli wszystkiego ze względu na mój stan, niemal zawsze ktoś u nas jest i pomaga, cała rodzina ma u nas dyżury. Teraz, kiedy sobie rozmawiamy, jest u nas siostra, która się nią zajmuje. Kiedy czuję znużenie i chcę się zdrzemnąć, robię to, bo wiem, że opieka nad Polą jest cały czas. Więc takich naprawdę trudnych momentów było mało ze względu na dużą pomoc od naszych rodzin.

J.: Próbuję sobie przypomnieć takie najtrudniejsze momenty, ale coś w tym jest, że się je zapomina. Gdyby nie filmy, nagrane np. o 3 w nocy, jak tańczę z Polcią do jakiegoś walca, to bym nie pamiętał, że były te wszystkie nieprzespane noce. Poza tym ona i jej uśmiech przyćmiewają te wszystkie trudniejsze chwile, nawet jeśli zdarzyły się jeszcze tydzień temu. Oczywiście były takie dni, kiedy czułem się bezsilny, nie wiedziałem, jak jej pomóc, żeby wreszcie zasnęła, żeby już nie płakała… Z tej bezsilności wynikały małe smutki, ale po kilku dniach wszystko szło w niepamięć, bo następnego dnia rano widziałem uśmiechniętą dziewczynkę i byłem szczęśliwy.

Za chwilę będziecie podwójnie szczęśliwi – na świat przyjdzie Wasze drugie dziecko. Jaka będzie różnica wieku między nimi?

S.: Rok i 2 miesiące.

Świadomie się na tę różnicę zdecydowaliście?

S.: Ja wyszłam z założenia, że skoro i tak nie śpimy, to trzeba to zrobić za jednym zamachem (śmiech).

J.: Szczególnie, że nasze rodziny też nam sugerowały, że lepiej decydować się od razu, żeby dzieci wychowywały się razem i żeby te najtrudniejsze momenty przeżyć ciągiem. Poza tym wiemy, że jak teraz zaczęliśmy, to za kilkanaście lat będziemy mieli bardzo fajną rodzinkę, bardzo fajną gromadkę, z którą będziemy mogli zwojować świat.

S.: Sami widzimy pozytywy małej różnicy wieku między dziećmi. U mnie między naszą piątką zazwyczaj był rok różnicy i teraz to sobie cenię, bo mam siostry przyjaciółki, nie ma między nami żadnych barier. Bardzo też bym chciała, żeby Polusia, mając rodzeństwo w zbliżonym do siebie wieku, miała takie fajne życie.

Jak przeżywacie drugą ciążę?

S.: Ta ciąża płynie bardzo szybko, wszystko dzieje się już. Wychodzę od mojej Pani ginekolog i za chwilę znowu do niej wracam. Właściwie to powinnam pakować torbę do szpitala, za moment będę rodzić! Przy drugim dziecku jakoś nie ma czasu na przeżywanie i oczekiwanie, nie myśli się tak o tym.

J.: Rzeczywiście, dobrze to Sylwia opisała: nie ma czasu na myślenie, jest za to dużo obowiązków przy Polusi, a czas leci! 

W trakcie drugiej ciąży zdecydowałeś się na oświadczyny…

J.: Bardzo długo próbowałem się oświadczyć, chciałem, żeby to było piękne wspomnienie dla Sysi, ale nie było idealnego momentu. Bardzo przeszkodził mi koronawirus, wiele rzeczy było niemożliwych; podróże były utrudnione, więc musiałem wycofać się z planów, które miałem. Potem starałem się zwabić Sylwię do restauracji i tam razem z moimi znajomymi, kwartetem smyczkowym, odegrać jej ulubioną piosenkę – tak się oświadczyć. Ale Sylwia się trochę rozchorowała i musiałem to przesuwać, i przesuwać. W końcu uznałem, że lepszego momentu niż Boże Narodzenie już nie będzie nigdy: zdecydowałem, że to będzie ten dzień, bo będziemy z całą rodziną.

fot. Sylwia/Jan/Rodzina

Sylwia, podejrzewałaś coś?

S.: Nie. Pamiętam, że mówiłam Jaśkowi, że im dalej w las, tym będzie mu ciężej mnie zaskoczyć, że przy każdej okazji będę się zastanawiała, czy to aby nie teraz. Ale totalnie nie przyszło mi do głowy, że mógłby to zrobić w te Święta, nie przeszło mi to przez myśl. Dodatkowo oświadczył mi się w takim momencie, że w ogóle nie wiedziałam, o co chodzi, co się dzieje. Totalnie mnie zaskoczył, jestem w szoku, że mu się to udało, bo wydawało mi się, że na pewno się domyślę.

Czym jest dla Was rodzicielstwo?

J.: Rodzicielstwo to przede wszystkim duży obowiązek i odpowiedzialność. Przez to, że jestem ojcem dziewczynki, dodatkowo ważne jest dla mnie, żeby być dla niej wzorem faceta, żeby ona wiedziała, w jaki sposób w przyszłości powinien traktować ją jej wybranek, żeby wiedziała, że mężczyzna powinien być zawsze oparciem dla swojej kobiety. Rodzicielstwo to też dla mnie mnóstwo zaufania i miłości.

Dom się buduje, drzewo zasadziłeś?

J.: Drzewo zasadziłem bardzo dawno temu, jeszcze na działce rodziców Sylwii, dom się właśnie buduje. A jeżeli chodzi o syna: na wszystko jeszcze przyjdzie czas.

Sylwio, czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

S.: Jasiek bardzo ładnie to ujął: to jest odpowiedzialność, ale dla mnie to również poświęcenie. Poświęcenie, na które – mimo młodego wieku – byłam gotowa. Dążyłam do tego, macierzyństwo jest dla mnie spełnieniem marzeń i życiowym priorytetem.

Jak chcecie wychować swoje dzieci?

S.: Najważniejszy dla mnie jest szacunek do drugiego człowieka. Chciałabym wychować nasze dzieci tak, jak nas wychowali nasi rodzice. Często słyszymy, że jesteśmy uprzejmi i skromni. Osiągnęliśmy dużo jak na nasz młody wiek, ale jesteśmy normalni, co jest kwestią wychowania i rodziny, która nas trzyma i nie pozwala za bardzo odpłynąć.

J.: Ja chciałbym nauczyć nasze dzieci szczęścia. Żeby wiedziały, co im to szczęście przynosi, żeby się realizowały i dążyły do samorozwoju. I żeby były tolerancyjne, żeby nikomu w jego szczęściu nie przeszkadzały.

Co jest dla Was najpiękniejsze a co najtrudniejsze w rodzicielstwie?

S.: Najtrudniejsze jest to, że na naszych barkach spoczywa przyszłość naszych dzieci. Musimy być bardzo zaangażowani i uważni, żeby wychować je najlepiej jak potrafimy, żeby wyrosły na dobrych ludzi. A najpiękniejsza jest świadomość, że razem, kochając się, mogliśmy dać komuś życie, że mamy w domu takie cudne stworzenie, że ono jest nasze, że możemy kochać je wspólnie. I ten uśmiech, który codziennie nas budzi…I a radość i niewinność dziecka!

J.: Dla mnie najtrudniejsze było wstawanie w nocy, ten przerywany sen. A najpiękniejsze jest to, że czas, który poświęcamy dziecku, procentuje; dziecko dojrzewa na cudowną istotę. Dni nabierają sensu, są pełne. Gdy przypominam sobie czas przed urodzeniem Poli, sam nie wiem, na czym się skupiałem. Pewnie rozwijałem swoje social media… I też się z tego cieszyłem, ale teraz wiem, że mój czas jest dobrze pożytkowany i każdy dzień jest inwestycją w piękną przyszłość. Każdy dzień jest barwny i ma sens.

To ile dzieci ostatecznie będziecie mieli?

J.: Tyle, na ile zgodzi się Sylwia; tyle, ile będzie chciała mieć. Najwięcej zależy od niej. 

S.: A moja odpowiedź jest taka: ile Bóg da. Nie wszyscy mają takie szczęście, że mogą mieć dzidziusia. Jestem wdzięczna, że my możemy i na pewno będziemy korzystać z tej możliwości, ile się da.