21.06.2020

Wywiadówka: Tamara Arciuch

Tamara Arciuch to matka doświadczona i mądra. Rozmowa z nią, choć przez telefon, byłą taka bliska i ciepła… Pełna szczerych wyznań i bardzo ważnych słów. Ta „Wywiadówka” wiele mi dała i bardzo zaskoczyła. Ta „Wywiadówka” skłania do refleksji i przemyśleń, ale też wzrusza i zaskakuje. Zupełnie jak jej bohaterka.

Pierwszego syna – Krzysztofa, urodziła Pani stosunkowo wcześnie, mając 24 lata. Jak Pani przeżywała to pierwsze macierzyństwo?

Z jednej strony – ze względu na wiek – to było łatwiejsze, bo młody człowiek szybko adaptuje się do nowych warunków, z drugiej – trudniejsze; to była jednak złożona sprawa. W tym czasie wszystko mi się w życiu zmieniało: świeżo wyszłam za mąż, skończyłam szkołę, dostałam pracę w teatrze w Gdańsku…Dziecko było kolejną zmianą. Nie wywróciło wszystkiego do góry nogami, bo to generalnie był czas rewolucji. Poza tym chciałam być mamą, to nie była wpadka czy sytuacja niespodziewana, świadomie zdecydowałam się na macierzyństwo. Krzysztof był wymagającym dzieckiem, prawie w ogóle nie spał, więc zmęczenie towarzyszyło mi stale. Późniejsze dzieci były bardziej łaskawe. To pierwsze macierzyństwo wspominam też jako czas z dzieckiem pod pachą; wszystko było w biegu: próby w teatrze, tata Krzysia czekający z wózkiem aż skończę próbę, żebym mogła synka nakarmić, potem castingi w Warszawie…Wtedy mieszkałam w Trójmieście, więc trzeba było ten wyjazd jakoś zorganizować. Jechałam z laktatorem, ściągałam mleko… To wszystko było szalone. Ale w ogóle nie odczuwałam tego jako utrudnienie. Dla mnie to było naturalne i normalne. Dzięki temu, że stałam się mamą tak wcześnie, to my z Krzysztofem uczyliśmy się od siebie nawzajem. Ja byłam młoda, więc dziecko otwierało mi pewne drzwi i głowę na wiele spraw. To była symbioza, coś naturalnego przez to, że byłam młoda i chłonna, miałam też dużo siły. Bardzo dużo również pomagała mi wtedy moja mama. Gdyby nie ona, nie byłoby mi dane rozwinąć się tak zawodowo. Bo to był taki czas, że trzeba było walczyć o nazwisko, żeby jednak tę pracę zdobywać. Jakoś się udawało. Ja swoją pierwszą rolę w serialu dostałam jeszcze na 4. roku studiów, moja twarz gdzieś tam mignęła i byłam w związku z tym zapraszana na castingi, zaczęłam dostawać role. Grałam w serialu w Warszawie, moi rodzice mieszkali wtedy jeszcze pod Warszawą – w Skierniewicach, więc – kiedy pracowałam – Krzyś był u babci. To była logistyczna układanka, nie było łatwo. Pamiętam też, że bardzo za nim tęskniłam, to wszystko było wariackie i szalone. Jego tata też był zajęty, też pracował zawodowo, też w teatrze. Nasze życie było poszatkowane. Na szczęście aktorzy mają też okresy przestoju – najpierw pracujemy kilka miesięcy, a potem jest przerwa, wtedy byliśmy razem na 100%: wspólne obiadki, zabawy, kasety video – wypożyczaliśmy Kubusia Puchatka i oglądaliśmy go w kółko. Z Krzysiem zawsze mieliśmy i mamy super kontakt.

Miała Pani momenty trudniejsze; momenty wycieńczenia czy płaczu?

Tak, oczywiście. Najgorsze były te nieprzespane noce… Pierwsze 8 miesięcy wyglądało tak, że pół godziny spałam, a przez godzinę Krzysia lulałam. Nie budził się raz czy dwa razy w nocy, on budził się co godzinę, a ja nie wiedziałam, jak go uspokoić, po prostu nie miałam doświadczenia. Być może brakowało mi też pokarmu. Ale to był koniec lat 90-tych; wtedy mówiono kobietom, że muszą karmić piersią, nie dawać smoczka, bo potem dziecko nie będzie chciało piersi, pokarmu będzie mało, w żadnych przypadku nie dokarmiać…Miałam przeładowaną tym wszystkim głowę. Jak urodził mi się drugi syn, dawałam mu pierś, a jak widziałam, że się nie najadł, dokarmiałam go butelką i byłam spokojna. Ale pierwsze macierzyństwo było inne. Jak zaczęłam Krzysia po iluś miesiącach wreszcie dokarmiać butelką, to przez te wszystkie uwagi, że dokarmiać pod żadnym pozorem nie można, czułam się jak jakaś wyrodna matka.

Drugi Pani syn, Michał przyszedł na świat 10 lat później. Czym to drugie doświadczenie macierzyństwa różniło się od pierwszego?

Moja ciąża z drugim synem odbywała się w totalnym zamęcie mojego życia. Wtedy prasa sobie mnie upodobała; nas, bo byłam z Bartkiem. Nie dawali nam spokoju. Druga ciąża była ciężka – byłam tropiona, śledzona…Potem jak mały się urodził, w szpitalu też nie mogłam cieszyć się macierzyństwem w taki pełny sposób, bo byłam zaszczuta jak zwierzyna. To było trudne. Ale już samo podejście do dziecka, to była dużo większa doza spokoju. On też był taki, że dłużej spał i nie było tego wszystkiego, co było przy Krzysiu, nie było strasznie nieprzespanych nocy. To było moje drugie dziecko, ale Bartka pierwsze, więc bardzo dbałam o to, żeby Bartek od samego początku mocno we wszystkim uczestniczył, bardzo dużo rzeczy przy dziecku robił, kąpał je, lulał do snu, chodził na spacerki; wszystko umiał przy nim zrobić. Ubranka nawet mu kupował, znał rozmiar itd. Nie chciałam, żeby to było tak, że tylko mama, że mama jest od wszystkiego. On w pełnym wymiarze uczestniczył w opiece nad Michałem.

7 lat później przyszła na świat Wasza córeczka, Nadia.

Tak. Wyczekana, wychuchana, upragniona, wytęskniona!

Marzyła Pani o córeczce?

Miałam dwóch synów, więc rzeczywiście myślałam o córce. Generalnie marzyłam o trzecim dziecku, ale jakoś nie wychodziło…Wiek robił swoje. Po drodze były też jakieś nieudane historie, więc było też trochę traumy. I w momencie, kiedy stwierdziliśmy: No dobra, już trudno… Mamy dwójkę dzieci, jest dobrze. To wtedy się udało. I to macierzyństwo to już w ogóle było na luzie, jak myślę o nim, mam poczucie błogostanu. Ciąża była bardzo spokojna, nikt za mną nie biegał. Nadia była spokojnym dzieckiem, ja byłam spokojna. Śmiałam się, że ona, przychodząc na ten świat, stwierdziła, że mamę ma trochę straszą, więc musi być miłosierna i dać jej spać, żeby miała siłę. Przestałam być aktywna zawodowo, bo chciałam to macierzyństwo przeżyć naprawdę w 100%: być z córeczką w domu, karmić godzinami w fotelu, nie przejmować się, że muszę gdzieś pędzić, gdzieś wyjść, coś robić. Cały czas poświęciłam jej. Choć „poświęciłam” to jest złe słowo, bo nie było w tym żadnego poświęcenia, to była przyjemność. Miałam czas, żeby dobrze się przygotować, kupiłam dla niej wszystko, co chciałam. Bo jak miałam pierwsze dziecko, to człowiek był biedny jak mysz kościelna, dopiero po studiach, więc wszystko było od kogoś, wszystko było żenione, a teraz wszystko było tak, jak sobie wymarzyłam.

Nadia urodziła się przez cesarskie cięcie, podobno lekarz umniejszał Pani wkład w poród.

Tak. Lekarz, który de facto nie był przy porodzie, ale robił mi wcześniej konsultacje. On użył takiego sformułowania: Kiedy lekarze już urodzą za Panią to dziecko… Malutka była ułożona w drugą stronę, nie mogłam rodzić naturalnie… Zresztą kobieta nie musi się tłumaczyć, jaki chce mieć poród. Ładowanie nam do głowy rzeczy, wpędzających w poczucie winy, że jesteśmy gorsze, bo nie karmimy albo nie urodziłyśmy naturalnie?! Ja jako matka trójki dzieci, mająca je w różnych momentach swojego życia, w różnych odstępach czasu, wiem, że każde macierzyństwo jest inne, każde dziecko jest inne i nie ma gotowych patentów. Trzeba się wsłuchać w dziecko, to, co działało przy jednym, przy drugim nie działa. Nadia np. była taka, że odkładało się ją do łóżeczka i zasypiała sama, nie było żadnego usypiania czy bujania. Teraz jest już starsza, ma 4 lata, więc może sobie coś zażyczyć i sobie życzy np. kołysanki i mama siedzi i śpiewa kołysanki.

Nadia To córeczka mamusi czy tatusia?

Córeczka wszystkich: tatusia, mamusi, braci, babci, dziadka. My mieszkamy przez ścianę z moimi rodzicami, więc ona cały czas ma kontakt z dziadkami. Mamy taką wielopokoleniową rodzinę: rodzice Bartka też mieszkają niedaleko, więc są u nas właściwie codziennie i to jest super. Jest jeszcze wujek, którym się opiekujemy. Dla dzieci to jest świetne, one mają żywy kontakt z dziadkami i widzą, że to nie jest tylko tak, że dziadkowie pomagają nam, np. kiedy oboje z Bartkiem wyjeżdżamy ze spektaklem i cały dom jest pod ich opieką, ale dziadkom też trzeba czasem pomóc. To jest dla nich naturalne.

Jaką Nadia ma relację z braćmi?

Mają specyficzną relację, bo między nimi jest duża różnica wieku, ale mimo to, mają tę relację bardzo mocną. Jak Nadia się urodziła, Krzysiek był już prawie dorosły, a Michał miał 7,5 roku. Bardzo czekał na siostrę, przytulał się do brzucha, był bardzo przejęty. Jak wróciliśmy ze szpitala, to przygotował transparenty „Witamy Nadię!”. Od początku ją taszczył, nosił, cały czas całował. I do tej pory chce ją przytulać, ale ona ma już swój charakterek, więc nie zawsze daje się przytulić i on się tym wtedy przejmuje. Ale faktycznie potrafią się razem ładnie bawić. Nadia też – nie wiem, czy przez to, że ma braci – ale lubi chłopięce zabawy, bawienie się samochodami, w ogóle nie używa lalek. Jak jej kupiłam barbie do czesania, to powiedziała, że to głupie: Ja tego nie chcę, to jest głupie. Więc temat barbie mam z głowy (śmiech). Nie obchodzi jej też, w co ją ubieram, ona ma to w nosie. Za to lubi bajki o smokach, o dinozaurach, wszystko, gdzie jest akcja i coś się dzieje. Zna te bajki na pamięć i sadzi takimi cytatami, że to jest bardzo zabawne.

Widzi Pani różnicę w wychowywaniu synów a córki?

Na razie nie widzę. Jedyne, co mam z tyłu głowy to to, że chciałabym wychować pewną siebie dziewczynkę, żeby nie miała tego, co ja miałam: że mówiono mi, że czegoś nie wypada, że dziewczynki tak nie robią… Kobiety są też niewolnikami przesadnego zwracania uwagi na to, jak wyglądają. Ja jako młoda dziewczyna też miałam do siebie jakieś uwagi, że coś nie jest takie, jakie być powinno. Mimo, że byłam piękną dziewczyną, to zawsze miałam do siebie jakieś zastrzeżenia: że to jest nie tak, tamto jest nie tak… Nie chcę, żeby ona przez to przechodziła. Jeszcze nie wiem, jak to zrobić, ale bardzo bym chciała, żeby była z siebie zadowolona i żeby było jej ze sobą dobrze. Bo ja dopiero koło trzydziestki piątki, trzydziestki szóstki zaczęłam się ze sobą dobrze czuć, a to trochę szkoda czasu.

Krzysztof ma dziś 21 lat, czy ma już Pani od niego jakiś feedback wychowawczy; że coś zrobiła Pani dobrze a coś innego niekoniecznie?

My z Krzysztofem bardzo dużo rozmawiamy. Jego dotyczyła kwestia rozstania z jego tatą, co było dla niego sytuacją trudną i jeszcze ta nagonka prasowa… On naprawdę bardzo dużo ciężkich sytuacji przeżył. Ja byłam przekonana, że przed wieloma rzeczami go ochroniłam, a potem okazywało się, że ciężar ochrony położyłam nie tam, gdzie trzeba, że trzeba było więcej rozmawiać z nim na inne tematy. On mi o tym powiedział. Ja nie chciałam mu pewnych rzeczy mówić, a on i tak to wiedział. Z dzieckiem trzeba być szczerym, na miarę jego wieku podawać mu informacje tak, jak jest gotowy je przyjąć, ale podawać. Nie uważać, że jak coś powie się później, będzie lepiej. W trudnych momentach w życiu człowiek potrafi się jednak zgubić… Najważniejsze między nami jest jednak to, że zawsze mieliśmy bliski kontakt i on nigdy nie miał do mnie pretensji. Cały czas mi mówi, że ma najlepszą mamę na świecie. Przychodzi i się przytula – mimo, że jest już wielkim koniem. Teraz mamy kontakt partnerski, tzn. taki, że ja już dawno przestałam mu czegokolwiek zabraniać. On jest rezolutnym facetem i wie, czego chce w życiu. Sam zarabia na siebie, ma pasję, zespół, gra na perkusji.

Jaką Pani jest mamą?

Ja jestem mamą raczej bardziej szaloną niż taką, że śniadanie jest o 9.00, a obiad o 13.00. Nie, nie. U mnie to wszystko jest elastyczne i nieregularne. Ale to akurat przez pracę. Chociaż dzieci mają swoje rytmy, które wypracowaliśmy dzięki Bartkowi; to on zawsze pilnował, żeby one miały swoje stałe punkty. Jestem też matką rozmawiającą z dziećmi, lubię wiedzieć, co się u nich dzieje. U nas w domu w ogóle nie ma surowości, nie ma kar. Wszystko odbywa się przez rozmowę. Dużo też się razem wygłupiamy.

Jakim tatą jest Pan Bartek?

Wydaje mi się, że on znalazł złoty środek na bycie tatą z autorytetem i tatą wariatem, który nieprzerwanie ma pomysły na zabawy z dziećmi. Jak mi się kończy wyobraźnia, to on zawsze coś jeszcze wymyśli. Na pewno wszystkie dzieci odziedziczyły abstrakcyjne poczucie humoru po tacie, więc jak już zaczną, to potrafią sobie żartować jedno przez drugie i to jest fajne. Ale też jesteśmy takimi rodzicami, na których dzieci zawsze mogą liczyć. I one to wiedzą. Nawet jak coś nie idzie, czy jak w szkole coś się wydarza, to Michał wie, że może przyjść i to powiedzieć, nikt z nas go nie oskarży, że to on coś zawalił. Nie będzie awantury, ale rozmowa i nakierowanie go.

Na jakich ludzi chcecie wychować swoje dzieci?

Jak patrzę na mojego 21-letniego Krzysia, to oprócz tego, że jest bałaganiarzem, to jest dobrze wychowanym, ukształtowanym człowiekiem, który poradzi sobie w życiu, nie krzywdząc przy tym innych. I takie dzieci chcę wychować. Ale jak patrzę, jaki jest świat, jak strasznie ceni sobie selfizm, takie myślenie, że moje jest najważniejsze, „ja” a „ktoś” to dopiero za chwilę, to … nie temperuję w dzieciach zachowań, które są asertywne, czasem nawet egoistyczne, tylko przez rozmowę staram się to ukierunkować tak, żeby szło w samorozwój, ale żeby one też potrafiły dbać o swój interes; na tym mi zależy. Bo sama widzę po sobie, że człowiek wychowany na dużego empatię w duchu „zespół” i „wszyscy są ważni” średnio się sprawdza w dzisiejszych czasach. To jest gorzkie, ale tak jest. Więc marzy mi się, żeby one w fundamentalnych sprawach były w porządku, ale żeby też umiały o siebie zawalczyć.

Czym jest dla Pani macierzyństwo?

Dla mnie macierzyństwo jest taką drogą, że nie wyobrażam sobie, że podążam inną. Tak naprawdę to jest sens mojego życia. Jeżeli chodzi o robienie czegoś dla siebie, to ja potrafię to zaniedbywać. Dla mnie te dzieci są po prostu najważniejsze i ja trochę uciekam w macierzyństwo, żeby nie zajmować się sprawami, które wydają mi się nieważne. A potem myślę , że tak nie można, muszę też dbać o siebie, żeby pokazywać dzieciom, że mama nie jest tylko od obiadu i tego, co w domu. Ważne dla dzieci jest też to, żeby podziwiały rodziców, żeby widziały, że rodzice mają pasje, że poświęcają czas sobie. My z Bartkiem dbamy o to, żeby raz na jakiś czas pojechać gdzieś bez nich. Mamy taką możliwość, bo są dziadkowie i dzieci wiedzą, że to jest czas dla rodziców. Poświęcamy go naszemu związkowi, żeby cały czas był żywy i żeby stale być dla siebie jakąś inspiracją. Ale w macierzyństwie to ja faktycznie potrafię się zupełnie zatracić i zapomnieć o sobie, co nie jest najwłaściwsze. To jest takie odruchowe, że dzieci, a nie jakieś swoje rzeczy, stawiam na pierwszym miejscu. Wiem, że są dziewczyny, które potrafią znaleźć fajny balans między realizowaniem siebie a byciem mamami, ale u mnie ciężar jest położony bardziej na macierzyństwo.

Co jest najpiękniejszego w macierzyństwie?

Najpiękniejsze jest to, że te dzieci są, że jest miłość, że jak je widzę, zalewa mnie fala czułości, że dom jest rozkrzyczany, choć czasami jest to trudne, bo bębenki w uszach pękają (śmiech). Teraz w czasie pandemii, kiedy byliśmy wszyscy razem, to naprawdę było super. I super też jest patrzenie jak dzieci wzrastają, to jest niesamowita przygoda i nieustająca ciekawość, co będzie dalej. Wszystko to jest piękne.

Co jest najtrudniejsze?

Nikt nie jest nas w stanie przygotować, jak być rodzicem. Ja sobie zadaję pytania: Czy ja dobrze robię? Tak trzeba było zrobić czy schrzaniłam to? Oczywiście mamy intuicję, ale nie zawsze to, co robimy, jest właściwe. Ta niewiadoma – to jest trudne. I patrzenie na ból dziecka, na jego rozczarowania – to jest najtrudniejsze. Rozczarowania nie Twoje, ale Twojego dziecka.

Piękna choć gorzka kropka. Dziękuję bardzo.

zdjęcia: archiwum prywatne